"Nie ma eksmisji nie do przeprowadzenia", twierdzi komornik Artur Zieliński

Na zdjęciu komornik Artur Zieliński, z 2005 roku. Pod siedzibą wydawnictwa Stella Maris, którego długi egzekwował
Na zdjęciu komornik Artur Zieliński, z 2005 roku. Pod siedzibą wydawnictwa Stella Maris, którego długi egzekwował Fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta
Ludzie wyrzucani z domów to nie tylko ci, których nie stać na czynsz, ale czasem też psychopaci. A dzieci płaczące podczas opuszczania domu to mit powielany przez media, bo najmłodszych nie ma przy eksmisji – mówi "Wyborczej" komornik Artur Zieliński.


Komornik kojarzy się zazwyczaj z bezlitosnym urzędnikiem, który wyrzuca biednych ludzi na bruk. Stereotyp ten obala Artur Zieliński, który udzielił wywiadu "Gazecie Wyborczej". Jako komornik Zieliński wsławił się egzekwowaniem długów wydawnictwa Stella Maris, należącego do Kurii Archidiecezjalnej w Gdańsku. Jak mówi, żyje w zgodzie ze sobą, swoimi zasadami i wiarą. Zaznacza, że "nie wyrzuca" z mieszkań, a "eksmituje". I że nie zawsze jest to związane z finansami, bo zdarza mu się eksmitować psychopatów, którzy biją rodzinę.


Zobacz też: Dramatyczna eksmisja "Ludzi traktuje się jak wkładkę mięsną, a ich życie zamienia w koszmar"

Zieliński wyjaśnia jednak, że w sytuacji, gdy rodziny nie stać na czynsz, przy eksmisji nie ma dzieci. Są wcześniej wysyłane do domów dziecka. Komornik, spytany przez dziennikarza "GW" czy "tak ma wyglądać prawo?", nie ugina się.
Artur Zieliński
Komornik

Dobre pytanie, ale adresatami powinni być nieodpowiedzialni rodzice, którzy doprowadzają do takich sytuacji. Nie wywiązują się ze swojej roli. Dlatego sądy nie mają wyjścia i chroniąc te dzieci, kierują je do placówek.

"Gazeta Wyborcza"

Artur Zieliński zaprzecza też, jakoby wyrzucał rzeczy należące do eksmitowanych zwierzęta czy rzeczy. Te pierwsze kierowane są do schronisk, te drugie – skrupulatnie spisywane i albo oddawane dłużnikom, albo składane do depozytu. Czasem trwa to nawet kilkanaście godzin, bo nie można nic pominąć.

W wywiadzie komornik podkreśla też, że często eksmisja oznacza przeniesienie do lepszego miejsca – lokalu socjalnego. Z zawilgoconych melin do wyremontowanych pokoi – tak Zieliński określa część eksmisji. Jednocześnie zaznacza, że bywają sytuacje, których nie zapomina. Kiedyś eksmitował samotną kobietę, którą po długiej rozmowie zdołał przekonać, że może tak będzie lepiej. Kobieta nawet odczuła ulgę, ale następnego dnia niestety zginęła w wypadku. Mimo to, Zieliński nie czuje się w żaden sposób winny. "Każdy z nas wykonuje swoją pracę" – stwierdza komornik.
Artur Zieliński
Komornik

Dla komornika wyznacznikiem prawa jest wyrok z klauzulą wykonalności. Nie badam słuszności jego wykonania, nie mogę go kwestionować. Podobnie jak administracja więzienia nie bada, czy skazany, który przybył odbyć karę, został skazany w sprawiedliwym procesie.

"Gazeta Wyborcza"

Czytaj też: Bezkarny jak świadek koronny. Wyłudził 50 tysięcy, policja nie może mu nic zrobić


Zieliński opowiada też, że eksmisje bywają ciężkie – niektórzy nie mogą się z tym pogodzić i zdarzyło się kiedyś, że "siekiera świsnęła mu koło ucha". Nie pomaga nawet policyjna obstawa, bo komornik i tak zawsze jest na pierwszej linii ataku. Z drugiej strony, komornik mówi wprost: eksmitować da się każdego. "Nie ma eksmisji nie do przeprowadzenia. To tylko kwestia czasu".

Źródło: "Gazeta Wyborcza"

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...

O TYM SIĘ MÓWI

0 0Elitarna grupa zaczyna szukać Woźniaka-Staraka. Jeden z nurków zdradza szczegóły
0 0Co dalej z poszukiwaniami Woźniaka-Staraka? Mamy najnowszy komentarz policji
0 0Hejterzy śmieją się z jego roli w filmie Tarantino. Jednak to Rafał Zawierucha "wygrał życie"