Sylwia Spurek
Sylwia Spurek Tomasz Jastrzebowski/REPORTER
Reklama.
Rozmowa z Sylwią Spurek to część cyklu Kobiety naTemat.
Jak to szkodliwe prawo aborcyjne, jakie mamy w Polsce, będzie wpływało na sytuację kobiet i ich rodzin, bliskich?
Na początek wyjaśnijmy, że z opresyjnym prawem i praktyką jego stosowania nie mamy do czynienia dopiero od roku. Prawo, które tworzy piekło kobiet, obowiązuje od 1993 roku. Sama treść ustawy antyaborcyjnej plus praktyka stosowania jej przepisów tworzy piekło kobiet od prawie 30 lat. Za sytuację kobiet nie odpowiadają wyłącznie Jarosław Kaczyński z Julią Przyłębską, jak próbuje to sprzedawać część opozycji.
Odpowiedzialne są wszystkie rządy: politycy i polityczki, którzy ten system tworzyli i mówili o "kompromisie aborcyjnym". Ci, którzy nazywali tak prawo, które nie respektowało interesów kobiet. Dlatego sprzeciwiam się fałszowaniu historii i mówieniu o systemowej przemocy wobec kobiet, która ma miejsce od roku, bo to nie jest kwestia wyłącznie tego Trybunału.
Wyrok upolitycznionego Trybunału Konstytucyjnego z 2020 roku to nie jest coś oryginalnego. Z efektem mrożącym u lekarek i lekarzy, z ich strachem, ale także wygodnictwem, mamy do czynienia od lat. Trudno ignorować tę decyzję Trybunału, ale chciałabym, żeby politycy i polityczki starych partii uderzyli się w piersi i powiedzieli: my też jesteśmy winni, bo nic nie zrobiliśmy, żeby prawo kobiet do aborcji, bez "ale” było zagwarantowane i przestrzegane.
Jak pani wyobraża sobie sytuację kobiet teraz, kiedy procedowany był choćby projekt dotyczący kar więzienia za aborcję? Mamy pełzające piekło kobiet, odpowiedzialność jest zbiorowa, ale czy obecny rząd jest w stanie się zatrzymać?
Zarówno decyzja TK z 2020 roku, jak i kolejne projekty legislacyjne składane przez skrajną prawicę (czy to polityków, czy organizacje pozarządowe, obywateli i obywatelki), pokazują, do czego doprowadziła nas debata o "kompromisie aborcyjnym” czy tzw. dramatycznych decyzjach kobiety. Nawet teraz, po tym wszystkim, niektórzy wymyślają, że można przyznać kobiecie prawo do decyzji o przerwaniu ciąży, pod warunkiem, że najpierw poradzi się psychologa.
Niech politycy przestaną mówić, że "są za prawem kobiety do decydowania o swojej ciąży, ale...”. Musimy odzyskać język i przejąć narrację w tej debacie. W przeciwnym razie będą pojawiać się kolejne projekty i będą one przyjmowane. Opozycja boi się powiedzieć: tak, kobieta ma prawo do decydowania o przerwaniu lub kontynuacji ciąży. Bez żadnego "ale”.
Nie może być żadnego psychologa, żadnego księdza, przeczekiwania, odsyłania kobiety od lekarza do lekarza, wygodnego zasłaniania się sumieniem. Nie pilnowano tego wcześniej, nie monitorowano realizacji ustawy aborcyjnej. Odwracanie oczu od problemu sprawiło, że Kaja Godek, skrajni prawicowi politycy mogą teraz składać, bardzo skutecznie, kolejne projekty i występować z pomysłami, jak jeszcze bardziej ograniczyć prawa reprodukcyjne kobiet.

Jeżeli politycy i polityczki nie będą miały odwagi powiedzieć – aborcja jest ok, jest prawem człowieka, jest świadczeniem zdrowotnym, to nigdy nie skończymy z piekłem kobiet. Na razie proponują nam referendum, zamiast odważnej debaty i odważnych decyzji. A fundamentalne prawa człowieka nie mogą być przecież tematem plebiscytów.


Odbiera się kobietom prawo do decydowania o sobie. Mówiło się, że nie powinny być dostępne tzw. tabletki po, bo kobiety będą je łykać jak cukierki.
Można mnożyć przykłady głosów w debacie publicznej, które traktują kobiety jako osoby niezdolne do podejmowania świadomych, racjonalnych decyzji. Przykład z tzw. tabletkami po pokazuje, że nadal część rządzących patrzy na kobietę, jak na osobę, której nie powinno się pozostawiać możliwości podejmowania żadnej decyzji. Od takiej dyskusji powinniśmy odchodzić i ucinać jakiekolwiek argumenty.
Co może zrobić w tej kwestii Unia Europejska?
Na początek Unia Europejska musi przyznać, że jest unią wartości, a nie tylko interesów gospodarczych. Równość kobiet i mężczyzn jest podstawową wartością, którą Unia powinna zapewniać. A nie ma takiej równości, jeśli nie zajmiemy się kwestią przemocy wobec kobiet, praw reprodukcyjnych, dostępem do ginekologa na wsi. Jeżeli musimy zmienić traktaty, to je zmieńmy. Zacznijmy w końcu tę debatę. Bo inaczej populiści będą przejmować kolejne obszary życia, ograniczać prawa kobiet.
Polska nie jest jedynym tak restrykcyjnym krajem pod kątem prawa aborcyjnego. Czy UE dyskutuje o tym, ile jest ofiar systemu antyaborcyjnego na Malcie? Nie. A to dyskusja, która powinna dawno się zacząć. To powinny być kompetencje Unii Europejskiej.
Wspomniała pani o przemocy. Co na celu ma Kampania 16 Dni Przeciw Przemocy wobec kobiet, w której pani uczestniczy?
Zajmuję się kwestią przemocy wobec kobiet, szczególnie przemocy w rodzinie, od ponad 20 lat. Od wielu lat na całym świecie 16 dni w roku (od 25.11 do 10.12) jest poświęcane temu problemowi po to, żeby tworzyć okazję do głośnego mówienia o prawach kobiet. Dla mnie całkowicie niezrozumiałe jest to, że nadal, w XXI wieku, kobiety nie są bezpieczne we własnym domu, miejscach publicznych czy w pracy. Są molestowane, bite, poniżane.
I, oczywiście, często słyszę, że mężczyźni też są ofiarami przemocy. Ale problem przemocy wobec kobiet jest odrębny. Przemoc doznawana jest najczęściej ze strony osób im znanych, często najbliższych, to kobiety, a nie mężczyźni giną najczęściej ze strony najbliższych im mężczyzn.

Ważne jest, żebyśmy te 16 dni w roku wykorzystywali do tego, żeby ten problem nagłaśniać. Tłumaczyć, dlaczego o tym mówimy. Mówić o dobrych praktykach z innych krajów, które mogłyby obowiązywać w sposób spójny w całej Unii Europejskiej. Tak, aby, niezależnie od tego, gdzie mieszkamy – w Szydłowcu, Barcelonie czy pod Paryżem – kobieta była tak samo chroniona przed przemocą ze względu na płeć.

Stawała pani wielokrotnie w obronie kobiet, np. w sytuacji Krystyny Pawłowicz i Beaty Kempy obrażanych przez Radosława Sikorskiego.
Sprzeciwiam się wszelkiej przemocy, niezależnie od tego, która kobieta jej doświadcza. Nieważne, czy jest mi z nią po drodze, czy się z nią zgadzam politycznie. Nie ma znaczenia, kto jest sprawcą. Wszyscy powinniśmy reagować bardzo stanowczo i konsekwentnie także wtedy, jeśli taką przemoc stosuje ulubiony polityk, popularny aktor, znany działacz społeczny czy ktokolwiek inny. Wszyscy powinniśmy się jej sprzeciwiać.
Przemoc, także słowna, ta w internecie również, to kolejny efekt mrożący i zniechęcanie kobiet do angażowania się politycznie, społecznie. Badania pokazują, jak wiele kobiet rezygnuje z aktywności, dlatego, że są hejtowane, atakowane. Nie mogą prowadzić normalnie działalności, bo cały czas czytają straszne rzeczy na swój temat.
Jak wygląda hejt wobec kobiet?
Mężczyźni też są hejtowani w internecie, ale hejt wobec kobiet jest specyficzny. Mężczyznom nikt nie grozi gwałtem, nie mówi o goleniu głowy, nie odnosi się do ich życia seksualnego, prywatnego.
Jeżeli tego nie będziemy uwzględniać w projektowaniu prawa, nie będziemy w stanie skutecznie zwalczać tego zjawiska. W Parlamencie Europejskim pracuję teraz nad pierwszym raportem w tej sprawie, który zostanie przekazany Komisji Europejskiej z wnioskami legislacyjnymi, właśnie w sprawie cyberprzemocy ze względu na płeć. Będziemy domagać się od KE przygotowania dyrektywy w tej sprawie, by chronić kobiety przed taką przemocą online.
Jak na panią działa hejt, z którym musi się pani mierzyć? Zniechęca do działania czy motywuje, by działać dalej? A może skłania do tego, by prowokować tych, którzy są po drugiej stronie?
To mnie bardziej motywuje, niż zniechęca. Weszłam do polityki, żeby coś zmienić. Nie dla własnych ambicji czy interesów. Całe życie działałam na rzecz zmiany. To dotyczyło praw człowieka, a od kilku lat i praw zwierząt.
Będąc w polityce zrozumiałam, że dostałam do ręki potężny mikrofon. Moje wypowiedzi są dużo bardziej dostrzegane. Jestem w stanie bardziej przebić się z konkretnymi pomysłami, które są dyskutowane – czasem merytorycznie, czasem nie. A mogę mówić to, co od dawna mówią organizacje pozarządowe z obszarów praw kobiet, praw człowieka, społeczności LGBT+, praw zwierząt. Jestem słyszalna i dlatego przekazuję głosy i postulaty aktywistów i aktywistek, których inaczej nikt by nie usłyszał.

W 2017 roku w ramach "16 Dni Przeciw Przemocy wobec kobiet” mówiłam o tym, że przemoc ma płeć. Odwoływałam się do badań, statystyk. Wtedy wzbudziło to ogromne kontrowersje. Ale to był cytat z innych osób. Teraz znów – mówię, że nie ma feminizmu bez weganizmu. To znów nie są moje słowa, ja je jedynie powtarzam. Podobnie, kiedy mówię, że "aborcja jest ok”. Jednak przez to, że to mówię, słyszalne są postulaty i argumenty organizacji pozarządowych, na które dotąd nikt nie zwracał uwagi.

Spotyka mnie za to "kara”, bo wiele osób mnie hejtuje i atakuje, ale wiem, że celem części osób jest po prostu uciszenie mnie. Osoba, która chce być skuteczna, nie daje się uciszyć. Hejt jest więc przeciwskuteczny.
Pamiętam pani wpis na Twitterze, w którym umieściła pani krowy w pasiakach. Zderzyło się to ze sporą krytyką. Czy nie uważa pani, że radykalne podejście do praw zwierząt, nie jest drogą w kierunku przeciwnego skutku?

Jeżeli popatrzymy na skuteczność pani Kai Godek, to musimy przypomnieć sobie, w jaki sposób ona działała i wypowiadała się kilka lat temu. Bardzo dużo osób się z niej śmiało, lekceważyło ją. Niezależnie od tego, jak bardzo się z tym nie zgadzamy, jak bardzo nam się to nie podoba - spójrzmy, do czego doszła i jak bardzo jest skuteczna. Czy ten radykalizm był wtedy potrzebny? Patrząc na to, co osiągnęła - oczywiście, że tak. Bez radykalizmu nie przeprowadzimy żadnej debaty, nie przesuniemy granic debaty, nie sprawimy, że systemy zaczną się zmieniać i stać po naszej stronie.
Jeśli nie chcemy odwoływać się do kazusu Kai Godek, wystarczy, że sięgniemy do historii ruchów społecznych, dużych, które na początku składały się z pojedynczych osób, działających bardzo radykalnie, spotykających się z opiniami, że szkodzą i że to nie doprowadzi do założonego celu. Mówię m.in. o pierwszych sufrażystkach czy o osobach, które jako pierwsze podejmowały działania na rzecz zniesienia niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych.
Nie chcę się do nich porównywać, bo to, co ja robię to zupełnie inna skala niż to, co oni robili, jak byli i były atakowane, jak wiele ryzykowali i ryzykowały. Część z nich została zabita. Ale bez ich radykalnych postulatów i działań nie doszłoby do zmian. Metoda małych kroków też jest potrzebna, ale nie zadziała, bo jednocześnie potrzebne są działania osób, które przechylają wajchę z jednej strony na drugą. Nawet jeśli ona zacznie wracać, nigdy nie wróci w to samo miejsce. Wiem, że dla wielu moje działania są radykalne, kontrowersyjne, ale są konieczne. Jako niezależna polityczka mogę to robić i to robię.
Czy w pani idealnym świecie nikt nie spożywałby mięsa, nabiału? Czy, być może, jest miejsce na nieco mniejszy radykalizm?

Jestem przeciwko przemocy, a nie można być przecież tylko trochę przeciw. Jeśli uważam, że powinniśmy doprowadzić do świata, w którym nie stosuje się przemocy wobec kobiet, to mówię o świecie, w którym tej przemocy w ogóle nie ma, żadnej przemocy, wobec jakiejkolwiek grupy kobiet. Jeśli jestem przeciwko przemocy, to oznacza także, że nie akceptuję świata, w którym ludzie eksploatują i zabijają zwierzęta.
Tak, jak kobiety nie są dla mężczyzn (chociaż niektórzy nadal tak uważają), tak jak czarnoskórzy nie są dla białych, tak zwierzęta nie są dla ludzi. Od razu zaznaczam – to znowu nie ja powiedziałam jako pierwsza. Ale na tym opiera się mój światopogląd. I wyobrażam sobie świat, o którym śpiewał John Lennon w piosence "Imagine”. Świat idealny, w którym nikt nikogo nie wykorzystuje. Nikt nikogo nie zabija. I ten nikt to także zwierzęta pozaludzkie, nie tylko ludzie. Musimy stworzyć taki świat.