
Ministerstwo Aktywów Państwowych (MAP) miało zdradzić dziennikarzom plan naprawy dla Polskiej Grupy Górniczej. Zakładał on m.in. zamknięcie konkretnych kopalń. Kiedy media podały to do wiadomości, szef resortu Jacek Sasin stwierdził, że to fake news. Karolina Baca-Pogorzelska była na spotkaniu z MAP i tłumaczy nam, co się tak naprawdę stało.
REKLAMA
Dziennikarze, którzy byli obecni na spotkaniu z przedstawicielami Ministerstwa Aktywów Państwowych (MAP), opublikowali w środę w mediach społecznościowych oświadczenie. Wyrazili w nim oburzenie na działania przedstawicieli resortu Jacka Sasina, którzy zarzucili mediom tworzenie nieprawdziwych informacji na temat programu ratowania Polskiej Grupy Górniczej.
Przedstawiciele różnych redakcji, którzy podpisali się pod oświadczeniem, twierdzą, że na spotkaniu z MAP zostały im przedstawione m.in. propozycje likwidacji kopalń Ruda i Wujek. Później jednak Jacek Sasin zaprzeczył, że była mowa o jakiejkolwiek likwidacji i zarzucił mediom generowanie fake newsów.
Co tak naprawdę stało się na spotkaniu dziennikarzy z przedstawicielami MAP? Czy była mowa o likwidacji kopalń i czy plan ministerstwa Sasina był słuszny? O tym rozmawiamy z Karoliną Bacą-Pogorzelską, dziennikarką, która podpisała się pod oświadczeniem przedstawicieli mediów i na własne uszy słyszała, co MAP chciało zaoferować górnikom.
***
Patrząc na tę sytuację można dojść do dwóch wniosków. Albo ministerstwo Jacka Sasina zrobiło z dziennikarzy papierek lakmusowy i zbadało nastroje związkowców, albo była to zaplanowana zagrywka negocjacyjna, żeby nastraszyć przeciwnika. Wiemy, że ten drugi wariant nie wypalił, bo górnicy nie przestraszyli się widma zamykania kopalń. Więc co tak naprawdę się stało? Nie przestraszyli się czy przestraszyli się zamykania?
Karolina Baca-Pogorzelska: Jest bardzo prawdopodobne, że minister Sasin chciał sobie wysondować nastroje wśród związkowców, a może była to zaplanowana zagrywka. A być może jest tak, jak teraz słyszymy, że w ostatniej chwili projekt zablokował premier Mateusz Morawiecki jako poseł ze Śląska, bo nie był on konsultowany ze związkami i nie wiadomo tak naprawdę, kto jest jego autorem - Polska Grupa Górnicza, a może Ministerstwo Aktywów Państwowych, nikt tego nie wie.
Nie zmienia to jednak faktu, że nawet gdyby MAP przedstawiło oficjalnie ten projekt, zostałby on zapewne skrytykowany, więc wycofano by się z niego, to nic by się nie stało. My pewnie napisalibyśmy, że ministerstwo się cofnęło w negocjacjach i byłoby po sprawie. Ale żeby wejść na spotkanie ze związkowcami, na którym nie mogły być media i powiedzieć, że całe zamieszanie wokół projektu jest winą dziennikarzy, którzy powielają fake newsy, po czym podpisać porozumienie, w którym MAP wycofuje się z likwidacji kopalń Ruda (Halemba, Pokój, Bielszowice) i Wujek, jest jakimś kuriozum.
No właśnie, bo na spotkaniu z dziennikarzami przed rozmowami ze związkowcami mowa była o czymś innym...
Przede wszystkim nie było na nim żadnych papierów. Nikt nam nie pokazał żadnej prezentacji, z której moglibyśmy porobić screeny. Nie. Spotkaliśmy się z przedstawicielami resortu aktywów państwowych w siedzibie resortu i plan ten został nam opowiedziany i to ze szczegółami. Ba, mogliśmy nawet zadawać pytania.
Może rzeczywiście, jeśli nie było nic na papierze, to zdaniem ministerstwa nie istnieje. Jest to dziwna sytuacja, ale trzeba powiedzieć jasno, że trzeba jakiś plan wypracować, bo inaczej całe polskie górnictwo upadnie.
A nie zdziwiło was to, że po takiej twardej obronie górnictwa ze strony Andrzeja Dudy, Jarosława Kaczyńskiego czy Mateusza Morawieckiego, nagle pojawia się resort Sasina z propozycją zamykania kopalń? Oczywiście trwała kampania, ale przecież z ust głównych polityków PiS-u padały deklaracje, że nie dadzą skrzywdzić górników, którzy są gwarantem niezależności energetycznej kraju.
Mogę mówić za siebie, bo to ja jestem autorką pierwszego tekstu w Biznesalert.pl na temat tego właśnie projektu naprawczego PGG i informacje o nim miałam jeszcze przed spotkaniem z MAP i to nie z kręgów rządowych. Czy propozycja resortu mnie zdziwiła? No właśnie nie do końca. Do tej pory wszystko robiono na pół gwizdka, bo ciągle były jakieś wybory. Teraz po raz pierwszy od dawna rząd ma perspektywę trzech lat bez kampanii i to jest ten czas, kiedy można podejmować konkretne działania.
Poza tym ten projekt MAP, którego nie było, ale był, bo nie wiadomo, jak go teraz określić, nie był całkiem zły. Dodałabym nawet, że w niektórych punkach był za mało radykalny, bo w negocjacjach trzeba mieć zapas, żeby można było z czegoś schodzić. Ale były też pomysły zbyt abstrakcyjne, jak na przykład, że kopalnia Ruda, składająca się tak naprawdę z trzech kopalń: Halemba, Pokój i Bielszowice, miałaby zostać zamknięta już 1 października. To byłoby szaleństwo, bo oznaczałoby koniec miasta Ruda Śląska i to nagle, czego też nie konsultowano z samorządowcami.
To jak można by było ten projekt zmienić, żeby był on do zaakceptowania?
Lepiej by było, gdyby rząd zaczął na przykład od zamknięcia tylko jednej kopalni, a kolejne zamknięcia rozłożył w czasie. Do tego każde z nich powinno być przedyskutowane z samorządem i związkowcami. Problem w tym, że na Śląsku nikt nie lubi, gdy przyjeżdża "Warszawa" i przywozi coś w teczce. To po prostu nie mogło się udać.
Wokół PGG powstało ogromne zamieszanie, są wakacje, więc część górników wyjechała na urlop. Jak wytłumaczyć im, co tak naprawdę się stało w ciągu tych ostatnich paru dni i na co mają się nastawiać w perspektywie następnych paru miesięcy?
Szczerze? Nie mam pojęcia. Sama staram się to tłumaczyć górnikom, którzy piszą do mnie i pytają "o co tu chodzi"? Na szczęście nie jestem rzecznikiem MAP, żeby tłumaczyć, co tam się stało, a zadziała się farsa i kpina ze wszystkich stron tego problemu. Pomijam już dziennikarzy, bo my robimy swoje i robimy to dobrze, rzetelnie, ale my nie jesteśmy stroną w tej sprawie.
Niepoważnie potraktowano samorządy, związki zawodowe i samych górników oraz całą społeczność śląską. Bo kopalnie to nie są tylko górnicy. Nie jest to wymysłem, że jeden etat górniczy tworzy cztery inne. Widać to wyraźnie w mikroskali.
Jeśli z miejscowości, w której kopalnia jest głównym zakładem pracy, ona znika, to jest katastrofa społeczna. Znika też taksówkarz, który woził górnika na piwo, bo nie będzie miał klienta. Ogólnie znikają fryzjerzy i inni usługodawcy, bo jest bezrobocie i nikogo nie stać na usługi lub bezrobocia nie ma, ale byli pracownicy kopali wyjeżdżają z takiego miasta za pracą do innych miast.
Dlatego błędem byłoby, jeżeli ktoś nie przedyskutowałyby takiego planu z całym środowiskiem. Aczkolwiek dobrze, że ktoś zaczyna myśleć w ogóle o tym, że z górnictwem trzeba coś zrobić. Przecież do tej studni bez dna nie można ciągle dokładać.
A nie jest tak, że na rozmowy jest już za późno?
Właśnie nie, teraz jest na nie czas, ale to ostatni dzwonek. Już powinno się coś dziać, a nie we wrześniu. Co z tego, że są wakacje? Jeżeli PGG ma funkcjonować to trzeba się zamknąć w jakimś ośrodku ze związkowcami, samorządowcami i rozmawiać. To nie może być tak, jak z wyborami 10 maja, które odbyły się w lipcu. To nie ta droga.
