Polscy koszykarze 3x3 mogą wrócić do kraju z medalem olimpijskim z Tokio
Polscy koszykarze 3x3 mogą wrócić do kraju z medalem olimpijskim z Tokio Fot. FIBA

Drugą polską drużyną – po siatkarzach – która zakwalifikowała się na igrzyska olimpijskie w Tokio, są koszykarze odmiany 3x3. Ta widowiskowa dyscyplina debiutuje właśnie w turnieju olimpijskim, a że zdobywa z roku na rok coraz większą popularność, nie jest wykluczone, że na stałe wpisze się w program zmagań o medale olimpijskie. Dla nas to świetna wiadomość, bo polska kadra to jeden z faworytów.

REKLAMA

Poniższy tekst jest elementem naszej akcji specjalnej #GotowiNaTokio. Od poniedziałku aż do rozpoczęcia igrzysk każdego dnia będziemy publikować materiały poświęcone zmaganiom sportowym w Tokio. W naTemat dowiesz się o naszych szansach medalowych, jak do igrzysk przygotowani są Japończycy, poczytasz wspomnienia naszych najbardziej utytułowanych olimpijczyków i nie tylko.

Co to jest 3x3? Koszykówka uliczna na igrzyskach

Koszykówka w odmianie 3x3 ma prostą genezę i jeśli myślicie, że wywodzi się z ulicznych pojedynków (streetball) dzikich drużyn czy rekreacyjnego grania z kumplami pod blokiem na jeden kosz, to macie rację. W latach 80. w USA zyskała tak dużą popularność – równolegle z rozwojem ligi zawodowej NBA – że zaczęto unifikować jej proste zasady i w 2007 roku zorganizowano pierwsze mistrzostwa świata. Nie minęły dwie dekady, a 3x3 debiutuje w turnieju olimpijskim i z pewnością będzie jedną z jego atrakcji.
Zasady są proste, grają dwie drużyny po trzech zawodników (plus jeden w rezerwie), nie ma trenera, a punktuje się rzucając za dwa lub za jeden. Kosz jest jeden. Dokładnie tak, jak w streetballu. Wygrywa drużyna, która przed upływem 10 minut zdobędzie 21 punktów lub więcej. Jeśli po dziesięciu minutach żadna drużyna nie zdobyła wymaganego minimum punktów, wygrywa ten, który uzyska wyższy wynik. Jeśli jest remis, po minucie urządza się dogrywkę. I jeszcze jedno. Gra się specjalną piłką, w zasadzie jej uliczną odmianą.

Polska potentatem 3x3, medal MŚ i awans do Tokio

Tak się wspaniale składa, że w tym roku będziemy mieli wśród olimpijskich debiutantów w 3x3 reprezentację Polski, która dwa lata temu szturmem wdarła się do światowej czołówki. W 2019 roku w Amsterdamie Michael Hicks, Paweł Pawłowski, Marcin Sroka i Przemysław Zamojski zagrali fenomenalny turniej. Najpierw wygrali grupę D, bijąc Łotwę, Australię oraz Brazylię i przegrywając tylko z Japonią. W ćwierćfinale nasz zespół pewnie ograł Portoryko, a w półfinale zagrał z USA. Amerykanie zbili Biało-Czerwonych 22:8, by sięgnąć po mistrzostwo świata.
W finale ograli Łotwę, którą nasz zespół kilka dni wcześniej odprawił w fazie grupowej po zażartej walce 15:13. Przyszło nam więc grać o brązowy medal i po dramatycznej walce Polacy go zdobyli. Ograli bardzo mocnych Serbów 18:15, wskakując na podium i otwierając sobie szansę gry o igrzyska w Tokio. Kluczową akcję w samej końcówce meczu wykonał Michael Hicks. Do jego osoby wrócimy za chwilę, bo to w polskim baskecie 3x3 ktoś niezwykle ważny. Co ciekawe, rok wcześniej nasi koszykarze skończyli MŚ tuż za podium, z pracą pożegnał się trener – nie bierze udziału w meczu, ale prowadzi zespół – Mirosław Noculak. Ikona.
logo
Michael Hicks i jego firmowe zagranie, rzut z dystansu Fot. FIBA
Szansę dostał Piotr Renkiel, który jeszcze niedawno był kadrowiczem, a teraz miał poprowadzić kolegów z boiska. Nikt nie miał z tym problemu, koszykówka 3x3 różni się od tej halowej, w wersji po pięciu graczy. Jest sporo luzu, nie ma dystansu i mecze, a przede wszystkim ich otoczka, bardziej przypominają luźne granie na ulicy, niż rywalizację o medale za wszelką cenę. Jasne, gdy trwa mecz, nie ma pardonu i walczy się na całego. Ale poza grą jest inna energia, rodzinna. Wszyscy się znają, jest sporo docinków i żartów, ale też szacunku. I luzu, obowiązkowo.

Przełomowe kwalifikacje i jedno olimpijskie marzenie

Szlachectwo, czyli przynależność biało-czerwonych do światowej czołówki, trzeba było potwierdzić wiosną. Po roku przerwy spowodowanej pandemią koszykówka 3x3 wróciła na arenę międzynarodową i w maju rozegrano turniej kwalifikacyjny do igrzysk w Tokio. Do austriackiego Grazu zjechała elita, a Polacy po raz kolejny grali jak z nut. Pokonali w decydującej batalii po pięknej walce wicemistrzów świata Łotyszy 20:18, a Michael Hicks powiedział po meczu ze spokojem: – Ja nie przegrywam z Łotwą.

Drużyna w składzie Michael Hicks, Paweł Pawłowski, Szymon Rduch i Przemysław Zamojski sięgnęła po pierwsze marzenie. Awans na igrzyska to dla polskiej koszykówki wielkie wydarzenie, po raz ostatni nasz zespół rywalizował o medale w Moskwie w 1980 roku. Biało-czerwoni zrobili swoje, z meczu na mecz oraz z turnieju na turniej ten zespół rośnie i jeszcze wiele dobrego o nim usłyszymy. Medal olimpijski? Dlaczego nie, przecież na igrzyska nie zakwalifikowali się Amerykanie, mistrzowie świata. A nasi do Japonii polecieli.

Człowiek instytucja, jeden rzut i sms od mamy

Awansu i sukcesów kadry 3x3 z pewnością nie byłoby, gdyby nie Michael Hicks. 38-latek, który trafił nad Wisłę w 2008 roku, ściągnięty przez Basket Kwidzyn. Pochodzący z Missouri Amerykanin zadomowił się w Polsce, a wszystko dzięki drugiemu pracodawcy w naszym kraju, Polpharmie Starogard Gdański. To w tym mieście spędził dekadę, to tu poznał swoją obecną żonę Dagnę, tutaj zapuścił korzenie.
To właśnie ze Starogardu Gdańskiego w 2018 roku ruszył ku przygodzie, czyli koszykówce 3x3. Trafił do kadry, gdzie szybko stał się liderem – nie tylko dzięki charyzmie i swojej osobowości – ale też świetnemu rzutowi z dystansu. Który w tej historii okaże się niezbędny. Tak trafiamy z powrotem na mundial w Amsterdamie, gdzie Polacy potykają się z Serbami w meczu o brąz. Serbowie przed rokiem pokonali nasz zespół w półfinale MŚ 21:19, wygrali tamten turniej. Nasi skończyli go na miejscu czwartym. W Holandii obie ekipy znów walczą o medal.

Znów walka jest niezwykle zacięta. Do końca meczu pozostały już tylko trzy sekundy, nasi przegrywają 17:19. Hicks ma piłkę, oddaje rzut i trafia za dwa. Remis! Ale sędziowie pokazują, że nasz zespół ma jeszcze dwa rzuty wolne. Amerykanin z polskim paszportem – obywatelstwo dostał w 2016 roku, bez rozgłosu i medialnej wrzawy – trafia oba. I tonie w objęciach kolegów. Mamy medal, brązowy medal. Zagramy o igrzyska w Tokio! Tamta chwila zostanie z naszymi koszykarzami na zawsze, bo na ten sukces ciężko zapracowali.

Mama czuwała i była z nim cały czas

Michael Hicks będzie wtedy pamiętał o swojej mamie. Nie o nieudanej walce o angaż w NBA, obozie i rywalizacji z Kevinem Garnettem i Rayem Allenem. – Byłem z nimi dwa miesiące. Nie przebiłem się, ogólnie do NBA było mi daleko – powie później szczerze "Gazecie Wyborczej". Nie o śniegu i zimnie, które zastały go w Polsce. O szarym i niezbyt atrakcyjnym Starogardzie Gdańskim, w którym zapuścił korzenie. Będzie pamiętał o mamie, która w 2017 roku zginęła w wypadku samochodowym i z którą nie miał okazji się pożegnać.
Co w takiej chwili powiedziałaby mama? Odpowiedź poznaliśmy w maju, gdy nasz zespół wygrał walkę o igrzyska. – Ostatnią wiadomością, jaką wysłała mi mama przed śmiercią, było zdanie: "Do zobaczenia synu na igrzyskach olimpijskich". Ona była z nami przez cały czas. Nigdy nie przegrałem z Łotwą, dlatego wiedziałem, że nam się uda, choć poprzednie sześć tygodni nie było łatwych. Dziękuję moim kolegom za szaloną walkę do ostatniej minuty – mówił ze łzami w oczach Michael Hicks.

Już po turnieju, gdy emocje opadły i można było na chłodno przeanalizować kolejny krok, lider kadry i jej bohater postawił jasny cel przed drużyną. – Złoto. To jedyna rzecz, o jakiej myślimy. Ja gram, by zdobywać medale, a my jesteśmy coraz lepsi i lepsi. Dlatego nie pojadę do Tokio po brąz, po srebro tylko po złoto – jasno i bez ogródek wyłożył w rozmowie z "Przeglądem Sportowym" Michael Hicks.

Nim w Japonii ruszy walka o medale – nasza kadra to również Przemysław Zamojski, Szymon Rduch i Paweł Pawłowski – proszę pamiętać, że Michael Hicks to po prostu "Michaś z Kociewia", który uwielbia żurek, rosół, schabowe, gołąbki, bigos, kocha też kaszankę z grilla – jak wyliczała w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" Dagna Hicks.
A poza tym smakuje się w tatarze, bigosie oraz śledziach. Uwielbiają go dzieci i ma ogromny dryg do pracy z nimi. Jest świetnym kumplem. A z Tokio chce przywieźć medal. Rywalizację Polacy rozpoczną już 24 lipca, rywalem będzie Łotwa. A jak wiemy, "on nie przegrywa z Łotwą".
Więcej informacji na temat igrzysk olimpijskich w Tokio znajdziesz w naTemat. Jesteśmy #GotowiNaTokio.