Adam Gust

– Trudny był moment, kiedy nie miałem pracy i kiedy dopadały mnie czarne myśli. Miałem w Polsce potężne, jak na samotnego polonistę, długi do spłacenia, zniszczony związek, pokręcone relacje z ludźmi. Wtedy postanowiłem, że zakończę swoje życie, bo nikomu nie byłem potrzebny, byłem sam. Siedziałem na moście w Oslo, chciałem skoczyć i zamknąć za jednym zamachem wszystkie sprawy – mówi w rozmowie z naTemat Piotr Mikołajczak, autor książki "NOrWAY. Półdzienniki z emigracji".

REKLAMA
Wiele osób twierdzi, że wyjazd z Polski to ciekawa opcja, lecz już poza krajem często przychodzi weryfikacja marzeń w zderzeniu z rzeczywistością. Jak było w twoim przypadku?
Choć o Norwegii, chyba od dziecka, myślałem tylko i wyłącznie dobrze, to bardzo szybko przyszła u mnie weryfikacja Norwegian Paradise (norweskiego raju), który był, jak się okazało, tylko rajem wyobrażonym. Po pierwszych kilku tygodniach wiedziałem, że poloniście dość trudno będzie znaleźć pracę bez norweskiego lub bez jakichś podstawowych umiejętności w zakresie sztuki budowlanej, a na pewno odnaleźć się w tym środowisku, w które zostałem wrzucony tak naprawdę z przymusu.
logo
Adam Gust
Nie byłem emigrantem z wyboru, bo do Skandynawii przyjechałem spłacić długi, w większości nabyte nie z własnej winy. Norweski raj okazał się na początku norweskim koszmarem. Zasada 3xP, czyli pracować, płacić, przeżyć, to było coś, co determinowało moje życie. Musiałem myśleć tylko o tym, by kwota, jaką dostanę na koniec miesiąca, się zgadzała.
Jakie były najgorsze momenty podczas tego norweskiego koszmaru?

Wyjeżdżałem do Norwegii z niezdiagnozowaną depresją, czymś, co dziś nazywam ciemnym filtrem. Trochę jakbym spoglądał na rzeczywistość przez maskę spawalniczą. Najgorszym momentem był okres szczytowy, kiedy sięgnąłem dna choroby i nie byłem w stanie niemal przez 40 dni wyjść z domu. To był z pewnością najciemniejszy moment w emigracyjnej przygodzie. Bardzo źle wspominam też noc na dworcu w Oslo. Nie miałem absolutnie żadnych pieniędzy, nie mogłem do nikogo zadzwonić.
Starałem się zebrać do kupy, powtarzałem sobie, że jakoś to przeżyję. Chciałem sprawdzić, czy moje postanowienie, że od tej pory nie będę nikomu nic zawdzięczał, uda się wprowadzić w życie od tej nocy. Nie była to wtedy mądra decyzja, do dziś wspominam to jako coś strasznego, ale chyba to wtedy też zacząłem się stwarzać na nowo. Takie skrajne sytuacje konstruują coś nowego w człowieku, niszcząc bezpowrotnie to, z czego kiedyś byliśmy zbudowani.
Trudny był też moment, kiedy nie miałem pracy i kiedy dopadały mnie czarne myśli. Miałem w Polsce potężne, jak na samotnego polonistę, długi do spłacenia, zniszczony związek, pokręcone relacje z ludźmi. Wtedy postanowiłem, że zakończę swoje życie, bo nikomu nie byłem potrzebny, byłem sam. Siedziałem na moście w Oslo, chciałem skoczyć i zamknąć za jednym zamachem wszystkie sprawy.
Wtedy jednak w pełni uświadomiłem sobie rzecz, którą zapamiętałem z czytanej jakiś czas temu książki Cormaca McCarthy’ego: życie oferuje nam niezmierzone możliwości, a śmierć jest jedynym wyjściem, które zamyka wszystko. Zdecydowałem, że nie idę w ciemną stronę, ale pójdę tam, gdzie jest jeszcze ciemniej i spróbuję żyć dalej. Tamta decyzja zaprowadziła mnie do tego, gdzie jestem teraz, czyli na Islandię. Jestem szczęśliwym człowiekiem.
Cała emigracja nie składała się wyłącznie ze złych momentów. Starałem się znajdować w niej coś, co mnie inspirowało – natura, język ludzi, ciekawe sytuacje. Nie chciałem opisywać polskiej emigracji, chciałem jedynie oddać jej głos.
Łatwo jest walczyć z problemami psychicznymi, będąc poza ojczystym krajem?

Na początku starałem się poradzić sobie sam. Nie miałem żadnych pieniędzy, oprócz tych, które musiałem przeznaczać na długi, mieszkanie, jedzenie. Dużo czytałem na temat zdrowia psychicznego i uświadamiałem sobie z każdą kolejną lekturą, że jest coraz gorzej. Później moja przyjaciółka dała mi numer do terapeuty.

Okazało się, że łatwo znaleźć pomoc, jeśli decydujemy się na terapię przez Skype lub inny komunikator. Od tego momentu wszystko zaczęło iść w dobrą stronę. Zacząłem się, z każdą kolejną terapią, coraz bardziej oswajać z tym, co mnie spotkało. Ludziom z depresją trudno jest zaakceptować swój cień, a na emigracji jeszcze tylko dochodzą kolejne problemy - samotność, inne środowisko, alkohol. Terapia jest najlepszym, co w takiej sytuacji można dla siebie zrobić.

Jak wyglądały początki pracy w Norwegii?

Na początku szukałem pracy wszędzie. Byłem w najbardziej popularnych firmach, także tych, które są znane w Polsce. Szybko zorientowałem się, że zostawianie CV przypadkowym osobom nie było najlepszym pomysłem. Chodziłem, gdzie się dało: na pocztę, do marketów, po budowach, ale i na cmentarz, bo myślałem, że nikt nie chce pracować przy pielęgnowaniu takich miejsc, ale i tu się myliłem. Przez trzy lata jednak trafiło mi się wszystko, co było, na tamten moment, łatwo dostępne – od budowlanki, przez skręcanie mebli, pracę na zmywaku czy sprzątanie po zmarłych lub styling (ustawianie mieszkania pod sprzedaż, urządzanie go). Czasami kursowałem autem, przewożąc różne rzeczy.
logo
Adam Gust, archiwum prywatne
Na sprzątaniu zacząłem i na nim skończyłem norweską emigrację. Pod sam koniec udało mi się dostać pracę przy sprzątaniu w kinie. To była najprzyjemniejsza praca ze wszystkich. Byłem sam, mogłem się w końcu wyciszyć, oglądać najnowsze filmy, słuchać audiobooków. Powoli wracałem do świata, który był mi bardziej znany.
A jak przyjmowali cię ludzie, którzy tam byli?

Różnie. Emigracja jest bardzo zróżnicowana. Krążą oczywiście opinie, że Polak Polakowi wilkiem, ale tak jest w większości nacji. Na emigracji spotkałem wielu rodaków, którzy byli pomocni i próbowali wyciągać człowieka z różnych opresji. Muszę też zaznaczyć, że nie wyjechałem sam. Na początku byłem tam z fotografem Adamem Gustem, którego zdjęcia zdobią moją książkę. Dzięki Adamowi udało się przeżyć te pierwsze miesiące w dość dobrej kondycji psychicznej.
Każdy ma swoją historię na emigracji. Każdy wyjechał tam po coś innego. Ja wyjechałem nie tylko, żeby godnie żyć, ale i żeby godnie wyjść z sytuacji, w którą rzucił mnie los. Miałem, jako polonista, prawie 300 tysięcy złotych długu i wizję, że nie uda mi się tego spłacić przez następne 30 lat. Ale udało się to nawet twardogłowemu humaniście. Każdy, kto naprawdę chce, znajdzie swoje miejsce na emigracji.
Czyli twoja książka "NOrWAY. Półdzienniki z emigracji" nie jest odstraszaczem od wyjazdu z Polski, a raczej przestrogą, że nie zawsze wszystko może iść zgodnie z marzycielskim planem?

Dokładnie. Norwegia jest przepięknym krajem, który stwarza wiele możliwości dla tych, którzy są zdeterminowani. Nie zawsze to wyjdzie i nie zawsze jesteśmy w stanie osiągnąć tam sukces. Jeśli mamy zdrowe ręce, nogi i głowę, jesteśmy w stanie zarobić sporo pieniędzy. Czasem, żeby nie wydawać tam za dużo, musimy żyć w nieco gorszych warunkach. Ja żyłem przez chwilę w piwnicy z widokiem na zsyp węgla. Potem przeniosłem się do cudownego domku z ogrodem z cudowną właścicielką. Wszystko na emigracji musi mieć swój czas.

Już po rozpoczęciu terapii, kiedy zacząłem się lubić, pojawiła się w moim życiu Berenika. Poznaliśmy się na Instagramie, ona była na Islandii, ja w Norwegii. Pięć miesięcy później przeprowadziłem się do niej na wyspę. Bardzo szybko wróciliśmy razem do życia, które lubimy, z którego możemy się w pełni cieszyć.

Mieliście też to szczęście, spędzić tydzień na prywatnej wyspie, zupełnie za darmo. To brzmi jak spełnienie marzeń. Jak do tego doszło?

W 2019 roku byliśmy na wakacjach w Norwegii. Chcieliśmy ją trochę odczarować, poznać nie zza brudnej szyby, którą trzeba było umyć, ale z samochodu, podróżując. Siedzieliśmy w jakiejś hyttcie w lesie pod Oddą, kiepsko działał internet. Berenika znalazła przez przypadek stronę bestsellerowego pisarza Frederika Harena, zajmującego się tematem kreatywności. Okazało się, że można aplikować o pobyt na jednej z wysp, należących do Fredrika. Każdy, kto maluje, rysuje, pisze, rzeźbi, może starać się, by spędzić tam tydzień. Nam się udało.
Kiedy się tam znaleźliśmy, poczuliśmy się trochę jak w baśni. Mieliśmy wrażenie, że to nowy poziom izolacji, radosnego, tym razem, przeżywania samotności. Na wyspę trzeba dopłynąć łódką, znajduje się tam piękny domek. Wyspa jest magiczna, cicha, naturalnie piękna. Zdecydowaliśmy się, by w przyszłym roku przy dobrych wiatrach pojechać tam ponownie, płacąc już jednak za pobyt, bo właściciele od 2022 umożliwią wynajmowanie tego miejsca.
Co zabawne, podczas pobytu na szwedzkiej wyspie poczuliśmy, nieco przekornie, tęsknotę, ale za... Norwegią, do której z pewnością chcemy powracać tak często, jak tylko się da. Jeszcze nie wiemy, czy to będą wakacje, dłuższy pobyt, czy na stałe. Póki co mieszkamy na Islandii i jest nam tu dobrze. Mamy swój azyl.

Warunki życia w Norwegii

Zarobki w Norwegii: Pracownik ładunku i rozładunku - 35 920 NOK (3600 EUR); Kucharz - 34 200 NOK (3440 EUR); Asystent w budownictwie - 33 780 NOK (3380 EUR); Stolarz - 36 830 NOK (3700 EUR); Dekarz - 38 330 NOK (3800 EUR); Malarz - 36 630 NOK (3680 EUR); Sprzątaczka w firmie - 33 080 NOK (3300 EUR)

Mieszkania: Nawet wynajmowanie mieszkania w kilka osób wiąże się z kosztami rzędu 3000 – 6000 NOK (400 – 630 EUR) na osobę.

Ceny przykładowych produktów w Norwegii: Chleb - 7,90 NOK (0,8 EUR); Mleko - 17,50 NOK (1,76 EUR); Jajka (12 szt) - 38 NOK (3,8 EUR); Pomidory (1kg) - 27 NOK (2,7 EUR); Makaron (1kg) - 17 NOK (1,71 EUR); Ziemniaki (1kg) - 15 NOK (1,5 EUR); Woda (0,5 l) - 20 NOK (2 EUR); Herbata 1 opakowanie - 50 NOK (5 EUR)

Dane na 2021 rok (źródło)