
Błyskawiczny podbój Afganistanu przez talibów to jedna z najbardziej przygnębiających wiadomości w ostatnim i tak już ponurym czasie, naznaczonym pandemią, jej śmiertelnym żniwem i innymi destrukcyjnymi skutkami.
REKLAMA
Przyglądamy się z przerażeniem i bezsilnie triumfowi brodatych fundamentalistów, bo niewiele możemy zrobić dla ratowania ich aktualnych i potencjalnych ofiar, choć wiemy, że będą i zapewne im współczujemy. Wydarzenia nastąpiły jednak zbyt szybko, aby przygotować skuteczny ratunek.
Po niedawnym pałacowym zamachu stanu dokonanym przez prezydenta Tunezji, uważanej za najbardziej demokratyczny i liberalny kraj arabski, oraz stopniowym narzuceniu autorytarnych porządków przez prezydenta Turcji, nie ma już praktycznie demokracji w żadnym państwie z dominującą większością muzułmańską. Po Arabskiej Wiośnie nie pozostało nic trwałego, Syria tonie we krwi brutalnej wojny domowej, Liban z niegdysiejszej „Szwajcarii Bliskiego Wschodu” przekształcił się w państwo upadłe, irańscy ajatollahowie trzymają się mocno (wybory prezydenckie wygrał fundamentalista, zresztą innych nie dopuszczono).
Smutno jest konstatować upadek różnych, popularnych i wpływowych jeszcze niedawno teorii o kolejnych falach demokratyzacji, mających obejmować stopniowo coraz to nowe obszary świata, łącznie z Chinami. Liberalna demokracja jest w odwrocie, fundamentaliści i fanatycy przejmują władzę w kolejnych państwach, niekoniecznie muzułmańskich, także europejskich.
Bezradność świadków i obserwatorów tej ofensywy autorytaryzmu i fundamentalizmu jest przygnębiająca. Mieszkańcy Afganistanu uciekający i desperacko usiłujący uciec przed fanatykami religijnymi na pewno nie są zwolennikami szariatu i można byłoby przyjąć ich do Europy raczej bez ryzyka, że przywiozą tutaj ze sobą islamskie prawo i obyczaje.
Dotyczy to zwłaszcza tamtejszych mniejszości wyznaniowych, szczególnie narażonych na prześladowania ze strony islamistów. Ale każdy liczniejszy napływ imigrantów w każdym bodaj państwie europejskim wywołałby społeczne protesty i wzrost poparcia dla partii antyimigranckich, ksenofobicznych, nacjonalistycznych. Po drugie, przyjęcie uchodźców politycznych natychmiast zmobilizuje tłumy imigrantów ekonomicznych, uciekających do Europy nie tylko czy nie tyle z powodu prześladowań, co z biedy.
Łatwo jest rzucać oskarżenia na Amerykanów
Prawda jest niestety taka, że im bardziej otwarta i humanitarna polityka imigracyjna, tym więcej chętnych do skorzystania z niej. Stąd jej surowość i rygoryzm, a nawet bezwzględność w ostatnim czasie. Rządy Niemiec i kilku innych państw europejskich jeszcze kilkanaście dni temu planowały odesłanie do Afganistanu nielegalnych imigrantów stamtąd przybyłych.Alternatywa nie istnieje lub jest żałosną fikcją. Forsowany często pomysł pomagania na miejscu to absurd w przypadku państw rządzonych przez autorytarne reżimy. Jak pomóc Afgańczykom, gdy całą i pełną władzę przechwycą talibowie?
Przejmujące są telewizyjne i internetowe nagrania Afgańczyków, a zwłaszcza Afganek, szczególnie tych młodych, rozpaczających wobec perspektywy życia w Talibanie. Bodaj jeszcze bardziej wstrząsające są wypowiedzi tych, które pogodzone z losem przesyłają światu opisy tego, co je czeka i wyrzuty, że nie mogą liczyć na niczyją pomoc, więc przestały na nią liczyć. A ilu Polaków byłoby do takiej pomocy gotowych?
Łatwo jest rzucać oskarżenia na Amerykanów, że zbyt pochopnie postanowili się wycofać, podobnie jak niegdyś oskarżano ich o zbyt pochopne wkroczenie i naiwność co do możliwości zdemokratyzowania zislamizowanego społeczeństwa. Szlachetniej jednak zgrzeszyć naiwnością niż cynizmem, chociaż to politycznie kosztuje zwykle więcej.
Owszem, społeczeństwa zdominowane przez islam okazały się słabo podatne na demokratyzację i liberalizację. Jeśli komuś podoba się szariat, niech więc żyje zgodnie z nim, byle u siebie. Problem z tymi, którzy też tam mieszkają, ale pragną świeckiego państwa, swobód osobistych oraz wolności wyznania, słowa i sumienia, a skazani są na życie pod rządami islamistycznego reżimu. Ich żal.
W tle tej ponurej historii rysuje się uniwersalny problem rosnącego w siłę religijnego, nie tylko przecież muzułmańskiego, fanatyzmu i fundamentalizmu, dotykający w mniejszej, na szczęście, skali także Polaków. Ale to osobny, choć też ponury temat.