
Podczas sekcji zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej szukano śladów po fali ciśnieniowej i cieplnej. Biegli nie znaleźli jednak ani śladów opalonych włosów, ani osmalenia rzęs. Nie było też oparzeń skóry i popękanych bębenków – to te objawy mogłyby potwierdzić tezę o wybuchu.
Rzecznik Naczelnej Prokuratury Wojskowej opowiedział "Gazecie Wyborczej" o protokołach z sekcji zwłok Przemysława Gosiewskiego, Zbigniewa Wassermana i Janusza Kurtyki, trzech ofiar katastrofy smoleńskiej. Dziennikarze "GW" zapytali wojskowych śledczych, czy wyniki potwierdzają tezę o wybuchu. Gdyby faktycznie doszło do niego chwilę przed tym, jak polski tupolew spadł na ziemię, fala ciśnieniowa i cieplna musiałyby pozostawić ślady na ciałach ofiar. Pułkownik Zbigniew Rzepa powiedział "Gazecie", że biegli takich śladów nie stwierdzili. Czego szukano?
płk. Zbigniew Rzepa
rzecznik Naczelnej Prokuratury Wojskowej
Zdaniem biegłych, których o zdanie pytała "Gazeta Wyborcza", gdyby doszło do wybuchu, osoby które przeprowadzały sekcję, musiałyby znaleźć na ciałach także: spalone włosy, opalone brwi i rzęsy, przypaloną skórę, rozległe opalenia płuc i tlenek węgla we krwi.
Choć opisy stanu zwłok ekshumowanych ofiar katastrofy były bardzo dokładne, tego wszystkiego biegli po sekcji zwłok nie zawarli w protokołach. "GW" przytacza opis stanu zwłok jednej z ofiar.
Jak podsumowują dziennikarze "Gazety Wyborczej", opis jasno wskazuje na to, że obrażenia mogły powstać wskutek katastrofy lotniczej. Potwierdza to płk. Rzepa.
"Gdyby na pokładzie tupolewa doszło do wybuchu, musiałaby powstać fala cieplna o temperaturze ok. 3 tys. st. C i fala ciśnieniowa, które musiałyby pozostawić po sobie ślad – na samolocie i na ciałach. Na samolocie nie zostawiły – co stwierdzili eksperci komisji Jerzego Millera, którzy sami pobrali próbki wraku" – piszą dziennikarze "Wyborczej".
Cały artykuł w "Gazecie Wyborczej"
