naTemat extra

"Palą meblami, żeby się ogrzać". Byłem na patrolu, który jest postrachem mieszkańców

“W styczniu 2017 roku zmarło o 11 tys. więcej Polaków niż w styczniu 2016. To prawdopodobne, że za znaczną część różnicy odpowiada smog” – podaje smoglab.pl. Oczywiście może to też być grypa lub zanieczyszczenia i czynniki losowe. Możemy też zaklinać rzeczywistość i bagatelizować sprawę, jak starożytni Rzymianie pijący w ołowianych kielichach wodę z ołowianych akweduktów. Ciekawe co za kilkaset lat będzie podawane w podręcznikach do historii jako jedna z przyczyn naszego upadku?
Powietrze, którym oddychamy zimą w Polsce, jest fatalne. Dużo mówi się o Krakowie i Śląsku, ale też w stolicy kraju, Warszawie. Łódź jest specyficzna pod tym kątem. Problemem są nie tylko domki jednorodzinne na obrzeżach, gdzie nieraz stężenie rakotwórczych substancji przekracza normy czterokrotnie, ale również kamienice w centrum ogrzewane starymi “kopciuchami”.  Nie wspominając już o tych mieszkańcach, którzy dokładają do pieca śmieci.

Kupa roboty

–  Raz w piecu znalazłem buta, zamek z kawałkiem spalonych drzwi, ale przede wszystkim znajdujemy ramy okienne i meble. Jeśli łodzianie palą czymś niedozwolonym, to najczęściej polakierowanymi, drewnianymi płytami – mówi Paweł Kobza ze straży miejskiej. Należy do sekcji ekologicznej, zwanej popularnie “Eko patrolem”. Przyznał, że nigdy nie spotkał się z mityczną, paloną oponą.
Czasem zdarzają się jednak gorsze odkrycia. – Kiedyś mieliśmy kontrolę pieca. Zeszliśmy do piwnicy i sprawdzamy co jest w środku. Mój ówczesny partner mówi: “No, to coś lepiącego się”. Grzebie, grzebie i pyta właściciela “co to panie jest?”. Mężczyzna początkowo bał się powiedzieć, ale w końcu przyznał, że to były jego fekalia – wspomina Jakub Olborski. To drugi z łódzkich strażników, z którymi zabraliśmy się na eko patrol.

Sąsiedzi coraz częściej wzywają strażników do kopcących kominów.

10 stopni Celsjusza. Lekki wiatr, więc powietrze nad Łodzią nie przypomina złowrogiej zawiesiny, którą niektórzy mylą z mgłą. Myślałem, że ze strażnikami będziemy chodzić po osiedlach i szukać kominów, z których unosi się czarny, śmierdzący dym. Eko patrol ma jednak pełne ręce roboty, bo co chwile dostaje zgłoszenia od mieszkańców. – W ostatnim czasie jest coraz więcej donosów od sąsiadów – wyjaśnia Paweł Kobza.
Na pierwszy ogień poszła stolarnia. Strażnicy często dostają tam zgłoszenia. Nic dziwnego, bo po sąsiedzku są domy, które stoją w oparach żółtego, cuchnącego dymu. I nic się nie da zrobić w tej sprawie. – Kiedyś właściciel został ukarany mandatem za palenie resztkami ze stolarni. Teraz używa węgla, miału i tektury – tłumaczy Kobza. Wszystko było w porządku, właściciel nawet poprosił o ulotki o miejskim dofinansowaniu do wymiany pieca. Strażnicy spisali protokół i ruszyliśmy dalej.

Zanim piec na dobrze się rozgrzeje - emituje śmierdzący dym. To denerwuje sąsiadów.

Kolejne zgłoszenie: warsztat samochodowy. Nikt nie wyszedł, choć świeciło się światło, a z komina unosiło się ciepłe powietrze. Na oko i po zapachu można było ocenić, że był to węgiel, który na dobre się rozpalił. – Jeszcze w zeszłym roku mnóstwo warsztatów paliło przepracowanym olejem. Mieliśmy nawet “strażnika-czyściciela”, który zrobił z nimi porządek. Właściciele poszli po rozum do głowy i jest duża poprawa – mówi Jakub Olborski.
Strażnicy zapisali w zeszycie, że trzeba tu wrócić. Tymczasem ruszamy dalej. Faktycznie mundurowi nie mogą narzekać na nudę. Skarżą się za to na skromną liczbę pracowników w sekcji, która... obsługuje całą Łódź. Również latem, bo wtedy też ludzie pozbywają się śmieci. “Nie miałem co z nimi zrobić” – tak tłumaczył się jeden z mieszkańców, który w piecu miał 30 palących się butelek plastikowych.
Od 2015 roku, gdy prezydent podpisał ustawę antysmogową, wiele się zmieniło. Gminy dostały narzędzia do ścigania trucicieli, a oni sami  wystraszyli się kar. Smogu jednak nie udało się zwalczyć.

Sąsiad sąsiadowi kozą

Do tego momentu “wyprawy” byłem zawiedziony, choć czułem, że głowę mam trochę cięższą. Wyobrażałem sobie jednak, że powietrze wokół patrolowanych miejsc będzie można kroić siekierą, zaciąganie się nim podziała na mnie jak papieros, a ubrania będą mi cuchnąć jak po ognisku klasowym (na którym z braku laku palony był plastik). Po prostu toksyczny smog bierze się z legalnych źródeł.

Łódź to miasto kontrastów - zwłaszcza jeśli chodzi o zabudowę.

Palenie oponami przeszło do historii.

– Problem spalania śmieci jest bardziej napompowany, niż realnie występuje – zapewnia Dominik Artomski z Łódzkiego Alarmu Smogowego. – Nawet gdybyśmy całkowicie rozwiązali problem spalania śmieci, to smog pozostanie. Ludzie palą tanim węglem i drewnem w starych piecach, które emitują dużo zanieczyszczeń – dodaje aktywista. Nie ma surowych norm paliwa, którym grzejemy.
– Muł, miał, flotokoncentraty oraz węgiel brunaty i jego mieszanki są mało wydajne energetycznie. I najbardziej nas trują – wyjaśnia Artomski. Tymczasem węgiel kamienny, który zawiera ok. 90 proc. węgla pierwiastkowego, jest wydajny energetycznie, występuje pełniejszy proces spalania, co powoduje mniej pyłu w piecu, jak i wylatującego z komina.

Nie z każdego komina unosi się dym.

Biały dym - to dobrze.

Piec kaflowy czy wolno stojąca “koza” i najtańsze mieszanki węgla to najgorsze połączenie. A takie właśnie królują w starych kamienicach. I do takich weszliśmy przy kolejnym zgłoszeniu, niedaleko ścisłego centrum Łodzi.
Razem ze strażnikami chodziliśmy od drzwi do drzwi. Był poniedziałek, więc nie każdego zastaliśmy w środku. Do lokali z piecami elektrycznymi nawet nie wchodziliśmy. Eko patrol jeden budynek sprawdza na kilka podejść. Udało nam się jednak wejść do kilku mieszkań kompleksu kamienic przy Szpitalnej.

Kamienicy znajdują się niedaleko centrum Łodzi.

Apel jest, ale drzwi na klatkę otwarte na oścież.

Choć na klatce widnieje apel o zamykaniu drzwi, w korytarzu i tak jest zimno jak na dworze. Co innego w mieszkaniach - tam jest jak w saunie. Lokatorzy nie żałują węgla i drewna. Ale też nie wszyscy.

Na tropie śmieci

Mieszkańcy, którzy nie mieli nic do ukrycia, wpuszczali nas i strażników bez zbędnego gadania. Chwalili się, że to ostatnia taka zima. – Mamy być podłączeni do miejskiego ciepła. I dobrze, bo ile można ten węgiel nosić na górę – mówi jeden z mężczyzn. Udało się to wywalczyć wspólnocie mieszkaniowej. To najlepszy sposób w takich miejscach, bo przecież nikt nas nie włączy w pojedynkę.
Tylko w jednym lokalu był problem ze sprawdzeniem pieca. Przez drzwi starszy mężczyzna mówi, że nie otworzy... bo nie ma klucza. Za pół godziny ma ktoś przyjść i nas wpuścić. – A co jeśli wybuchłby pożar? – pyta strażnik. Cisza. Znowu pukanie. – Kto tam!? – wydobywa się głos lokatora, który udawał głupiego.
Dopiero po tym, jak eko patrol pogroził wezwaniem policji, otworzył. Przypomniał sobie, że miał zapasowy klucz. W środku było zimno, brudno od sadzy i cały czas ujadały dwa psy. Nie wiadomo czemu mężczyzna nie chciał wpuścić strażników, ale palił w kozie zupełnie legalnym brykietem. Został mu dokładnie jeden.

Nie wszyscy otwierali od razu drzwi.

W każdym sprawdzanym mieszkaniu strażnicy spisywali protokół z kontroli. Nigdzie nie było zastrzeżeń. Dzień wcześniej zebrali żniwo i wlepili kilka mandatów - łodzianie odpoczywali w domach, a za oknem szalał mróz. W czasie poniedziałkowych wizyt tylko w przypadku jednej wizyty strażnik wypisał mandat.
Drzwi mieszkania otworzyła nam starsza pani. Początkowo opornie, ale w końcu zaprosiła do środka również mnie i kolegę fotografa. Piecyk grzał na pełnych obrotach. – Trochę węgla, trochę drewna. Na nic więcej mnie nie stać, bo mam 1000 złotych emerytury i męża z nowotworem – mówi lokatorka. Nie do końca była to prawda.
Strażnik pomieszał w środku piecyka pogrzebaczem i znalazł kawałek tlącej się, polakierowanej płyty meblowej. Funkcjonariusz wyciąga bloczek i prosi o dokument. Nie pomógł płacz – 50 zł? Po co mi pan to wypisuje? Czyli zamiast na leki dla chorego męża mam wydać na mandat? – żaliła się kobieta. – W ten sposób truje pani siebie, męża i wszystkich dookoła – tłumaczył nieugięty strażnik. To najniższy mandat, jaki mógł wypisać.

Strażnicy muszą wypisywać mandaty, bo sąsiedzi dalej by się truli.

Najwyższy mandat, jaki można wlepić, to 500 zł. Do niektórych przemawia on dopiero za drugim lub trzecim razem. – Tylko 10-20 proc. zgłoszeń od mieszkańców się potwierdza. Maksymalnie – zapewnia strażnik Jakub Olborski. Mieszkańcy przestali już palić śmieciami, a ci, którzy to robią, to naprawdę margines.
– Sami panowie widzieli, że jest tego naprawdę niedużo. Prawie w ogóle nie zużyłem bloczku. Przez dwa miesiące wypisałem 19 mandatów –dodaje Paweł Kobza i pokazuje niemal nieużywany bloczek mandatowy.

Bartosz Godziński
Maciej Stanik





Autorzy artykułu:

Bartosz Godziński

dziennikarz

Podobają Ci się moje artykuły?
Możesz zostawić napiwek

Teraz możesz docenić pracę dziennikarzy i dziennikarek. Cała kwota trafi do nich. Wraz z napiwkiem możesz przekazać też krótką wiadomość.

Sprawdź, jak to działa

Kwota napiwku

Wiadomość do autora (opcjonalnie)

Twój adres e-mail

Kod BLIK znajdziesz w aplikacji swojego banku