Autorka "Kłamstewek", Nina Majewska-Brown
Autorka "Kłamstewek", Nina Majewska-Brown Fot. materiały prasowe

Każda kolejna książka Niny Majewskiej-Brown to niespodzianka. Przy czym nie mówimy tu o zaskoczeniu przeciętnego literackiego kalibru: o podjęciu nieco bardziej kontrowersyjnego tematu czy wprowadzeniu nietuzinkowej postaci. Mówimy, z jednej strony, o lawirowaniu między gatunkami, a z drugiej, o historiach tak niewiarygodnych, że poza Niną Majewską-Brown mogłoby je napisać tylko samo życie.

REKLAMA
Najnowsza premiera, czyli Kłamstewka, zalicza się do tej drugiej grupy. Tym razem autorka pozostaje przy swoim pierwotnym gatunku, czyli literaturze kobiecej. Liczba zwrotów akcji, z jaką mamy tu do czynienia, spokojnie może jednak konkurować z rasowym kryminałem.
Jeśli zaś chodzi o ładunek emocjonalny, to czytając Kłamstewka, poczujecie się jak na rollercoasterze: będzie śmiesznie, strasznie, wzruszająco i pokrzepiająco. Jak powstaje taka mieszanka? Zapytaliśmy autorkę.
Kłamstewka to książka bardzo problematyczna dla dziennikarzy. Ma tyle zwrotów akcji, że właściwie o nic nie mogę pytać, żeby nie zepsuć przyjemności czytania!
Straszne, wiem. A i tak największy „grzmot” jest na końcu.
Na końcu też znajdziemy adnotację, że historia opisana w powieści wydarzyła się naprawdę… Trudno w to uwierzyć.
Ta historia wydarzyła się po wielekroć. Co prawda nie przydarzyła się jednej osobie, ale do takich sytuacji doszło. Po części przytrafiły się również mnie. Okazało się, że osoba, o której myślałam „przyjaciółka”, miesiącami mnie zwodziła. Moje zwierzenia oglądały światło dzienne w postaci plotek i ploteczek. To było bardzo bolesne, ale przede wszystkim szokujące doświadczenie.
Aż tak, żeby stać się inspiracją dla książki?
Zaczęłam się zastanawiać, jak to jest z tym kłamaniem. Przeciętny człowiek statystycznie kłamie trzy razy dziennie: jedni tylko mijają się z prawdą, inni kłamią w żywe oczy i właśnie to daje do myślenia, każe się zastanowić, z kim mamy na co dzień do czynienia.
Nie zdajemy też sobie sprawy z tego, że każdego dnia na ulicy, w sklepie, w pracy mijamy różnego rodzaju psychopatów, kłamców, oszustów. To nie muszą być psychopaci wielkiego kalibru, którzy od razu mordują czy przykuwają do kaloryfera. To mogą być mali, domowi tyrani wyżywający się na innych.
Napisałam Kłamstewka po części ku przestrodze, żeby bardziej ufać sobie, a nie ludziom z zewnątrz.
Często podkreśla pani, że swoich bohaterów „spotyka” na ulicach, tworzy ich ze zlepków autentycznych postaci. Gdzie więc spotkała pani Polę, główną bohaterkę?
Pola jest tyglem problemów, obaw, marzeń, które nosimy w sobie my, kobiety.
Uważam, że pisząc książki, trzeba być uczciwym w stosunku do siebie i czytelnika i pisać o tym, czego się samemu dotyka.
Mimo że jestem bardzo energiczną, pogodzoną z „tu i teraz”, czterdziesto parolatką, nadal gonię za marzeniami, zmagam się z lękami i frustruję różnymi rzeczami. Patrząc na koleżanki, też dostrzegam, z czym się zmagają: jak trudno im odnaleźć szczęście w sobie, jak przeglądają się w oczach facetów, a nie we własnych…
Każda z nas niesie swój bagaż pragnień niespełnionych, Pola również: pozornie jest usatysfakcjonowana tym, co osiągnęła, ma poukładane życie zawodowe, cudownych przyjaciół. Pogodziła się także z tym, że nie ma faceta, i jest jej z tym dobrze.
Oczywiście doświadcza krytyki ze strony rodziny i znajomych, no bo skoro jest sama, to z pewnością coś z nią nie tak. Nikt nie bierze pod uwagę, że bycie singielką to jej wybór -niezależnie od tego, czy tak jest rzeczywiście, czy Pola to sobie tylko „wdrukowała”.
Dodajmy, że Pola jest psychiatrą, rozwódką i rzeczywiście na pozór szczęśliwą singielką. Dlaczego więc czytając Kłamstewka, nie mogłam się pozbyć wrażenia, że ona samą siebie oszukuje?
Myślę, że po części wszystkie takie jesteśmy: mamy jakieś wyobrażenie o własnym życiu, ale niewielu z nas udaje się realizować ten wymarzony plan. Pola jest osobą, która swoje szczęście poukładała w taki trochę psychoterapeutyczny sposób, pogodziła się z życiem, wychodząc z założenia, że lepiej cieszyć się tym, co niesie los, niż frustrować, że czegoś nam nie podarował.
I o to właśnie chodzi: żeby na swoim podwórku, nawet jeśli nie do końca nam się podoba, mimo wszystko znaleźć dobre, fajne rzeczy. A gdy uda nam się je przebudować, świat zaczyna wyglądać inaczej, otwierają się nowe perspektywy, ale przede wszystkim osiąga się równowagę psychiczną i spokój. I Pola tak robi.
Magda, najlepsza przyjaciółka Poli, stanowi ciekawą przeciwwagę, bo ona z kolei jest na swoim szczęściu skupiona bezgranicznie: pozostaje w związku z żonatym mężczyzną i nie obchodzi jej los „tej drugiej”. To bezwzględne, ale w sumie pragmatyczne podejście.
Pytanie, czy w takiej sytuacji powinna nam się włączyć moralna syrena ostrzegawcza, czy nie. Ja sama nigdy w życiu nie zdecydowałabym się na związek, mając świadomość, że jest w nim ktoś trzeci.
Inna sprawa, że skoro ten facet okłamuje żonę, to prawdopodobnie w przyszłości okłamie też Magdę. Kobiety niestety bywają zaślepione dążeniem do szczęścia. Wyłącza się nam wtedy myślenie.
Widzę takie zachowania bardzo często: mnóstwo osób zrobi wszystko, żeby tylko nie być samemu, żeby odnaleźć błogostan. A ja uważam, że szczęście jest w nas. I jeśli nie potrafimy odnaleźć go w sobie, to tym bardziej nie znajdziemy go, łaknąc aprobaty i przeglądając się w oczach innych ludzi.
W książce mocno wybrzmiewa wątek dotyczący stalkingu. Co skłoniło panią, aby umieścić go w powieści?
Ja sama miałam stalkera. To był człowiek, który wiedział o mnie wszystko: jak jestem danego dnia ubrana, z jakiej wychodzę imprezy, co robiłam wcześniej. Poczucie osaczenia było absolutnie dramatyczne.
Do dzisiaj nie wiem, kto to był. Od policji dowiedziałam się, że stalkerami w 90 procentach są znajomi: dalsza rodzina, ktoś, kto był u nas na imieninach, bywał w naszym domu... I to chyba jest najbardziej przerażający aspekt tego zjawiska, który dowodzi też, że ludzie potrafią nami manipulować.
Najgorsze w takiej sytuacji jest to, że nie robimy nic złego, ale wpadamy w oko komuś, kto nas całkowicie osacza. Fakt, że ktoś wie o nas wszystko, a my go nawet nie widzimy, paraliżuje. Nie wiemy, kogo unikać, kogo się bać. I wreszcie zaczynamy się zastanawiać, kto kłamie, kto oszukuje, kto się do nas zakrada, i podejrzewamy wszystkich wokół.
Nie chciała pani poznać jego tożsamości?
Oczywiście, że chciałam, ale życie to nie amerykański film. Jedyne, co zrobiła policja, to urządziła przesłuchanie, czy przypadkiem nie zdradzam męża albo mąż nie zdradza mnie. W pewnym momencie miałam wrażenie, że sama siebie śledzę, obserwuję, wysyłam sobie SMS-y z pogróżkami i wydzwaniam po nocy. Chyba przyjęli strategię: „Jeśli zaatakuje, to zareagujemy”.
Ale zrobiło się ponuro! [śmiech]
Trochę tak jak w pani książkach: warstwa tekstowa jest lekka i dowcipna, ale opisuje pani nierzadko mroczne tematy. To celowy zabieg, takie werbalne odciążenie?
Tak, zawsze staram się lekkim piórem opowiadać o trudnych rzeczach. Piszę głównie dla kobiet i wydaje mi się, że kiedy umęczone, po całym dniu pracy, bieganiny i łapania synchronów: praca, dom, dziecko, pranie, przegląd samochodu, chcemy opaść na kanapę i poczytać, to raczej mamy ochotę na coś lekkiego, co wywoła uśmiech.
Z drugiej strony lekki styl nie oznacza miałkości, błahości. Często jestem pytana, co sądzę o literaturze kobiecej, która jest piętnowana jako gorsza jakościowo, płytka i byle jaka, kojarzona z tanim romansidłem ze sztampową fabułą: ona go kocha, on jej nie, a gdy ona się odkochuje, to jemu zaczyna zależeć, i tak w kółko. A to bardzo krzywdzące i wcale tak nie jest.
Moje powieści mówią o tym, co dla nas, kobiet, jest ważne. Mamy podobne problemy i marzenia i gdy ktoś opowiada o takich życiowych sytuacjach, zwyczajnie robi nam się nieco lżej na duszy.
Z książki można przecież czerpać siłę. Z moich na pewno. Zdarza mi się zresztą, że panie po lekturze powieści twierdzą, że zmieniły swoje życie. To niesamowicie wzruszające, ale i rodzi odpowiedzialność za słowo. Z tego względu zawsze konsultuję moje książki z psychologiem: żeby podsuwać „właściwe” rozwiązania, nie fantazjować, nie pokazywać błędnych ścieżek.
A jak jest z oddzielaniem bohaterek od samej siebie? Bohaterka pani pierwszej książki nosi pani imię. W wywiadach wspomina pani, że dużo dała z siebie tej postaci.
Moje bohaterki są zdecydowanie zawsze obok mnie. Ninę wymyśliłam całkowicie świadomie, mimo to pytanie, czy jesteśmy tożsame, pada niezwykle często. Odpowiedź brzmi „nie”.
Choć to prawda, że prawie wszystkim bohaterkom przekazuję moje emocje i spojrzenie na świat, to absolutnie nie jestem nimi, nie utożsamiam się z moimi postaciami. Fakt, lubię pisać w pierwszej osobie, uważam, że jest to bardziej empatyczna forma, że dzięki niej łatwiej przekazać wzruszenie, snuć opowieść.
Wachlarz znajomych emocji musi pani mieć niezwykle bogaty, bo i zakres gatunków, w których się pani porusza, jest spory. Czy zamierza pani spróbować czegoś nowego?
Będąc na „Grandzie”, kryminalnym festiwalu literackim w Poznaniu, i siedząc na scenie z autorami kryminałów, usłyszałam, że panuje następujące przekonanie: jak ktoś jest dobry w jednym gatunku, to wydaje mu się, że w innych się nie sprawdzi. A ja lubię podnosić rzucane mi rękawice, uwielbiam bawić się piórem. Lubię się sprawdzać i chyba mam pewne predyspozycje, może nawet talent. Każdy nowy gatunek to dla mnie nie tylko wyzwanie, ale też możliwość rozwoju.
Kusi mnie stworzenie scenariusza. Kto wie, może kiedyś… Na razie piszę kolejną książkę o Auschwitz.
A jak powstał erotyk?
To był wynik zakładu, dość głupiego [śmiech]. Podczas wywiadu, którego słuchała całkiem spora publika, zapytano mnie, czy napisałabym coś innego niż obyczajówkę, a ja przekornie odparłam, że oczywiście, dlaczego nie? Prowadzący mnie podpuścił – niech to będzie erotyk i tak się to zaczęło.
Problem zaczął się podczas pisania: musiałam opowiedzieć o intymnych sprawach i sytuacjach, o których nikt nie uczy nas mówić. Język polski w tej materii jest dość ubogi i natrudziłam się, żeby opowiedzieć o erotycznej przemianie Klary, w niewyuzdany, elegancki sposób. Swobodna rozmowa o seksie, a do tego jej opisanie w sposób nieprzekraczający pewnych granic, było więc wyzwaniem.
Z podjęcia której próby gatunkowej jest pani najbardziej dumna?
Z każdej jestem dumna. Ale z zastrzeżeniem, że nie mam poczucia sukcesu, iż robię coś wyjątkowego. Mam w sobie sporo pokory. Uważam, że jestem dobrym rzemieślnikiem, i tyle.
Z największym sentymentem myślę o Wakacjach, bo to był początek wszystkiego. To dość abstrakcyjna sytuacja, że po pół roku od chwili, gdy zmęczony moim słowotokiem mąż powiedział: „Napisz w końcu książkę”, tak właśnie zrobiłam, a powieść stała się bestsellerem. Jestem też dumna z książek o Auschwitz, bo uratowałam małe okruszki historii.
Lubię pisać i dzisiaj nie wyobrażam już sobie życia bez pisania. Po raz pierwszy mam poczucie, że jestem spełniona zawodowo, że wysysam z życia dobre soki, że jestem szczęśliwa, co oczywiście nie znaczy, że nie mam problemów. Mam je, tak jak wszyscy.

Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Bellona.