29 lutego, dochodzi 20:45. W Warszawie, po Stadionie Narodowym niesie się hymn. Mazurek Dąbrowskiego wzniósł się w powietrze niczym bieliki nad Wolińskim Parkiem Narodowym. Niebywałe wrażenie potęguje dobra akustyka. Śpiew kibiców porywa reprezentantów. Nieśmiało śpiewać próbują Damien Perquis i Ludovic Obraniak.
REKLAMA
Mazurek Dąbrowskiego. Dlaczego słyszę go tylko przy wydarzeniach sportowych? Dlaczego jego wartość tak bardzo się zdewaluowała? Czy tylko sportowców ma nieść na fali emocji niczym generała Henryka Dąbrowskiego i jego legiony ku Polsce? Nie, Ty kibicu powinieneś czuć w swym sercu moc i siłę. Dumę z bycia Polakiem.
Wierzę w Euro 2012. W ludzi, nie tylko w tak zwanych prawdziwych kibiców. Taka impreza musi porwać, sprawić aby wszystkim nam biło serce w jednym tempie. Wierzę, że jesteśmy w stanie ponieść reprezentantów. Nie będzie podziałów, krzyczenia nieparlamentarnych sformułowań. Niech przez chwilę będzie jak...
Był 31 lipca. W 1928 roku Amsterdam zamarł, oddech wstrzymała Polska. Jedna kobieta dała radość masom ludzi. Halina Konopacka wzięła zamach i idealnym rzutem ustanowiła rekord świata w rzucie dyskiem. Pierwszy polski medal na letnich Igrzyskach, pierwsze odegranie Mazurka. Polskie Radio aż nadało specjalny komunikat. Jej czerwony beret przeszedł do annałów polskiej lekkoatletyki. Kobieta ideał, choć w obecnych czasach budziłaby obawy mężczyzn. I to nie tylko ze względu na wzrost, urodę i wdzięk. Świetna tenisistka, szalony kierowca, medalistka, a do tego lekkoduch piszący wiersze i malujący. Przy tym zwarta i odpowiedzialna. Kobieta – orkiestra. Wzór, niedościgniony ideał. Bohaterka zbiorowej świadomości. Tak potrzebna w tamtych czasach.
Niespełna 82. lata później w Vancouver dumnie rozbrzmiewa polski hymn. Justyna Kowalczyk uśmiechnięta, przed telewizorami szczęśliwe miliony Polaków. Drugie polskie złoto w historii zimowych igrzysk. To zbieg okoliczności, ale i tym razem największe emocje niosło Polskie Radio oraz niezastąpiony Tomasz Zimoch, a wraz z nim oczywiście słynne studiowanie o rodzinie kaktusów. Jedna z największych komentatorskich ekscytacji w historii, a później jakże przyjemny moment dekoracji w akompaniamencie jedynym możliwym. I uśmiech Justyny, który przyniósł tyle radości nam, kibicom.
Ale zaczerpnijmy jeszcze łyk historii. Gdy 11 lutego 1972 roku na skoczni Okurayama w Sapporo stawał zaledwie dziewiętnastoletni Wojciech Fortuna nie dawaliśmy wiary, że może się wydarzyć coś nadzwyczajnego. A jednak. Jak ten czas ucieka. To już 40 lat temu, a ciągle pamiętamy wręcz zdezorientowanego skoczka, jak i wspaniałą melodię, którą w Polsce nucono z rumieńcami na twarzy, a która rozniosła się po spowitej śniegiem dalekiej Japonii. A przecież mogło go tam w ogóle nie być... Zgłoszony do igrzysk został na dzień przed wylotem. Aż się wierzyć nie chce, że tyle trzeba było czekać na kolejne zimowe olimpijskie złoto Justyny.
Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę w roku 1972. To sportowo naprawdę piękny czas. W pamięci każdego kibica rozbrzmiewa po dziś dzień nazwisko rumuńskiego szaleńca, który niemalże pozbawił reprezentantów Polski możliwości na igrzyskach. Jednak ani Victor Padureanu, ani ZSRR, ani wreszcie Maroko czy Węgry nie były w stanie powstrzymać rozpędzonej lokomotywy napędzanej patriotyzmem, a prowadzonej przez Kazimierza Górskiego. Gadocha, Lubański, Deyna... chcemy ich wspominać, ale teraz czas na Lewandowskiego, Błaszczykowskiego, Piszczka. To ich chcemy pamiętać za lat dwadzieścia i więcej. Za sukces tak potrzebny polskiemu narodowi. Ale przecież na monachijskich igrzyskach polski hymn nie rozbrzmiewał tylko przy okazji sukcesów piłkarzy. A Władysław Komar? Zygmunt Smalcerz? Jan Szczepański? Oni także wprawiali Polaków w dobry humor.
Ale przecież lata siedemdziesiąte były całe wspaniałe dla polskiego sportu, szczególnie drużynowego. W 1974 roku polscy piłkarze zajęli 3. miejsce na świecie, ale przecież dziś każdy o tym pamięta. Jakby mniej wspominamy sięgnięcie po globalny czempionat przez siatkarzy dowodzonych przez niezastąpionego Huberta Wagnera. Mój ojciec, wówczas zawodowy siatkarz, wspomina ten czas ze łzami w oczach. On też uświadomił mi, co znaczy usłyszeć hymn narodowy przed zawodami. Jakiego to daje pozytywnego kopa. Łzy radości, poczucie odpowiedzialności za ojczyznę. Za samopoczucie milionów krajan. A gdy dwa lata później siatkarze zdobyli złoto, a piłkarze srebro olimpijskie radości w Polsce było co niemiara. Choć na chwilę sportowcy pozwalali zapomnieć o codzienności.
Zresztą, sukcesy w sportach drużynowych zawsze budziły i budzą największe emocje. Każdy kto na trybunach, razem z tysiącami innych ziomków, odśpiewał Mazurka Dąbrowskiego, czy to na imprezie mistrzowskiej, czy w trakcie meczu towarzyskiego, jest świadomy tego dreszczu. Z nieba pada jakby zirytowana żona lała na człowieka z wiadra, a Ty śpiewasz, niesiesz się razem z innymi na emocjach. Odlatujesz. Emocje podobne do opisywanych udzieliły sie siatkarskim kibicom zgromadzonym w hali katowickiego Spodka, na meczu Polska-Niemcy w 2010 roku.
Gdy 8 czerwca 2008 roku na Circuit Gilles Villeneuve rozbrzmiewała znajoma wszystkim melodia Mazurka Dąbrowskiego cieszyliśmy się razem z Robertem Kubicą. Pierwsza wygrana w Formule 1. Na myśl cisną się aż inne sukcesy polskich kierowców jak choćby Sobiesława Zasady, Mariana Bublewicza czy Krzysztofa Hołowczyca. I choć droga do tych triumfów daleka, w sercach fanów gra muzyka mocnego silnika, a w żyłach płynie benzyna.
Ale czy ranga ma znaczenie? Szczecin 2011 roku. Mistrzostwa Europy w pływaniu na krótkim basenie. Z jednej strony to sport ciągle niszowy, z drugiej wymagający ogromnej dyscypliny. Czy kogoś dziwiła ogromna radość i wzruszenie podczas wręczania medali? Nie, niby czemu. To chyba naturalne. Radowaliśmy się i my.
Możliwość usłyszenia hymnu, niezależnie czy to jest impreza młodzieżowa, seniorska, mistrzowska, czy towarzyska, profesjonalna, czy całkowicie amatorska zawsze będzie przeżyciem niezwykłym. Nie dajmy sobie wmówić, że Mazurek Dąbrowskiego nie jest niczym nadzwyczajnym. Jest wyjątkowy i dla każdego z nas powinien być. Dla każdego człowieka, dla każdego kibica, nawet tego niedzielnego.
Rzecz jasna, czasem i są problemy. Edyta Górniak zawsze będzie żyła z piętnem hymnu z 2002 roku, gdy kibice nie wiedzieli, czy to koreańska Aegukga. Niby wstyd, hańba i rozwolnienie. Jednakże najważniejsze było to co w sercach. Piłkarzy i fanów.
Takich sytuacji było wiele. Przypomina się mecz z 1990 roku, gdy na stadionie Widzewa w Łodzi polska drużyna narodowa podejmowała Jugosłowian. Tradycją jest, że pierwszy odgrywany jest hymn gości. Tak było i tym razem, ale że hymn wszechsłowiański jest podobny do Mazurka... Całe trybuny ryknęły, a biedni goście nie wiedzieli co się dzieje... Bywa i tak.
Pozytywne emocje. One powinny towarzyszyć nam, Polakom w trakcie Euro 2012. Warto tu przytoczyć anegdotkę z czasów dwudziestolecia międzywojennego. 5 czerwca 1938 roku na Stade de la Meinau w Strasbourgu polska drużyna narodowa stoczyła zacięty bój z Brazylijczykami. 5:6 po dogrywce wstydem nie było. Polskie Radio rozbrzmiewało na ulicach. Podobnie było dwa lata wcześniej, gdy o brąz olimpijski polscy futboliści nieudanie walczyli z Norwegami. Ludzie zbierali się w warszawskim Ogrodzie Saskim czy przed sklepami z radioodbiornikami. Byli razem. W relacji z tamtego czasu czytamy: „Jest, ... jest! Mamy bramkę! [...] Tłum kołysze się i huczy. Na twarzach błysk radości. Pada okrzyk: Niech żyją! Wysoko ponad głowami wylatują czapki młodocianych entuzjastów. Nie tylko młodzieży udziela się ten entuzjazm. Jakiś brodaty handlowiec w długiej czarnej kapocie bije zajadle w dłonie i krzyczy: Brawo, bis! A oto znów jakaś zasuszona staruszka w staroświeckiej mantylce, nabożnie składa ręce, szepcząc zgrzybiałymi wargami: O mój Boże, mój Boże... .Ręczę, że jak żyje, nie widziała meczu piłkarskiego, nie była na boisku sportowym, a jednak i ją także porwała ta potężna fala zwycięskiej radości”.
Tak wtedy, tak i teraz sportem, a przede wszystkim futbolem interesował się każdy. Emocje niosły się od mleczarza po Wodza Naczelnego. Kazimierz Sosnkowski, wcześniej Józef Piłsudski, oni sport wielbili, wiedzieli, że to ogromna siła jednocząca naród. Hymn odegrany przed wydarzeniem, odśpiewany przez tysiące ludzi budzi tylko i wyłącznie pozytywne emocje, które sprawiają, iż człowiek czuje się wyjątkowym. Choć jest pośród wielu, to jest tym jedynym, najważniejszym. Dla siebie, dla nich – reprezentantów. I takiego uczucia oczekiwać należy, gdy Polacy wybiegną na murawę w pierwszym meczu Euro, jak i w następnych. Kiedyś słynny był „kocioł czarownic” jak subtelnie określano atmosferę na Stadionie Śląskim w Chorzowie, gdzie padł choćby Związek Radziecki w 1957 roku, teraz na każdym z obiektów, gdzie grać będą Nasi niech będzie tak gorąco. Niech fala uderzeniowa w postaci Mazurka Dąbrowskiego osłabia rywali. Gardła nasmarowane, zatem: Marsz, marsz Dąbrowski...