
W 2004 roku miała miejsce premiera „Fahreinheit 9/11” - kontrowersyjnego quasi-dokumentu w reżyserii Michaela Moore’a. Film wpisywał się w amerykańską kampanię prezydencką bezpardonowo krytykując republikańską administrację. Moore nie starał się skrywać swoich lewicowych zapatrywań, nie siląc się nawet na pozory obiektywizmu. Z jednej strony w ciekawy sposób przedstawił Georga W. Busha - jako infantylnego cowboya, który nigdy nie mógł sprostać funkcji prawdziwego męża stanu. Pokazał też niejasne biznesowe powiązania rodziny Busha z królestwem Arabii Saudyjskiej. Z drugiej bezwstydnie epatował łzami matek poległych w Iraku Amerykanów żołnierzy i cierpieniem zwykłych Irakijczyków- nieuniknionych ofiar w anty-saddamowskiej krucjacie.
D’Souza dziwi się, że Obama senior najwyraźniej stanowi dla syna swoisty autorytet, mimo, że był nadużywającym alkoholu poligamistą i praktycznie nie uczestniczył w wychowaniu swojego dziecka, zrzucając to na barki swojej byłej żony. Obama junior zadedykował jednak ojcu, zdeklarowanemu anty-kolonialiście i socjaliście książkę.
Wszystko to z początku robi spore wrażenie, ale szybko przychodzi refleksja, iż przecież na drodze niezwykle aktywnego wykładowcy, prawnik i polityka, jakim był prezydent, siłą rzeczy pośród dziesiątek różnych ludzi, musiały pojawić się jednostki o dwuznacznej reputacji. O tych mających umiarkowane poglądy, będących blisko Obamy, filmowiec już zapomniał wspomnieć.
D’Souza słusznie zauważa, że Barack Obama nie czuje takiego związku z Europą jak jego poprzednicy, nie widzi jednak tego, że jest tak gdyż mamy do czynienia z pierwszym amerykańskim prezydentem, którego korzenie w tak wielkim stopniu wykraczają poza Judeo-Chrześcijańską Europę.