Alfreda Zielonka z oddziału Chirurgii Urazowej w Zawierciu, gdzie przywieziono pierwszych poszkodowanych, opowiada nam, o wczorajszym wieczorze. - Po godzinie dziesiątej, na przyjęcie pierwszych rannych czekał w gotowości już cały oddział, zostały ściągnięte wszystkie pielęgniarki i lekarze - relacjonuje pielęgniarka w rozmowie z naTemat.
REKLAMA
O której dowiedziała się Pani, o katastrofie?
Około godziny dziesiątej dostałam telefon z oddziału, żeby wydzwaniać koleżanki do szpitala, bo zdarzyła się katastrofa.
Jak wyglądała sytuacja w szpitalu po pani przyjeździe?
Po godzinie dziesiątej, na przyjęcie pierwszych rannych czekał w gotowości już cały oddział. Na oddział zostały ściągnięte wszystkie pielęgniarki i lekarze. Normalnie na nocnej zmianie są zwykle tylko dwie pielęgniarki, więc nie dałyby sobie rady w tej sytuacji.
Ile osób przyjęto na Pani oddział?
W sumie przywieziono do nas osiem osób, w tym trzy wymagały natychmiastowej operacji i musiały zostać przewiezione na blok operacyjny. W tej chwili przebywają na OIOMie [oddziale intensywnej opieki medycznej - red.]. Pozostałe pięć osób leży dalej u nas, mają lekkie obrażenia głowy i kończyn.
Jak czują się obecnie poszkodowane osoby, czy ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo?
Mogę opowiedzieć tylko o ludziach, którzy zostały na naszym oddziale, a tym nie grozi nic poważnego. Dodam jeszcze, że na oddziale razem z pielęgniarkami i lekarzami pojawili się szpitalni psychologowie, którzy również objęli swoją opieką poszkodowanych. Poszkodowani nie mówią za wiele o samym zdarzeniu, nie odczuwali hamowania, obecnie czują się dobrze.
