
Urzędnicy domagają się emisji mieszkańców budynku przy ulicy Brzeskiej 11 na warszawskiej Pradze. W jednym z nich mieszka Edyta Bołotowicz, której syn jest w śpiączce. – Idzie zima, chyba zbankrutuję – mówi dziennikarce "Gazety Wyborczej".
"Idzie zima, chyba zbankrutuję"
Mieszkanie Edyty Bołotowicz jest w fatalnym stanie, brakuje w nim ogrzewania centralnego, dlatego zimą matka z synem przenosili się do kuchni. Po wypadku stał się to niemożliwe, bo łóżko Sebastiana jest za duże.Żyliśmy w jednym, małym pokoju, który łatwiej było ogrzać. Łatwiej, ale nie taniej. Po zimie rachunki przychodziły nawet i po dwa tysiące. A teraz będę miała do ogrzania całe mieszkanie, bo z łóżkiem Sebastiana nie zmieścimy się w kuchni. Chyba zbankrutuję.
Remont przed wyborami kopertowymi
Tragiczne do życia warunki są niebezpieczne dla syna pani Edyty. Z powodu zimna Sebastian może zachorować, a każda infekcja jest dla niego niebezpiecznaBoję się teraz, że mój syn dostanie zapalenia płuc. To będzie dla niego tragedia. Jakakolwiek infekcja jest dla niego bardzo niebezpieczna. A teraz przez wilgoć i grzyba w mieszkaniu w rurkach umieszczonych w gardle Sebastiana cały czas są bakterie.
Urząd dzielnicy szuka zastępczego mieszkania
Karolina Jakobsche, rzeczniczka prasowa Pragi-Północ przekazała, że zarząd dzielnicy wciąż szuka innego lokalu dla pani Bołotowicz. Zaproponowano jej mieszkanie 29-metrowe, do którego nie zmieściłaby się ze specjalistycznym sprzętem syna. Druga propozycja to lokum przy ul. Stalowej. Bez centralnego ogrzewania i ciepłej wody. Pani Bołotowicz twierdzi, że gdy oglądała mieszkanie, okazało się, że są tam ludzie.
