
General broni Tomasz Piotrowski skomentował kwestię ataku polskich żołnierzy na dziennikarzy przy granicy z Białorusią. Stanowczo zaprzeczył, że doszło tam do szarpaniny i twierdził, że nikt nikogo nie zwyzywał. – Każdy powinien mieć oznaczenia, żeby nie utrudniać sytuacji i nie szukać sensacji tam, gdzie jej nie ma – oświadczył.
REKLAMA
Atak na fotoreporterów
Jak informowaliśmy w naTemat.pl do ataku na fotoreporterów miało dojść we wtorek 16 listopada, poza obszarem objętym stanem wyjątkowym."Grupa osób w mundurach Wojska Polskiego zaatakowała trzech fotoreporterów: Macieja Nabrdalika, Macieja Moskwę i Martina Diviska podczas wykonywania przez nich obowiązków dziennikarskich" – oświadczyło Press Club Polska.
Dziennikarze chcieli wykonać zdjęcia dokumentujące obecność wojska. Przed ich zrobieniem podobno podeszli do bramy, przedstawili się wartownikowi jako dziennikarze i uprzedzili, że będą z zewnątrz wykonywać fotografie.
Wówczas osoby w mundurach Wojska Polskiego miały wyciągnąć fotoreporterów z samochodu, szarpiąc ich przy tym i używając wulgaryzmów, a później pozbawieni kurtek i skuci kajdankami dziennikarze mieli oczekiwać ponad godzinę na policję.
Topolewski: Nie mieli na sobie odpowiednich odnaczeń
Wyjaśnienia tej sytuacji podczas konferencji o sytuacji na granicy podjął się generał broni Tomasz Piotrowski. Na pytanie dziennikarza odpowiedział w następujący sposób: Niech pan sobie wyobrazi, że stoi pan na obozowisku pilnując kolegów, którzy odpoczywają po akcji na granicy i widzi pan trzech mężczyzn w ciemnych kurtkach zmierzających w stronę obozowiska – zaczął.– Nie reagują na wezwania, nie mają odznaczeń, nie chcą rozmawiać, są zamaskowani, wykrzykują trudne do zrozumienia hasła, później okazuje się po rozmasowaniu ich, że mają zarost, co w takich warunkach można różnie interpretować – opisywał dalej.
– Z całym szacunkiem doskonale wiemy, że w warunkach narastającego napięcia każdy może powiedzieć, że jest dziennikarzem – odpowiedział na uwagę o tym, że przecież reporterzy mówili, że są dziennikarzami.
Jak dodał "każdy powinien mieć oznaczenia, żeby nie utrudniać sytuacji i nie szukać sensacji tam, gdzie jej nie ma". – Nikt nikogo nie szarpał, nie pobił i nie ubliżał – zapewnił generał Topolewski.
Kiedy dziennikarz zwrócił uwagę, na to, że według nagrań doszło jednak do znacznie ostrzejszej sytuacji niż zwykłe zatrzymanie, odparł, że nie widział nagrań, więc trudni mu się do nich odnieść.
Czytaj także: