
Syryjczycy ostrzelali wczoraj terytorium Turcji. Z treści Paktu Północnoatlantyckiego wynika, że to atak na wszystkich członków Sojuszu. Czy to oznacza, że Polska jest formalnie w stanie wojny z Syrią? Jak zachowałoby się NATO, gdyby kiedyś to Polska została napadnięta?
W środę świat zelektryzowała wiadomość o wymianie ognia między wojskami syryjskimi i armią turecką. Zaczęło się od ostrzelania przez Syrię tureckiego miasteczka Akcakale, co wkrótce spotkało się z odwetem drugiej ze stron. Syryjski atak potępiła ONZ, Stany Zjednoczone i wiele innych krajów. W jego sprawie zwołano też posiedzenie przedstawicieli państw NATO, którego Turcja jest członkiem. Dziś turecki parlament zezwolił armii na operacje bojowe za granicami kraju, co może być początkiem szerzej zakrojonych działań.
Grzegorz Kostrzewa – Zorbas zastanawiał się wczoraj na Twitterze nad tym, jak zareaguje Sojusz. Zgodnie bowiem z zapisami Traktatu Północnoatlantyckiego, napaść na jedno z państw sojuszniczych traktowana jest jak atak na wszystkich innych członków NATO.

Czy rzeczywiście można powiedzieć, że formalnie Polska jest w stanie wojny z Syrią? – Trudno mówić o wojnie. Mamy raczej do czynienia z niewielką wymianą ognia, która raczej nie przerodzi się w otwarty konflikt na większą skalę. Dlatego też nie dziwi mnie, że w tym przypadku nie zadziałała natychmiast obowiązująca w NATO "zasada muszkieterów", czyli "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" – ocenia dr Aleksander Cieśliński, ekspert prawa międzynarodowego z Uniwersytetu Wrocławskiego. Nie zanosi się zatem na to, aby siły Sojuszu miały w najbliższym czasie zaangażować się militarnie w rejonie granicy syryjsko – tureckiej.
Komunikat po posiedzeniu państw NATO
za Polskim Radiem
Mój rozmówca podkreśla, że w gruncie rzeczy na eskalacji konfliktu nie zależy żadnej ze stron – ani Stanom Zjednoczonym, najpotężniejszemu państwu NATO, ani Syrii, ani samej Turcji. – Zgadzam się z Grzegorzem Kostrzewą – Zorbasem, co do tego, że Barack Obama nie potrzebuje w trakcie kampanii wyborczej wojny na Bliskim Wschodzie, więc nie będzie dążył do siłowych rozwiązań. Ale trzeba też pamiętać, że i Turkom w gruncie rzeczy nie zależy na zaognianiu konfliktu. Wolą skupić się na rozwoju gospodarczym kraju, poza tym wojna mogłaby zaostrzyć problem kurdyjski – ocenia ekspert. – Działania Turcji to tylko demonstracja siły. Nie spodziewam się otwartego konfliktu. Nie sądzę też, że Turcy odwołają się do Artykułu 5. Traktatu. W zupełności wystarczy im poparcie polityczne – mówi z kolei dr Marek Madej z Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW.
ARTYKUŁ 5
Paktu Północnoatlantyckiego
Trzeba też pamiętać o tym, że również sami Syryjczycy dążą do załagodzenia napięć. Polskie Radio donosi dziś, iż "Syryjski rząd poinformował, że 'bada' źródło ostrzału artyleryjskiego, który dotknął Akcakale. Minister informacji Omran Zoabi powiedział, że Syria 'wyraża szczere wyrazy współczucia wobec rodzin ofiar oraz przyjaciół z narodu tureckiego'."
Czytaj: Turcja zbombardowała Syrię
NATO równie powściągliwie zareagowało także w czerwcu, kiedy Syryjczycy strącili turecki samolot myśliwski. Komentatorzy także wówczas zwracali uwagę, że pojedynczy incydent nie skłoni państw NATO do interwencji militarnej w Syrii. – Na Bliskim Wschodzie trwa misterna gra interesów przypominająca polityczne szachy. Przeplatają się tam interesy Turcji, Iranu, Izraela oraz ich sojuszników. Syria jest narastającym problemem, ale na razie rozwiązywanie go nie leży w niczyim interesie – mówi dr Cieśliński.
Wczorajszy incydent rodzi jednak pewne, bardziej ogólne wątpliwości – skoro reakcja państw NATO jest tak bardzo uzależniona od bieżącej sytuacji politycznej, to jaką w ogóle wartość mają gwarancje zawarte w traktacie?

Mojego rozmówcę zapytałem o hipotetyczną sytuację agresji zbrojnej na Polskę. Czy i wtedy Sojusz zarządziłby spotkania i konsultacje, zamiast udzielić szybkiej pomocy? – Działania NATO zawsze zależą od konkretnego przypadku. W ramach Sojuszu funkcjonują tzw. plany ewentualnościowe, które przewidują scenariusz działań militarnych w sytuacji napaści na państwo członkowskie. Dla Polski również przewidziano takie plany – mówi dr Madej. – Pojawiają się jednak głosy, że skala pomocy, jakiej mieliby udzielić nam sojusznicy, jest zbyt mała. W przypadku narastającego zagrożenia mogłyby zostać zmodyfikowane, jednak trudno przewidzieć, jak zachowaliby się nasi partnerzy w chwili próby – podkreśla ekspert.
Zobacz: Londyn straszy Syrię interwencją. Ekspert ostrzega: To mogłoby doprowadzić do regionalnej wojny
– Międzynarodowe deklaracje polityczne, nawet spisane w traktatach, nigdy nie dają gwarancji ich wypełnienia. Państwa zawsze zdołają się jakoś "wymigać" od działania, jeśli nie będzie ono leżeć w ich interesie – mówi dr Marek Madej. Czy to nie podważa wiarygodności Sojuszu i bezpieczeństwa takich krajów, jak Polska? – Realizacja postanowień Traktatu zawsze zależy od dobrej woli stron, ale nie oznacza to, że Polska powinna publicznie krytykować sensowność działania NATO. Kiedy sami sojusznicy wyrażają brak zaufania do innych państw członkowskich, może to być samosprawdzająca się przepowiednia – mówi ekspert. Dodaje poza tym, że dla Polski nie ma poza NATO żadnej alternatywy, powinniśmy więc raczej pracować nad jego reformą, niż krytykować.
