W 2004 roku miała miejsce premiera „Fahreinheit 9/11” - kontrowersyjnego quasi-dokumentu w reżyserii Michaela Moore’a. Film wpisywał się w amerykańską kampanię prezydencką bezpardonowo krytykując republikańską administrację. Moore nie starał się skrywać swoich lewicowych zapatrywań, nie siląc się nawet na pozory obiektywizmu. Z jednej strony w ciekawy sposób przedstawił Georga W. Busha - jako infantylnego cowboya, który nigdy nie mógł sprostać funkcji prawdziwego męża stanu. Pokazał też niejasne biznesowe powiązania rodziny Busha z królestwem Arabii Saudyjskiej. Z drugiej bezwstydnie epatował łzami matek poległych w Iraku Amerykanów żołnierzy i cierpieniem zwykłych Irakijczyków- nieuniknionych ofiar w anty-saddamowskiej krucjacie.

REKLAMA
Tytuł „Fahrenheit 9/11” był według Moore temperaturą w której „płonie wolność”, stanowiąc aluzję do książki Raya Bradbury’ego „Fahrenheit 451” – przedstawiającą dystopijną wizję Ameryki w której czytanie książek jest zabronione. 451 stopni Fahrenheita to temperatura w jakiej pali się papier.
Dla Moore’a zamachy z 11 września 2001 r. zostały wykorzystane przez Busha do niemalże ubezwłasnowolnienia obywateli i stały się pretekstem do inwazji na Irak. Wojnę z wojskami Husajna sprowadził do walki o ropę i kontrakty dla amerykańskich firm. Moore osiągnął bezprecedensowy sukces komercyjny w dziedzinie filmów dokumentalnych, ale też wymowa jego dzieła została spłycona i strywializowana przez jasne poglądy i tezy, które miał już przed kręceniem filmu. On nie szukał prawdy i odpowiedzi, ponieważ miał je gotowe od samego początku.
Na kontrakcję z obozu Republikanów musieliśmy czekać aż do 13 lipca bieżącego roku, kiedy to do kin zawitał kolejny propagandowy dokument- „Obama’s America 2016”. Reżyserii podjął się Dinesh D’Souza- konserwatywny dziennikarz, pisarz polityczny, w przeszłości m. in. polityczny doradca administracji Ronalda Reagana. D’Souza oparł swój film na napisanej przez siebie książce „The Roots of Obama’s Rage. Zarówno publikacja jak i film bazują na dosyć ryzykownej tezie mówiącej iż prezydent Barack Obama podziela radykalne anty-kolonialne poglądy swojego zmarłego ojca i żywi do całego Zachodniego świata głęboki uraz za setki lat imperialnych podbojów.
Ma o tym świadczyć m. in. chłodny stosunek prezydenta do europejskich sojuszników. USA przestało wspierać Wielką Brytanię ( jednego z najbliższych aliantów) w sporze o Falklandy, przychylając się do roszczeń Argentyny, co do tego terytorium. Obama wywołał głosy oburzenia na Downing Street, zwracając Brytyjczykom stojące w gabinecie owalnym za kadencji Busha popiersie Winstona Churchilla( przekazane przez Tony’ego Blaira po zamachach z 11 września) - być może jako oznakę sprzeciwu co do jego działań przeciw narodowo-wyzwoleńczym aspiracjom Kenii w latach 50. Churchill wysłał wtenczas wojska celem stłumienia rebelii w zbuntowanej kolonii. Dziadek Obamy uczestniczył w tym zrywie, za co Brytyjczycy wsadzili go na wiele miesięcy do więzienia.
D’Souza korzystając ze swojego hinduskiego pochodzenia bardzo umiejętnie ustawia się w kontrze do rzekomych poglądów Obamy. D’Souza nie ukrywa swojego podziwu dla USA- państwa, które dało możliwość biednemu imigrantowi nauki i niesamowitego rozwoju w przeciwieństwie do Indii, gdzie podziały klasowe uniemożliwiają ubogiej części ludności społeczny awans. Reżyser dokumentu bardzo górnolotnie wyraża się o Stanach zjednoczonych określając je mianem „Imperium Ideałów”. Wspomina też o łączących go z prezydentem kolejach losu.
Obaj urodzili się w 1961 r., pochodzą z mieszanych rasowo małżeństw, dorastali w biednych krajach, które były koloniami europejskich potęg- D’Souza w Indiach, zaś Obama przez kilka lat wychowywał się w Indonezji. Według twórcy „Obama’s America 2016”, Stany Zjednoczone to imperium, które przede wszystkim zapewnia światową stabilizację i szansę wielu emigrantom na nowe, lepsze życie. D’Souza implikując, że kolonializm niósł za sobą nie tylko ciemiężenie podbitych ludów, ale również postęp podpiera się opinią przyrodniego brata Obamy- Georga. Mieszkający w slumsach Nairobi George Obama wręcz twierdzi, że gdyby Brytyjczycy zostali dłużej w Kenii to kraj obecnie byłby na podobnym poziomie rozwoju co RPA, poruszając tym samym drażliwy temat tabu.
Reżyser dokumentu jednocześnie uważa, że działania prezydenta Stanów Zjednoczonych w gruncie rzeczy osłabiają Amerykę. Pragnie dowieść, że Obama nie kieruje się w pierwszej kolejności racją stanu , ale pragnie wynagrodzić państwom Trzeciego Świata czasy kolonializmu. Snując swoje przypuszczenia co do „prawdziwych” poglądów przywódcy USA bazuje na napisanej przez Obamę autobiografii- „Dreams from my Father. A story of Race and Inheritance” (w polskim tłumaczeniu P. Szymczaka „Odziedziczone marzenia. Spadek po moim ojcu”.)
D’Souza dziwi się, że Obama senior najwyraźniej stanowi dla syna swoisty autorytet, mimo, że był nadużywającym alkoholu poligamistą i praktycznie nie uczestniczył w wychowaniu swojego dziecka, zrzucając to na barki swojej byłej żony. Obama junior zadedykował jednak ojcu, zdeklarowanemu anty-kolonialiście i socjaliście książkę.
Trudno wyrokować w jakim stopniu Barack Obama podziela poglądy swojego ojca. D’Souza sugeruje, że na przyszłego przywódcę USA, wielki wpływ miał Frank Marshall Davis- poeta i radykalny komunista. Obama miał z nim styczność w młodości i wspomina o nim w autobiografii ponad 20 krotnie. W dokumencie kolejno wymieniani są ludzie o śmiałych, rewolucyjnych zapędach, których koleje losu w jakimś stopniu krzyżowały się z żywotem pierwszego czarnoskórego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Od niektórych Obama publicznie się dystansował, jak np. Jeremiaha Wrighta- pastora skandalisty- udzielił on Państwu Obama ślubu i ochrzcił ich dzieci. Wright posuwał się nawet do usprawiedliwiania ataków z 11 września 2001 r. Twierdził, że są karą zesłaną Ameryce za popełnione w przeszłości grzechy.
Wszystko to z początku robi spore wrażenie, ale szybko przychodzi refleksja, iż przecież na drodze niezwykle aktywnego wykładowcy, prawnik i polityka, jakim był prezydent, siłą rzeczy pośród dziesiątek różnych ludzi, musiały pojawić się jednostki o dwuznacznej reputacji. O tych mających umiarkowane poglądy, będących blisko Obamy, filmowiec już zapomniał wspomnieć.
Autorowi dokumentu należy przyznać, że w niektórych fragmentach swojego dzieła wykazuje się sporą odwagą w ciekawy, niepozbawiony kontrowersji sposób starając się uargumentować dlaczego ludzie zagłosowali w wyborach prezydenckich na kogoś kto miał jedynie nieco ponad 3 lata doświadczenia w polityce na szczeblu parlamentarnym, zasiadając w przez ten okres w senacie. D’Souza za pomocą swojego rozmówcy – Dr. Shelby’ego Steele’a próbował wyjaśnić ten fenomen. Steele- starszy partner konserwatywnego Hoover Institution, specjalizujący się w badaniu koegzystencji ras we współczesnym społeczeństwie, wprost twierdzi, że wybór Obamy miał podłoże rasowe. Sam Steele doskonale potrafi wczuć się w położenie prezydenta, ponieważ podobnie jak u Obamy jego matka jest biała, zaś ojciec czarnoskóry.
Steele twierdzi, że wywodząca się a Afryki mniejszość naturalnie zagłosowała na „swojego”. Stanowiący większość potomkowie europejskich kolonizatorów zapragnęli z kolei uczestniczyć w czymś przełomowym. Historycznym akcie definitywnie kończącym rozdział segregacji rasowej i symbolicznym zadośćuczynieniem za niewolnictwo. Obama w „Dreams from My Fathers” wspomina, że nauczył się jak zachowywać się by zdobywać przychylność białych- nie okazywać wiecznego gniewu i nie wykonywać gwałtownych ruchów- z tym według Obamy kojarzą się bowiem Afroamerykanie białej społeczności. Teza iż wybór Amerykanów miał tak błahe podwaliny może wzbudzić smutną konstatację na temat kondycji najstarszej nowożytnej demokracji świata. Z drugiej jednak strony demokracja w państwach zachodnich w wielu aspektach została już sprowadzona do premiowania sprawnych mówców, taniego teatru i gry pozorów, za którymi nie kryje się już żadna głębsza idea, a jedynie cyniczna chęć władzy.
Petera Moore’a i Dinesha D’Souzę łączy jedna rzecz- syndrom polityki zachodniej XXI wieku. Radykalizacji obydwu stron i coraz mniejszego pola do wspólnego porozumienia. Moore i D’Souza wraz z ich filmami są idealnym obrazem stanu intelektualnej elity tak z „lewej” jak i z „prawej” strony. Obydwa dokumenty są porównaniem przepaści jaka wyrosła w intelektualnej Ameryce po zimnej wojnie.
D’Souza słusznie zauważa, że Barack Obama nie czuje takiego związku z Europą jak jego poprzednicy, nie widzi jednak tego, że jest tak gdyż mamy do czynienia z pierwszym amerykańskim prezydentem, którego korzenie w tak wielkim stopniu wykraczają poza Judeo-Chrześcijańską Europę.
Obama ze względu na swoje pochodzenie i dzieciństwo z oczywistych pobudek będzie solidaryzował z krajami III Świata. Zbyt daleko posuniętą teorią spiskową wydaje się jednak to iż mógłby on stawiać dobro krajów post kolonialnych ponad interes Stanów Zjednoczonych. D’Souza momentami celowo wypacza rzeczywistość. Zarzuca Obamie, że wstrzymał nowe wiercenia ropy na terytorium USA i opóźnia rurociąg „Keystone” biegnący z Kanady aż do rafinerii w teksasie, równocześnie pomagając finansowo byłym państwom kolonialnym – Meksykowi, Brazylii i Chile w zwiększeniu odwiertów na swoich terytoriach. Reżyser przemilcza fakt, że w 2010 r. wydobycie ropy w USA wzrosło z 250 mln do 275 mln. Był to pierwszy od ćwierćwiecza wzrost wydobycia tego surowca ze złóż własnych Ameryki. Niebagatelne znaczenie ma tu oczywiście pozyskiwanie „czarnego złota” z łupków.
Wliczając do tego pozyskiwanie gazu ze złóż węgla i właśnie łupków sprawiło, iż energia w Stanach Zjednoczonych jest niekiedy dwukrotnie tańsza niż w innych wysoko rozwiniętych krajach. De facto za czasów Baracka Obamy bezpieczeństwo energetyczne kraju znaczącą wzrosło. Warto również wspomnieć o wspieraniu przez prezydenta tzw. „reshoringu” , czyli powrotem amerykańskich producentów ze swoimi fabrykami z powrotem do USA. Eksperci Boston Consulting Grup szacują, że z tych powrotów powstanie w Stanach Zjednoczonych w najbliższych latach 5 milionów miejsc pracy. To wszystko nie wygląda na politykę kogoś kto pragnąłby osłabić własny kraj od wewnątrz, by „oddać dobra” bardziej potrzebującym.
D’Souzie nie można zarzucić, że w swoim obrazie idzie po linii najmniejszego oporu. Nie wspomina o błędach młodości prezydenta i jego przygodach z używkami. Nie zarzuca mu, bycia muzułmaninem oraz urodzenia poza terenem USA. Jego film zdobył duży rozgłos i przyniósł spore zyski, ale raczej mało prawdopodobne jest to, że będzie miał wpływ na listopadowe wybory ze względu na swój brak rzetelności. Adresatem tej produkcji jest grupa niezdecydowanych wyborców, będących zawsze elementem przeważającym szalę . Ten obraz – tak jak w przypadku Moore’a – jest próbą narzucenia konkretnej narracji danej politycznej sytuacji.
To przemowa językiem Republikanów, choć pod płaszczykiem rzekomo neutralnego instrumentu (filmu dokumentalnego). D’Souza to z pewnością inteligentny człowiek, tym większa więc szkoda, iż jego pracę ewidentnie wypacza i ogranicza kurczowe trzymanie się perspektywy jednej opcji politycznej . Znamy to aż za dobrze z polskiego podwórka.