Fot. Piotr Skórnicki / AG

Nie znoszę mówienia, nagminnego niestety w tej kampanii, jak i we wszystkich poprzednich, że „czas skończyć z partyjnymi wojnami i partyjnymi kandydatami”, tak jak nie znoszę gadania, że „polityka jest zła i brudna, a ja jestem spoza układów i dlatego jestem taki czysty”, bo to nie tylko wprowadza ludzi w błąd, ale jest szkodliwe.

REKLAMA
Oczywiście o tym, że partie polityczne i polityka są złe, a „apolityczność” (co to niby w ogóle znaczy?) jest cnotą mówią zawsze ci, za którymi nie stoi żadne ugrupowanie lub/i zaplecze, a którzy chcą mimo to wejść do politycznej gry. I już na starcie wyróżnić się i zyskać dodatkowe punkty tyle, że przy okazji pozbawiają ludzi zaufania do całej polityki, wszystkich polityków, a często przy okazji, także do procesu wyborczego.
Polityka tymczasem, sama w sobie, nie jest dobra ani zła. Jest czym jest, czyli walką o wpływy i władzę, które można następnie wykorzystać z pożytkiem dla obywateli lub przeciw nim. Rodzajem gry interesów, opartej na znanych od zawsze regułach, z których pierwszą i najważniejszą jest niezmiennie skuteczność. Nikomu nie musi się podobać, że tak jest, nie ma obowiązku, żeby to pochwalać, ani tym bardziej, żeby zostawać politykiem, ale trzeba przyjąć do wiadomości, że tak właśnie to wygląda (i nie chcę słyszeć, że ktoś idzie do polityki, żeby ją zmienić, bo zmienić ją przez tysiąclecia próbowało już tak wielu inteligentnych ludzi, że gdyby to było możliwe, z pewnością komuś by się to udało).
Politykę trzeba traktować poważnie, bo wbrew temu, co myślą ludzie deklarujący, że „nie interesują się polityką”, to ona decyduje o każdym najmniejszym aspekcie naszego życia i ignorowanie tego jest dyskwalifikująca naiwnością. I żeby było jasne: to nie jest pean pochwalny na cześć sposobu, w jaki w Polsce uprawia się politykę, bo mam do niego wiele zastrzeżeń. To jest tekst o tym, że trzeba widzieć sprawy trzeźwo, takimi, jakie są, a nie wylewać dziecko z kąpielą, bo obrzydzając niesłusznie ludziom politykę, czyni się o wiele więcej szkód, niż przynosi pożytku.
Podobnie jest z tym całym gadaniem „ja nie jestem z żadnej partii”, „ja się nie wpisuję w logikę partyjnej walki” itp. Stworzenie partii politycznej i utrzymanie je przez wiele lat, przekształcenie w skuteczne narzędzie do wygrywania z politycznym przeciwnikiem to przecież ogromna umiejętność i każdemu, kto tego dokonał, należy się szacunek. Jeśli nie wierzycie, spróbujcie zbudować od podstaw i utrzymać taką organizację, skutecznie nią zarządzać, godząc w jej ramach wiele różnych sprzecznych ludzkich ambicji i interesów i jeszcze wygrywać wybory. Biegać i krzyczeć „mnie nie popiera partia, mnie popierają obywatele” jest oczywiście dużo łatwiej, tylko że partie polityczne też są popierane przez miliony ludzi, tak jak ich kandydaci, więc w czym właściwie bezpartyjni kandydaci są lepsi, poza brakiem zaplecza?
Tym, że wspierają ich organizacje pozarządowe? Partie też? Eksperci? To samo.
I znowu: to nie jest pochwała partii i nie mówię, że niektóre z polskich partii się kompletnie nie spatologizowały, bardziej sposobem działania przypominając zorganizowane grupy przestępcze niż polityczne, nie w tym rzecz. Ani nie w tym, że polski system partyjny nie potrzebuje zmiany i świeżej krwi – bo bardzo potrzebuje.
Rzecz w tym, żebyśmy zrozumieli, że to dobrze, że partie ze sobą walczą, bo po to właśnie są! Żeby walczyć i ścierać się ze sobą o cenne wartości, rozwiązania, sposób postępowania, religię aborcję, podatki, zdrowie, edukację, politykę zagraniczną, pieniądze, prawa obywatelskie i wszystko inne. Że w normalnych systemach demokratycznych ich członkowie robią to, jako nasi przedstawiciele po to, żebyśmy my nie musieli bić się o te racje na ulicach. Jest to nie tylko normalne, ale i niezbędne. Jak bez partyjnej walki chcielibyście ustalić, jakie ma w danym państwie obowiązywać prawo, podatki, ustrój, służba zdrowia, edukacja, sojusze i wszystko inne? Temu właśnie ona służy, pod jednym tylko warunkiem: że partie walczą ze sobą, a nie ze społeczeństwem. I że robią to fair – to jest według pewnych reguł, które nawet jeśli nie są do końca czyste (taka już natura ludzka) to nie przekraczają nigdy pewnych granic – na przykład tej, że żeby zdemolować politycznego przeciwnika, można zdemolować kraj.
Żeby naprawdę mieć wpływ na rzeczywistość i móc skutecznie pomagać ludziom, trzeba być politycznym i działać w ramach partii, jeśli nie jednej z już istniejących, to własnej. Nie ma innej drogi. A żeby tego dokonać trzeba wziąć udział w wielu partyjnych walkach i w dodatku je wygrać. Dlatego dla mnie mówienie, że się jest spoza polityki nigdy nie będzie atutem polityka, a zawsze objawem jego słabości.