Fot. Zuza Krajewska / Warsaw Creatives

W rubryce zawód, Robert Małecki wpisuje dzisiaj: "autor kryminałów". Pisze na pełen etat, właśnie opublikował świetną dziewiątą powieść, zaczął pisać dziesiątą, w międzyczasie otrzymał kilka najważniejszych nagród literackich w Polsce i sprzedał prawa do ekranizacji nagradzanej serii z Bernardem Grossem oraz thrillera "Zmora". Spore osiągnięcia. Zwłaszcza, jak na kogoś, kto kilka lat temu wyjeżdżał "spłakany" z warsztatów literackich Katarzyny Bondy.

REKLAMA
"Najsłabsze ogniwo" zadowoli fanów talentu Małeckiego. W swojej najnowszej powieści pisarz znów przeniesie nas w sielskie realia (tym razem podtoruńska wieś), zaprosi na grilla do domu sympatycznych bohaterów (uznany pisarz, jego żona, dwójka dzieci), i zrobi to tylko po to, aby po kilku stronach wywrócić ich (i nasz zarazem) świat do góry nogami.
z opisu "Najsłabszego ogniwa":

Znany pisarz powieści obyczajowych, Piotr Warot, przeżywa najpotworniejsze wakacje swojego życia. W tajemniczych okolicznościach znika jego brat z dziewczyną. Policjanci podejrzewają, że Aleks i Alina wyskoczyli na krótki romantyczny urlop i odcięli się od świata. Jednak kiedy oboje milczą zbyt długo, Piotr nie ma wątpliwości, że stało się coś złego.

Taki opis znajdziemy na okładce "Najsłabszego ogniwa" i więcej zdradzać oczywiście nie wypada. Można jednak pytać o kulisy powstawania powieści, a o tym Robert Małecki opowiedział nam chętnie — podobnie, jak o początkach swojej drogi pisarskiej, która, mówiąc oględnie, była dość wyboista.
Boi się pan swoich bohaterów?
Raczej nie ma powodu, żebym się ich bał... Chyba że zdarzy im się uciec w inną stronę, niż planowałem: moi bohaterowie czasami lubią mi się zerwać z łańcucha. Ale generalnie nie boję się ich. Ba, z wieloma z tych postaci się zżyłem i planuję kontynuację ich losów.
Ja czytając "Najsłabsze ogniwo" kilku się bałam. Ale właściwie nie dlatego, że są wyjątkowo przerażający, ale dlatego, że zło może być tak blisko. Pan spotyka takie bezwzględne osoby na swojej drodze?
Jeśli spotykam, to na szczęście wyłącznie w mediach. Czytamy o "znakomitym ojcu, wspaniałej żonie, przyjaznym sąsiedzie", a okazuje się, że w wielu domach siedzi zło, które w wyniku splotu pewnych zdarzeń, w końcu wypływa na wierzch.
I tak, tych bohaterów chyba bym się bał, natomiast w pierwszej chwili pomyślałem o tych pierwszoplanowych, którzy zazwyczaj są dobrzy, i z którymi fajnie spędza mi się czas.
Z tym, że pierwszoplanowi są dobrzy to tak nie jest do końca. Piotr Warot z "Najsłabszego ogniwa", jakkolwiek sympatyczny człowiek, od początku kłamie. Z resztą wszyscy tam u pana kłamią.
Tak, wszyscy z jakiegoś powodu ukrywają coś w imię wyższych lub niższych celów. Pewnie, Piotr ma swoje za uszami, ale któż z nas nie ma?
To prawda, że Warot jest nam bardzo bliski, z resztą jak wiele innych pana postaci. Dlaczego szuka pan swoich bohaterów wśród zwykłych ludzi? Nie kusi, żeby przerzucić się na opowieści o tajnych agentach czy superbohaterach?
Lubię literaturę sensacyjną jako czytelnik, ale nie mam ochoty tworzyć takich powieści. Zupełnie mnie to nie pociąga. Natomiast pociąga mnie to, co robią moi wielcy mistrzowie, czyli na przykład Harlan Coben, który opisuje przedmieścia New Jersey — miejsca, w których sam bywa. Mam tu na myśli okazję do podjęcia obserwacji społecznej i psychologicznej otaczających nas ludzi, tych, których mamy na wyciągnięcie ręki. Mam wrażenie, że tylko wtedy można się zbliżyć do czegoś, co nazwałbym rodzajem prawdy o człowieku. A ja tej prawdy bardzo lubię poszukiwać na potrzeby literatury gatunkowej.
Z tymi bardziej odrealnionymi bohaterami chyba nie chciałbym mieć do czynienia, nie dlatego, że nie lubię tego gatunku. Lubię. Ale z tego, że lubię się śmiać nie wynika chęć pisania komedii kryminalnych.
logo
Fot. Zuza Krajewska / Warsaw Creatives
Tak dalekie wyjście ze strefy komfortu się nie wydarzy?
Trzykrotnie wychodziłem już ze strefy komfortu. Po "Zadrze" mogłem przecież pisać kolejne tomy o komisarzu Grossie. Dziś mielibyśmy ich sześć. Ale czy wtedy czułbym się pisarzem, który się rozwija, idzie do przodu, weryfikuje swoje umiejętności? Pewnie nie. Pewnie pisałbym cały czas jedną, tę samą powieść, osadzoną w tych samych realiach, o takim samym brzmieniu i temperaturze.
Tymczasem zdecydowałem się napisać thriller psychodeliczny, czyli "Żałobnicę". I jest to na pewno tekst zupełnie inny od opowieści o Grossie. Ale czy zdołałbym wyjść z tej strefy tak dalece, żeby napisać kryminał komediowy? Chyba się jeszcze nie zdecyduję [śmiech]. Może prędzej napisałbym sensację, ale na razie nie mam w głowie żadnego pomysłu na taką opowieść.
A jak gatunkowo określi pan "Najsłabsze ogniwo"?
Thriller. Najlepiej bez żadnych przymiotników.
Thriller z mocno rozbudowaną warstwą obyczajową. Mocno zaakcentowane są tam dylematy wychowawcze. Celowo?
"Najsłabsze ogniwo" to powieść o sile więzów rodzinnych. Chciałem pokazać relacje rodziców z dziećmi, bo sam jestem ojcem 13-latka. Zastanawiałem się, ile wiemy o swoich dzieciach, czego nie wiemy i czego nigdy się nie dowiemy. Ale to dobrze, bo młodzi ludzie, wkraczający w świat dorosłości, muszą mieć swoje tajemnice. Grunt, żeby wiedzieli, że w każdej chwili mogą liczyć na swoich rodziców. I że nie ma dróg bez wyjścia.
Syn był konsultantem?
Tak, od czasu do czasu zadawałem mu pytania. Zawsze udzielał mi wsparcia, z czego bardzo się cieszę.
Zdziwiły pana któreś z jego podpowiedzi?
W zasadzie głównie omawialiśmy kwestie językowe, sposobu wypowiedzi moich młodych bohaterów. W ten sposób poznałem na przykład takie określenie: "Jeez". Rozmawialiśmy też na tematy związane z uświadamianiem seksualnym, zagrożeniami związanymi z pornografią, bo w powieści pojawia się taki wątek.
A jeśli chodzi o głównego bohatera "Najsłabszego ogniwa"… Z kim pan się konsultował budując tę postać?
Sam ze sobą [śmiech]. Rzeczywiście, ułatwiłem sobie zadanie, bo nie szukałem bohatera, który miałby doświadczenie zawodowe odbiegające daleko od mojego. Chciałem napisać powieść pozbawioną szeroko zakrojonego researchu, ale nie dlatego, że mi się nie chciało. "Najsłabsze ogniwo" to opowieść o więzach rodzinnych i to miało być najważniejsze.
Taki wybór postaci generuje jednak "męczące" pytania, na przykład takie, jakie teraz zadam: czy dużo jest pana w głównej postaci? Nie będzie to pana irytowało? I czy nie bał się pan, że za dużo z siebie da Warotowi?
Potrzebowałem bohatera, który miałby odrobinę więcej wolnego czasu niż inni. Oczywiście, można było mu wymyślić interesujący zawód i wysłać go na urlop, ale nie wiedziałem, na ile fabuła się rozciągnie, ile obejmie dni. Wobec tego chciałem, żeby to był przedstawiciel wolnej profesji.
Padło więc na dziennikarza, który został pisarzem. I to nas łączy. Ale moje koleżanki i koledzy, przebyli podobną drogę zawodową, więc nie jest to jakoś specjalnie zaskakująca koincydencja. A poza tym, pisząc "Najsłabsze ogniwo" wiedziałem, że to nie będzie opowieść o Piotrze Warocie jako o pisarzu, bo jego zawód jest tu w zasadzie nieistotny.
Ale ma Pani rację. Zdawałem sobie sprawę, że porównania mnie do Warota i Warota do mnie się pojawią, ale one pojawiały się również wtedy, gdy premiery miały kolejne tomy trylogii toruńskiej z Markiem Benerem. Dlatego mogę śmiało powiedzieć, że jestem już na te pytania przygotowany.
Jest pan laureatem wielu nagród literackich. W tekstach, opisujących pana twórczość można znaleźć określenia: "Najlepszy polski autor kryminałów". Jak pan się do tego odnosi? To motywuje czy raczej przeciwnie, trochę peszy?
Zaskakujące jest to, że ja te wyróżnienia otrzymałem niemal w jednym czasie. I całe szczęście, że mam krótką pamięć, bo nie skupiam się na tych zaszczytach [śmiech]. Oczywiście, nagrody motywują w tym sensie, że nie chcę pisać powieści byle jakich, chcę trzymać poziom.
Natomiast wszystkie te określenia: "najlepszy pisarz", "polski Coben" - jasne, to jest miłe i sympatyczne, ale ja wiem, gdzie jest moje miejsce w tym szeregu, czego od siebie oczekuję, co chciałbym osiągnąć i jakie powieści chciałbym jeszcze napisać.
Wyróżnienia to niezwykle cenna i ważna rzecz w moim doświadczeniu zawodowym, natomiast najważniejsza jest praca i to, żeby się skupić na pisaniu kolejnych opowieści.
Pisanie kryminałów to dar czy wypracowana umiejętność?
Są autorzy, którzy mają dar i tacy, jak ja, którzy musieli się czegoś douczyć, dokształcić. Nie wstydzę się tego i często o tym mówię, że byłem uczestnikiem warsztatów literackich, które bardzo dużo mi dały. Miałem okazję pisać pod okiem Mariusza Czubaja, Marcina Świetlickiego, Marty Mizuro, Kasi Bondy i uważam, że to był absolutnie kluczowy moment kształtowania się mojego pisarstwa. Bez tych warsztatów pewnie tak szybko bym nie zadebiutował.
Jestem więc dowodem na to, że pewnych rzeczy można się nauczyć. Oczywiście, nie wszystkiego. Trzeba mieć dużą wolę, chęci, trzeba być cierpliwym. Przyda się też tonę szczęścia.
Pytam, bo pana pierwsza powieść wciąż leży w szafie i, jak sam pan zapewnia, nigdy nie ujrzy światła dziennego. Ale jednak po jej ukończeniu stwierdził pan, że będzie nadal pisać. Skąd ta determinacja, żeby pisać kryminały?
Ta powieść, która leży w szafie, jest fatalna pod każdym względem: językowym, konstrukcyjnym, fabularnym. Kompletne dno. Jest to jednak powieść, która dała mi odpowiedź na pytanie zasadnicze: czy jestem w stanie poświęcić kilka miesięcy z życia, żeby usiąść vis a vis ekranu komputera i napisać powieść? Odpowiedź brzmiała: tak, jestem w stanie. Ale to za mało by napisać dobrą powieść.
Musiałem uwierzyć w siebie i sobie zaufać. Dlatego, wybrałem drogę uczestnictwa w warsztatach, co wiązało się z tym, że dostawałem tam mocno po głowie. A z warsztatów u Kasi Bondy w 2015 roku wyjeżdżałem po prostu spłakany, myślałem, że już nigdy nic nie napiszę, że to nie dla mnie. Ale po kilku miesiącach pomyślałem sobie, że spróbuję ostatni raz. Jak się nie uda, to rzeczywiście zrezygnuję i zajmę się czymś innym.
Postanowiłem więc wrócić do rozgrzebanej wówczas powieści pt. "Najgorsze dopiero nadejdzie". Przerobiłem ją, dokończyłem i wysłałem do wydawcy. I dopiero wtedy wszystko się zaczęło.
logo
Fot. Zuza Krajewska / Warsaw Creatives
Czy podczas pisania "Najsłabszego ogniwa" dużo było ślepych zaułków, w które pan się wpędził? Intryga robi się monetami bardzo gęsta. Przez chwilę bałam się, że pan się z tej sieci kłamstw nie wyplącze. Pan miał takie obawy?
Oczywiście, ponieważ w głowie mam początek i koniec historii, niespecjalnie wiedząc, co jest pomiędzy punktem A i punktem Z. Dla mnie samego jest to zawsze zaskoczenie: często staję na rozdrożu, muszę się porozglądać, wrócić do tekstu, poszukać inspiracji, znaleźć odpowiedzi w zapisanych już scenach.
Choć moje opowieści powstają linearnie, to nigdy nie jest tak, że jak napiszę pierwszy rozdział, to do niego nie wracam. Otóż wracam i to stale. Każdą powieść piszę nieustannie weryfikując to, co już napisałem. Im bliżej więc końca, tym więcej razy przepisuję początek. To jest permanentna praca nad całością tekstu i fabułą.
Tak właśnie widzę moje pisarską szychtę. Nie chcę być tylko maszyną przenoszącą scenopis na powieściowe rozdziały. Chcę, żeby ten tekst mnie porywał. Jasne, że częściej jest tak, że mnie wcale nie porywa, co zresztą doprowadza mnie do szału, ale wówczas biorę się do roboty i walczę. Bo kocham swoją pracę i nie zamieniłbym jej na żadną inną.
Czy pisząc "Najsłabsze ogniwo" wiedział pan już, że sprzedały się prawa do ekranizacji serii o komisarzu Grossie? Pisarz Warot też ma taki epizod na koncie….
Tak, już byliśmy po rozmowach z producentami i mieliśmy podpisaną umowę.
Jak pan do tej kwestii podchodzi: spełnienie marzeń, wyzwanie?
Spełnieniem marzeń będzie dopiero serial, o ile powstanie. A to wcale nie jest takie pewne. Świat filmu rządzi się swoimi prawami, jest tam wielu decydentów, a w grę wchodzą duże pieniądze. To wszystko wymaga czasu. W każdym razie wkrótce rozpoczną się prace nad scenariuszem, potem producent będzie szukał emitenta. Kibicuję temu projektowi z całego serca, ale zamiast leżeć i marzyć o obsadzie, wolę skupić się nad fabułą powieści, nad którą aktualnie pracuję. Tak zarabiam na utrzymanie rodziny.
Czyli wyklucza pan swój udział w tworzeniu scenariusza?
Tak, bo w ogóle się na tym nie znam. Gdybym się upierał, pewnie zrobiłbym temu serialowi krzywdę. Od roli współscenarzysty, wolę rolę konsultanta, który określi ramy opowieści. Bo bardzo bym chciał, żeby w tym serialu Gross pozostał Grossem, Chełmża — Chełmżą, żeby klimat opowieści wybrzmiewał podobną poetyką melancholii i smutku. Na tym by mi zależało najbardziej.
I dlatego doskonale rozumiem to, że fabuła serialu będzie musiała się zmienić, powędrować innymi ścieżkami. Bo przecież przekładanie książki jeden do jednego jest całkowicie pozbawione sensu. W mojej opinii serial ma być przetworzeniem idei, która jest ukryta w powieści.
Ma pan w głowie idealną obsadę?
Pierwsza myśl to Bogusław Linda, druga — Andrzej Chyra, trzecia — Robert Gonera. To trójka Grossów, których z przyjemnością zobaczyłbym na ekranie.
A międzynarodowo? Gdyby przyszedł do pana Netflix i powiedział: "Sky is the limit". Kogo pan wybiera?
Clint Eastwood. Tylko i wyłącznie. (śmiech).
logo

Artykuł powstał we współpracy z wydawnictwem Czwarta Strona.