
"Nie był to tylko błąd Cezarego Gmyza, ani nawet Gmyza i Tomasza Wróblewskiego, który jako naczelny podjął ostateczną decyzję. Był to błąd systemu, niewydolnych redakcyjnych procedur" – tak tekst o trotylu na wraku tupolewa, który skutkował dymisjami w "Rzeczpospolitej", komentuje Jacek Żakowski z "Polityki".
Ogólna - wynika z sytuacji ekonomicznej mediów. Ubożenie sprawia, że z jednej strony coraz mniej osób pracuje w redakcjach i coraz mniej wysiłku wkłada się w pracę nad tekstami, a z drugiej rośnie presja na newsa, czy - jak mówimy z angielska - scoopa, czyli coś na prawdę mocnego. CZYTAJ WIĘCEJ
Kulturowa przyczyna ma polegać na tym, że "Rzeczpospolita" od lat działa pod "prawicowym, konserwatywnym, patriotycznym szyldem", a jej publicyści starają się wmówić czytelnikom, że Polska opanowana jest przez spisek.
Wciąż jednak nie ma Graala, który by stanowił ostateczny dowód. Gmyz (podobnie jak wcześniej Bronisław Wildstein i kilka innych osób) dostarczył tego wymarzonego Graala. Nic więc dziwnego, że jego artykuł przyjęto z entuzjazmem i nadano mu najwyższą rangę. Żadna redakcja - wolna od takiej dramatycznej tęsknoty za Graalem Wielkiego Spisku - tekstu Gmyza by nie opublikowała w takiej formie i bez precyzyjnego sprawdzenia. CZYTAJ WIĘCEJ
Żakowski kończy stwierdzeniem, że wydawcom "Rz" łatwo było zwolnić dziennikarzy, ale zdecydowanie trudniej będzie im obronić tożsamość dziennika.

