
Możliwość zlikwidowania najważniejszej w naszym kraju niezależnej stacji telewizyjnej jest perspektywą przerażającą. Nie mniej przeraża, że wynika to z arbitralnej decyzji jednego człowieka.
REKLAMA
Tak przecież przedstawiało to wielu komentatorów, spekulując, co postanowi Jarosław Kaczyński, co mu się bardziej opłaci, czy zdecyduje się na otwarty konflikt z amerykańską administracją, czy skłoni się do zlikwidowania TVN, czy raczej jej przejęcia i podporządkowania, czy zrobi to teraz i szybko, czy trochę decyzję odwlecze. Kalkulacje, rachuby, a może po prostu kaprys jednego człowieka może zdecydować jakie media będą w Polsce funkcjonowały. Czyż to nie jest oczywiste potwierdzenie, że jesteśmy w naszym kraju bardzo blisko dyktatury?
A przykład z niezależnymi mediami, faktycznie uzależnianymi od woli i kaprysu jednego człowieka, nie jest jedynym. Podobnie dzieje się w przypadku niezawisłego nominalnie sądownictwa, łącznie z tym najwyższej rangi.
Kaczyński obwieścił oto, że należy zlikwidować Izbę Dyscyplinarną w Sądzie Najwyższym, której całkiem niedawne powołanie wzbudziło stanowczy sprzeciw Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i wywołało groźbę zablokowania Polsce wypłat z unijnego funduszy odbudowy. Arbitralna decyzja prezesa – nie Sądu Najwyższego, lecz partii – decyduje o funkcjonowaniu najwyższego organu władzy sądowniczej w kraju.
A czyni to „bez żadnego trybu”. Formalnie jest jedynie wicepremierem. Jego umocowanie w strukturze władz państwowych jest zatem podrzędne (wicepremier podlega premierowi), a zakres uprawnień i decyzji nieokreślony (nie ma do dyspozycji żadnego własnego resortu). Podejmuje jednak jednoosobowo decyzje dotyczące funkcjonowania praktycznie wszystkich dziedzin życia publicznego. I bodaj nikt nie ma wątpliwości, że tak właśnie się dzieje.
Kaczyński to nie szara eminencja obozu władzy czy gabinetowy polityk prowadzący zakulisowe gry i dokonujący dyskretnych uzgodnień. To wódz dyktujący swoją wolę w sposób jawny, otwarty, a nawet ostentacyjny.
Rząd, parlament, sądownictwo jako atrapy władzy
Po to właśnie wymyślono dawno temu zasadę rozdzielenia władz publicznych, aby nie dopuścić do uzależnienia losu państwa i jego obywateli od woli i kaprysu jednego człowieka lub ośrodka decyzyjnego. Oprócz trójpodziału władz państwowych wymogiem demokracji liberalnej jest także niezależność „czwartej władzy”, czyli mediów, a ponadto decentralizacja systemu zarządzania, zatem rozwój samorządności.Wszystkie te zasady i wymogi, zapisane w polskiej konstytucji, Kaczyński odrzuca, bowiem już przed wielu laty przyswoił i rozwinął doktrynę „centralnego ośrodka dyspozycji politycznej” jako nieformalnego, nadrzędnego i w gruncie rzeczy jednoosobowego centrum decyzyjnego, nieskrępowanego strukturą instytucjonalną państwa, bo usytuowanego ponad nią.
Rząd, parlament, sądownictwo – łącznie z konstytucyjnym – mają się stać i już w dużej mierze stały się atrapami lub instrumentami władzy ulokowanej poza nimi. W przypadku mediów publicznych ta instrumentalizacja i podległość przybrały formę karykaturalną. To nie one kontrolują władzę, lecz ona je, stały się one narzędziem propagandy uprawianej na jej rzecz i dla jej korzyści.
Istnienie jakiejkolwiek niezależnej instytucji czy organizacji nie mieści się w systemie władzy scentralizowanej, zunifikowanej i zhierarchizowanej. Dlatego likwidacja Izby Dyscyplinarnej nie oznacza, że poniechane zostaną działania zmierzające do unicestwienia niezależności sądownictwa i niezawisłości sędziowskiej, a ewentualna rezygnacja z przejęcia lub likwidacji TVN nie będzie oznaczać końca zabiegów o wyeliminowanie niezależnych mediów.
Jedynym sposobem zapobieżenia tym i podobnym aktom destrukcji niezależnych instytucji jest odsunięcie od władzy człowieka mającego takie zakusy, wraz z jego zapleczem partyjno-politycznym. Inaczej bowiem będziemy skazani na snucie przypuszczeń, co prezes powoła lub odwoła, co ustanowi lub unicestwi, co proklamuje lub zlikwiduje, na co pozwoli, a czego zabroni. Bez żadnego trybu.
Czytaj także: