
Obce dziecko - najważniejsze wydarzenie literackie w Wielkiej Brytanii w roku 2011. Wnikliwa, dowcipna, trochę przewrotna medytacja nad naturą bycia Anglikiem - oto co powoli wyłania się jako jeden z głównych tematów Hollinghursta. Komedia obyczajów, analiza klas społecznych i zmieniającego się krajobrazu społeczno-politycznego są obecne i w tej powieści. Tak o najnowszej powieści Hollinghursta pisze Times. Ta napisana z rozmachem epicka saga to proza oryginalna, elegancka i wciągająca, niewątpliwie najlepsza książka Alana Hollinghursta. Książka była nominowana w 2011 roku do Nagrody Bookera, a Alan Hollinghurst został uznany za autora roku 2011 przez księgarzy brytyjskich.
REKLAMA
Patronem tematu jest PKN Orlen
Alan Hollinghurst ( ur. 1954 roku w miasteczku Stroud w angielskim hrabstwie Gloucestershire), studiował literaturę angielską, pracował wiele lat jako nauczyciel akademicki i recenzent w prasie literackiej. Debiutował jako poeta, by zostać w końcu powieściopisarzem, i to zauważonym od razu, gdy w 1988 roku ukazała się jego pierwsza powieść „The Swimming-Pool Library” (wyd. polskie Klub Koryncki).
Napisał kilka powieści, w tym „Linię piękna” nagrodzoną Bookerem i wydaną przez MUZĘ w 2005 roku. Jest laureatem nagród literackich: Somerset Maugham Award, James Tait Black Memorial Prize, Booker Prize. Mieszka w Londynie.
Właśnie tam spotkał się z nim Elżbieta McIver, aby porozmawiać o nowej powieści, pasji do pisania i do wiktoriańskiej architektury.
Elżbieta McIver: Wielu krytyków uważa Pana ostatnią książkę, „Obce dziecko”, której polskie tłumaczenie ukazało się we wrześniu, za najbardziej ambitną w pańskim dorobku. Jej rozmach tematyczny i czasowy wywiera na odbiorcy wielkie wrażenie, stąd zapewne ta opinia. Jej narracja obejmuje prawie sto lat w życiu dwóch rodzin i w tle, w życiu kraju. To cały niemal dwudziesty wiek, który zresztą tak naprawdę jeszcze się nie skończył. Odróżnia ją to od pana poprzednich powieści, których klimat jest o wiele bardziej intymny. „Klub koryncki”, dla przykładu, pierwsza pana powieść, wydaje się w porównaniu wręcz klaustrofobiczny.
Jak pan sam widzi te zmiany w charakterze własnych książek?
Alan Hollinghurst: Cóż, to się stało samo z siebie, w naturalny sposób, i chyba odzwierciedla moje własne doznania, bo człowiek się starzeje, a co za tym idzie, jego odczuwanie czasu się zmienia. W Linii piękna też były wprawdzie dwa spore przeskoki w czasie: podobało mi się to, że mogłem nagle przerzucić czytelnika w inny okres i w inne otoczenie i pozwolić mu samemu dojść do tego, co się w międzyczasie wydarzyło. W Obcym dziecku rozwinąłem ten pomysł na większą skalę, między innymi po to, by nadać bardziej dramatycznego wyrazu kluczowemu pytaniu powieści: co wiemy – więcej – co jesteśmy w stanie wiedzieć, o przeszłości? Przecież zapominamy większość faktow z naszej własnej przeszłości, z natury rzeczy więc o cudzej mamy mgliste pojęcie i możemy tylko snuć przypuszczenia.
Chciałem, by czytelnik, wespół z bohaterami powieści, odczuwał podobne wątpliwości co do wydarzeń z przeszłości. Rozciągłość czasu narracji pomogła mi również zobrazować ogromne zmiany w historii społecznej Anglii na przestrzeni całego wieku.
Uważam jednak, że mimo to powieść ma także wymiar intymny – wydarzenia wstrząsają światem, lecz w książce zachowana jest miara codzienna, swojska.
Chciałem, by czytelnik, wespół z bohaterami powieści, odczuwał podobne wątpliwości co do wydarzeń z przeszłości. Rozciągłość czasu narracji pomogła mi również zobrazować ogromne zmiany w historii społecznej Anglii na przestrzeni całego wieku.
Uważam jednak, że mimo to powieść ma także wymiar intymny – wydarzenia wstrząsają światem, lecz w książce zachowana jest miara codzienna, swojska.
E.M. W „Linii piękna”, najbardziej znanej z pańskich książek, która zdobyła nagrodę Bookera w 2004 roku, jesteśmy wprowadzeni w okres historii również bardzo znaczący i bogaty w konsekwencje – tzw. lata pani Thatcher, w których żyło się w szczególny sposób. Ciekawa jestem, jak się potoczyły losy Nicka Guesta, bohatera tej powieści? Gdzie moglibyśmy go teraz spotkać?
A.H. Kto wie? Jak pani pamięta, ta powieść celowo kończy się niepewnością co do jego przyszłości: czy wynik testu HIV będzie pozytywny? Jeśli tak, to prawie na pewno nie ma Nicka wśród nas. Wprawdzie nigdy nie zastanawiam się nad dziejami moich bohaterów, gdy schodzą już ze stron książki – dla mnie istnieją oni tylko tam, w książkach.
E.M. Od zawsze interesował się pan architekturą. Corley Court, „wiktoriańskie szkaradzieństwo”, to domostwo, które odgrywa centralną rolę w „Obcym dziecku”. Czy jest to portret jakiegoś istniejącego, znanego panu domu?
A.H. Ten dom stoi dokładnie tam, gdzie znajdowała się moja szkoła z internatem, w której uczyłem się jako mały chłopiec. Ona też była kiedyś częścią wiejskiej posiadłości ziemskiej, choć zupełnie niepodobnej do Corley Court. Szkoła była niewielką budowlą z epoki jakobińskiej, rozbudowaną nieco w tym samym stylu pod koniec XIX wieku. Corley Court wymyśliłem sam, oczywiście pod wpływem wieloletniej fascynacji wiktoriańską architekturą. W powieści daję do zrozumienia, że być może Corley Court ma coś wspólnego z architektem Alfredem Waterhousem, a z kolei kopulaste ozdoby sufitowe w kształcie form do galarety( tak naprawdę pochodzące ze stylistyki budownictwa muzułmańskiego) to specjalność architekta Williama Burgesa, który od dawna mnie fascynuje (polecam pani jego dom Knightshayes w hrabstwie Devon, gdzie sufit z dekoracjami w postaci owych form do galarety został zakryty pod deskami w kilka lat po zbudowaniu i odkryty dopiero w latach 80 ostatniego wieku).
E.M. Opisy właśnie tych szczegółów architektonicznych – owych kasetonów w kształcie form do galarety – przysporzyły naszej tłumaczce i jej redaktorce niezłego kłopotu. Mimo iż w tradycyjnej kuchni polskiej galarety występują w sporej obfitości, jakoś nie mogliśmy się zgodzić co do tych galaret! Ciekawa jestem, czy często pan sięga do podręczników architektury jako pomocy w opisach występujących później w pana książkach?
A.H. Nie, nie bardzo, to i tak we mnie siedzi, choć oczywiście sprawdzam różne szczegóły i dane z epoki – na przykład James Money, architekt, ktory zaprojektował mój fikcyjny Corley Court, to postać rzeczywista. Mieszkał on w hrabstwie Berkshire i był twórcą budynku rady miejskiej miasta Newbury w tym hrabstwie. W Anglii publikuje się masę materiałów na temat lokalnej historii przeróżnych miejsc; mogłem dzięki temu obejrzeć stare ilustracje i sprawdzić jak wyglądały domy, teraz już wyburzone, w okolicach Stanmore pod Londynem, tam, gdzie znajdowała się powieściowa posiadłość Dwa Akry. Wizję lokalną też zrobiłem rzecz jasna. Ale tak naprawdę korzystam ze źrodeł historycznych jako inspiracji do tworzenia budowli we własnej wyobraźni.
E.M. Cecil Valance, drugorzędny poeta, który zginął w pierwszej wojnie światowej, to wiecznie obecny duch w „Obcym dziecku” – czy jego pierwowzór to Rupert Brooke?
A.H. Zapożyczyłem pewne elementy z jego życiorysu i twórczości, takie jak magnetyzm jego osobowości, studia w Cambridge, powikłania jego niedookreślonych stosunków z innymi, osobę silnej matki, która sprawuje pieczę nad przyszłym wizerunkiem zmarłego syna, starawego wielbiciela zatrudnionego do napisania pochlebnego tomu wspomnień – tego całego procederu, by z urokliwego, lecz tylko umiarkowanie zdolnego młodzieńca stworzyć ikonę. To, że umarł na wojnie w młodym wieku bardzo im w tym pomogło.
Ale powieściowy poeta Cecil ma jednak swoją własną historię i wiele cech zupełnie innych, gdyż nigdy nie zamierzałem pisać fikcyjnej biografii rzeczywistego poety.
Poemat „Dwa Akry” jest oczywiście wzorowany stylistycznie na tym długim i sentymentalnym wierszu Stara plebania. Grantchester, który Rupert Brooke napisał przed pierwszą wojną i który nabrał później takiego nostalgicznego uroku.
Poemat „Dwa Akry” jest oczywiście wzorowany stylistycznie na tym długim i sentymentalnym wierszu Stara plebania. Grantchester, który Rupert Brooke napisał przed pierwszą wojną i który nabrał później takiego nostalgicznego uroku.
E.M. Drugorzędni poeci i niezupełnie pierwszej klasy architektura wydają się pana fascynować. Dlaczego?
A.H. Wszystko co pierwszorzędne jest zbyt dobrze znane – wymyśleć wielkiego poetę znaczyłoby nie tylko konieczność napisania kilku świetnych wierszy dla egzemplifikacji jego kunsztu, lecz również stworzyłoby dziwacznego intruza w prawdziwym kanonie literackim. Świetni pisarze odciskają wszak piętno, które trwa nadal – nikt nie uwierzyłby w wymyślonych świetnych pisarzy. Drugorzędni natomiast istnieją na obrzeżach, gdzie wszystko może się zdarzyć; ten właśnie obszar marginesu pełnego różnych możliwości jest tak istotny w mojej powieści.
Tak, jestem koneserem mniej znanych postaci i zjawisk, ich mgliste losy bardzo mnie pociągają. Często odwiedzam (choć teraz już rzadziej) księgarnie antykwaryczne, które stanowią skarbnicę tego, co w literaturze przemija i tego, czemu udało się przetrwać.
Tak, jestem koneserem mniej znanych postaci i zjawisk, ich mgliste losy bardzo mnie pociągają. Często odwiedzam (choć teraz już rzadziej) księgarnie antykwaryczne, które stanowią skarbnicę tego, co w literaturze przemija i tego, czemu udało się przetrwać.
E.M. W Polsce od wielu lat mówi się o „kryzysie powieści”. To prawda, że generalnie rzecz biorąc nie powstaje tu wiele wybitnych współczesnych powieści, co zresztą odnosi się w dużej mierze także do reszty kontynentalnej Europy. Angielska (i amerykańska) powieść trzyma się za to całkiem nieźle. Zgadza się pan ze mną? I co może być tego przyczyną?
A.H. Wstyd mi, ale nie bardzo się orientuję we współczesnym powieściopisarskim europejskim i nie chciałbym złożyć tej niewiedzy na karb tego, że nic porywającego się w tej literaturze nie dzieje.
Tu w Anglii odnosimy czasami wrażenie, że na przykład we Francji tylko Michel Houellebecq coś pisze, a wątpię też, czy nawet najbardziej oczytani Brytyjczycy mogliby nazwać więcej niż jednego czy dwóch żyjących polskich pisarzy (choć dałoby się wymienić kilku wybitnych zmarłych w ostatnich latach). Niestety, wymiana literacka między Wielką Brytanią a resztą Europy jest bardzo jednostronna. Ogromna ilość współczesnej literatury angielskiej jest tłumaczona na inne języki europejskie (co najmniej piętnaście w przypadku Obcego dziecka), ale na angielski przekłada się stosunkowo mało. Nie chcę jednak na tej podstawie formułować żadnych sądów.
E.M. A teraz coś z zupełnie innej beczki. Wiem, że kocha pan Londyn – czy londyńska olimpiada, przysporzyła panu radości? Postaram się zgadnąć, co najbardziej się panu podobało – sporty wodne, mam rację?
A.H. Szczerze mówiąc nie bardzo się interesuję sportem (oprócz corocznego rytuału Wimbledonu) i razem z wielu innymi londyńczykami oczekiwałem Olimpiady z pewnymi obawami. Okazało się jednak, że dałem się ponieść entuzjazmowi. Jestem naprawdę poruszony tym, jak świetnie wszystko się udało i podniesiony na duchu zadziwiającymi osiągnięciami brytyjskiej drużyny.
A.H. Szczerze mówiąc nie bardzo się interesuję sportem (oprócz corocznego rytuału Wimbledonu) i razem z wielu innymi londyńczykami oczekiwałem Olimpiady z pewnymi obawami. Okazało się jednak, że dałem się ponieść entuzjazmowi. Jestem naprawdę poruszony tym, jak świetnie wszystko się udało i podniesiony na duchu zadziwiającymi osiągnięciami brytyjskiej drużyny.
Z reguły jesteśmy cyniczni i nie spodziewamy się niczego specjalnego po tych wielkich narodowych imprezach, lecz tym razem stało się coś zupełnie przeciwnego.
Co do sportów – oglądanie pływania raczej mnie nie wciąga. Chyba najbardziej jak dotąd podobały mi się sprinty i gimnastyka, bo tu widz nie ma po prostu czasu na nudę. I tak jak wszyscy uległem skrajnej Boltomanii.
Co do sportów – oglądanie pływania raczej mnie nie wciąga. Chyba najbardziej jak dotąd podobały mi się sprinty i gimnastyka, bo tu widz nie ma po prostu czasu na nudę. I tak jak wszyscy uległem skrajnej Boltomanii.
Rozmawiała i przełożyła Elżbieta McIver
Rzadko jest okazja, by czytać książkę i przez cały czas mieć spokojną pewność, że znajdzie się wśród najlepszych książek roku. Ale jeszcze rzadziej się zdarza nabrać podczas lektury przekonania, że to książka, której wartość w ciągu kolejnych dziesięcioleci wcale się nie zmniejszy.
„The Independent”
„The Independent”
Hollinghurst jest silnym, a może wręcz bezkonkurencyjnym kandydatem do tytułu najlepszego współcześnie piszącego angielskiego pisarza. (…) Podczas gdy jedni autorzy piszą elegancko, lecz bez ikry, inni z głębi serca, lecz niechlujnie - Hollinghurstowi jakimś cudem udało się zjeść ciastko i mieć ciastko.
„Guardian”
„Guardian”
Wnikliwa, dowcipna, trochę przewrotna medytacja nad naturą bycia Anglikiem - oto co powoli wyłania się jako jeden z głównych tematów Hollinghursta. Komedia obyczajów, analiza klas społecznych i zmieniającego się krajobrazu społeczno-politycznego są obecne i w tej powieści.
„Times”
„Times”
Późnym latem 1913 roku młody arystokrata i poeta Cecil Valance przyjeżdża do posiadłości Dwa Akry zaproszony przez matkę swojego bliskiego przyjaciela z Cambridge, George’a Sawle’a. Spędzony z rodziną Sawle’ów weekend obfitował w znaczące wydarzenia; najbardziej zapamiętała go szesnastoletnia siostra George’a, Dafne, dla której Cecil napisał wiersz. Nieoczekiwanie wiersz ten okaże się symbolicznym opisem Anglii, która wraz z wybuchem I wojny światowej ma się nieodwracalnie zmienić.
Wydarzenia tego weekendu stają się wkrótce legendą. Przez całe dwudzieste stulecie będą badane i interpretowane na różne sposoby przez krytyków i biografów poety.
W tę chwilami bardzo zabawną opowieść o obyczajach seksualnych i reputacji pisarza wpleciona została historia Dafne. Śledzimy jej losy od niewinnej dziewczyny po zmęczoną życiem staruszkę. Tłem dla tej historii jest fascynująco namalowany przez Hollinghursta obraz wciąż zmieniającej się Anglii, zmieniających się gustów, relacji klasowych i sposobu odczuwania świata.
W tę chwilami bardzo zabawną opowieść o obyczajach seksualnych i reputacji pisarza wpleciona została historia Dafne. Śledzimy jej losy od niewinnej dziewczyny po zmęczoną życiem staruszkę. Tłem dla tej historii jest fascynująco namalowany przez Hollinghursta obraz wciąż zmieniającej się Anglii, zmieniających się gustów, relacji klasowych i sposobu odczuwania świata.