Badania czytelnictwa w Polsce realizowane na przestrzeni kilku ostatnich lat odzwierciedlają raczej smutny obraz rzeczywistości - lekko ponad połowa Polaków nie czyta książek. W ogóle. Co więcej, prawie połowa nie czyta nawet krótkich notek informacyjnych. Nie oznacza to jednak, że żyjemy w kraju, zamieszkiwanym w większości przez ludzi pozbawionych oznak aktywności intelektualnej czy komunikacyjnej. Czytanie jest jedną z form uczestnictwa w kulturze i choć autor niniejszego tekstu uważa ją za istotną, to nie jest ona formą jedyną.
REKLAMA
Warto zapytać cóż oprócz oddawaniu się lekturze książek robią przeciętna Kowalska albo przeciętny Nowak? Przeglądają prasę codzienną (Polskie Badania Czytelnictwa podpowiadają, że może to być jeden z dwóch najczęściej czytanych dzienników - Fakt albo Gazeta Wyborcza), tygodniki (Tele Tydzień, Życie na Gorąco, o wiele rzadziej Newsweeka, Politykę i Wprost), miesięczniki (Twój Styl, Claudia), słuchają radia (RMF FM, Radio Zet), korzystają z serwisów internetowych, a głównie społecznościowych (Google, Facebook, Onet, Gazeta.pl), słuchają muzyki (nie tylko z płyt), chodzą do kina (raczej multipleksy), oglądają telewizję (tzw. publiczną, TVN, Polsat, może czasem "Kulturę"), a poza nią również filmy oraz seriale (to raczej z torrentów i serwisów filehostingowych, przy czym coraz szerszą rzeszę widzów gromadzą portale vod, choć umówmy się - to już jest oglądanie z drugiej ręki). Wreszcie od czasu do czasu kupują filmy oraz albumy muzyczne. Coraz częściej i śmielej publikują też własne treści - filmy i zdjęcia z wakacji, obrazy codzienności oraz kultury popularnej, wraz z jej przetworzeniami pod postacią memów i komentarzy.
Kowalska i Nowak poza tym lubią, linkują i udostępniają.
Kowalska i Nowak są tylko uśrednieniem wierzchołka góry lodowej, której centralny masyw tworzysz Ty czytelniku i czytelniczko - czytając książki lub nie, odwiedzając serwis NaTemat, słuchając Tok fm i korzystając z Twittera. Albo Uważam Rze, Radia Maryja i Gazety Polskiej. Jak wolisz, tu nie chodzi o preferencje stylistyczne i polityczne. Nie musisz znać niuansów dziesiątków obowiązujących kodeksów, ale prawo autorskie znać trzeba i znać wypada. Dotyczy ono nas wszystkich na co dzień.
Prawo autorskie nie obejmuje jedynie grupy autorów/artystów oraz wydawców. Uczestniczymy w obiegu kultury, w którym odbiorca nie jest bierny, a staje się coraz częściej jednocześnie współtwórcą i pośrednikiem. Wystarczy opublikować zdjęcie albo wideo, ściągnąć i udostępnić pliki, nawet dodać komentarz pod niniejszym tekstem.
Obecna ustawa o ochronie praw autorskich weszła w życie w 1994 roku, daleko przed rewolucją informatyczną i erą kultury 2.0. Wielokrotne nowelizacje zmagały się z próbą dostosowania jej do zmieniających się stale warunków dystrybucji treści i choć działania te warto wspierać, to nigdy nie były one w stu procentach skuteczne. Pełna zgodność prawa z rzeczywistością jest być może utopią, ale starań na rzecz takiego dopasowania nigdy nie należy odpuszczać. Dzięki ustawodawcom nasza twórczość jest chroniona przed plagiatami, możemy legalnie ściągać i legalnie kopiować. Mamy narzędzia, aby dochodzić naszych praw i mamy prawa, które pozwalają nam na swobodę uczestnictwa w kulturze. Niekiedy nawet większą, niż sądzimy, gdy robimy coś, co przez innych niesłusznie jest nazywane "piractwem".
Po co nam zatem prawo autorskie? Pierwsza odpowiedź, to po nic. Kowalska i Nowak doskonale radzą sobie bez jego znajomości. Potrzebne nam jest dobre prawo autorskie i sensowny sposób mówienia o nim - tak, aby chronić a nie penalizować obywateli. Sposób, który umożliwi jego elastyczne dostosowanie do rzeczywistości społecznej, godzące interesy nas wszystkich.