Fot. materiały prasowe

Gdy remontowali pierwsze mieszkanie, nie przypuszczali, że właśnie zaczynają swoją przygodę z flippingiem. Zarobili, rozwinęli skrzydła, ale nie ukrywają, że to zajęcie dla ludzi o mocnych nerwach.

REKLAMA
Monika i Łukasz ukończyli warszawską Akademię Sztuk Pięknych (ASP). W wieku 24 lat każde z nich miało dyplom i… mieszkanie w Warszawie. Marzenie niejednego absolwenta. Monika odziedziczyła nieruchomość w centrum miasta po dziadkach. Była ich jedyną wnuczką. Na Łukasza natomiast mieszkanie przepisali wcześniej rodzice.
- Nie planowałam wprowadzać się do nieruchomości, którą dostałam w spadku. Nie przekonywała mnie ani lokalizacja – przy Rondzie ONZ, 10 minut pieszo od Pałacu Kultury i Nauki, ani stary blok z wielkiej płyty. Jedynym rozwiązaniem była sprzedaż mieszkania i zakup wymarzonego domu na przedmieściach. Skorzystałam z pomocy pośrednika, który wycenił mi lokum. Wartość jednak nie powalała - mieszkanie było zaniedbane, wyposażone w stare meble, niestaranie pomalowane. W łazience i korytarzu tynk odpadał ze ścian.
Dlatego zamiast zająć się poszukiwaniem potencjalnym nabywców, zaczęłam myśleć, co można by było zmienić w tym wnętrzu, by zwiększyć jego wartość – opowiada Monika.
Cztery kąty z duszą
Sześć tygodni później zaczął się wielki remont, który para prowadziła przez 11 miesięcy. Mieszkanie po dziadkach Moniki miało 37 mkw., jeden duży pokój, kuchnię i łazienkę. Łukasz zaproponował, by przearanżować je na salon z kuchnią, sypialnię i mały pokój.
- Założyliśmy, że jeśli ktoś zdecyduje się kupić nasze mieszkanie, to najpewniej będzie to singiel, albo młode małżeństwo. Odrębny pokoik miał służyć jako miejsce do pracy, albo cztery kąty dla dziecka – tłumaczy Łukasz.
Nie ukrywa, że w przearanżowaniu przestrzeni zarówno jemu, jak i jego partnerce pomogły umiejętności zdobyte na ASP. Oboje są miłośnikami architektury, cenią sobie innowacje i oryginalny design. W mieszkaniu – w miejscu dawnego pokoju powstał salon z aneksem kuchennym, od którego – lustrem weneckim – oddzielono część sypialną. Dotychczasowa kuchnia stała się niewielkim pokoikiem. Zmodernizowano łazienkę - miejsce prysznica zajęła wanna, a zamiast starych, metalowych szafek zamontowano meble z bambusa. Jednak gdy remont dobiegł końca, stało się nieplanowane. Para postanowiła zachować nieruchomość.
- Mieszkanie dziadków stało się tak piękne, że zrezygnowaliśmy z jego sprzedaży i ostatecznie zamieszkaliśmy w nim. Włożyliśmy w tę nieruchomość całe serce – mówi Monika.
Drugie życie
Inaczej potoczyły się losy mieszkania Łukasza, które przez pierwsze sześć lat było wynajmowane, a następnie para postanowiła je porządnie odświeżyć i sprzedać.
- Odnowiliśmy każdy kąt tej nieruchomości, wszystkie prace wykonywaliśmy sami, głównie weekendami i wieczorami. Nabywca znalazł się bardzo szybko, a nam przyszedł do głowy pomysł, by pójść za ciosem i zająć się tzw. flippingiem. Marcin zaczął rozglądać się za starymi nieruchomościami, które można by było kupić, zmodernizować i sprzedać z zyskiem. Pierwsze takie lokum kupiliśmy w Toruniu, drugie w Łodzi.
Na zakup przeznaczyliśmy całą kwotę, uzyskaną ze sprzedaży warszawskiego mieszkania Marcina, także ryzykowaliśmy sporo – opowiada Monika.
Zapewnia, że podczas każdego z remontów prowadziła bardzo skrupulatną „księgowość”.- Zapisywałam dosłownie każdą wydaną złotówkę. Na liście pojawiały się nawet symboliczne wydatki – na doniczkę czy wieszaki. Chodziło o to, by wyliczyć, czy realizowane przez nas inwestycje mają sens. Okazało się, że na sprzedaży odnowionej nieruchomości w Toruniu zyskaliśmy zaledwie 6 proc., jednak w przypadku inwestycji w Łodzi było to już 12 proc. Najtrudniej było nam sprzedać kolejne mieszkanie, zakupione do remontu – w Mińsku Mazowieckim. Na nabywcę czekaliśmy jedenaście miesięcy, jednak ostatecznie i w tym przypadku odnotowaliśmy zysk – dodaje Monika.
Od czasu pierwszej inwestycji w nieruchomość do modernizacji minęło osiem lat. W tym czasie Monika i Łukasz kupili, odremontowali i sprzedali z zyskiem siedem nieruchomości. W przypadku jednego mieszkania odnotowali stratę. - Nie wyszło trochę z naszej winy, bo zaufaliśmy niewłaściwym osobom. Najpierw firma budowlano-montażowa, z usług której korzystaliśmy, zostawiła nas z dnia na dzień na lodzie. Potem okazało się, że swoją dotychczasową robotę spartaczyła maksymalnie. Skutek był taki, że przez półtora roku mieszkanie stało puste, my z kolei musieliśmy ponosić koszty napraw, dokupowaliśmy potrzebny sprzęt, bo dotychczasowy został zniszczony. Poza tym, co miesiąc opłacaliśmy czynsz – opowiada Łukasz.
Biznes dla odpornych
Mimo porażki, flipperzy zapewniają, że nie zamierzają rezygnować z dotychczasowego zajęcia. - Na co dzień Łukasz prowadzi biuro architektoniczne, ja uczę w szkole plastycznej. W wolnym czasie przeglądamy oferty, analizujemy. Cztery miesiące temu sprzedaliśmy ostanie mieszkanie, zakupione do remontu. Niestety, w tym przypadku prace ciągnęły się bardzo długo, bo budynek był wyjątkowo stary, instalacje do wymiany, a w dodatku na bieżąco pojawiały się problemy techniczne – przyznaje Monika.
Choć marcowy wybuch pandemii koronawirusa zasiał niepokój na rynku mieszkań zapewnia, że nie jest to powód, dla którego ona i jej partner mieliby rezygnować z zakupu mieszkań do modernizacji.
- To nie jest działalność dla ludzi o słabych nerwach, ale ma swoje zalety. Nam naprawdę udało się na niej zarobić, a poza tym mogliśmy się spełnić w roli projektantów. Wiem, że nie zawsze taki biznes wypala. Jesteśmy świadomi ryzyka, ale też mamy wiedzę i doświadczenie. Mam nadzieję, że zawsze będą nas one chroniły przed porażką – dodaje Monika.
Źródło artykułu: mieszkanie.pl