Moralista Bruce

Bruce Springsteen z Maksem Weinbergiem na koncercie w sierpniu 2008 r.
Bruce Springsteen z Maksem Weinbergiem na koncercie w sierpniu 2008 r. © Craig ONeal / Wikipedia [CC BY-SA 2.0, http://bit.ly/xZR28]
Dobra passa Bruce’a Springsteena trwa. I nawet jeśli płyta „Wrecking Ball” nie przynosi wielkiego przełomu w trwającej już prawie czterdzieści lat karierze gwiazdora, przypomina o tym jak bardzo Springsteen jest potrzebny Ameryce, Amerykanom i całemu pogrążonemu w kryzysie światu.


W tym roku skończy 63 lata, ale emeryturę ma już dawno za sobą. Porzucił oszczędne, folkowe brzmienie i postanowił nagrać rockową płytę. Tuż przed premierą tłumaczył, że czasy są takie, że trzeba znów głośno śpiewać, jeśli się chce, żeby ktoś usłyszał. Bruce Springsteen wierzy, że, tak jak w latach 70., jedna piosenka może zmienić świat. A przynajmniej pokrzepić zlęknione serca. I pisze dalszą część historii, którą zajmuje się już od prawie 40 lat.


Zmęczeni pracą robotnicy, kierowcy ciężarówek, na których poza drogą nikt nie czeka, żołnierze, o których poświęceniu zapomniano, patrioci, wzruszających się na widok flagi, starcy muszący sprostać życiu w pojedynkę, drobni zwycięzcy, wielcy przegrani, włóczędzy i nade wszystko dobroduszni, dzielni Amerykanie. To wszystko bohaterowie wielkiej opowieści dwudziestowiecznej Ameryki o samej sobie. Tej, którą znajdziemy w setkach filmów, książek i niemal wszystkich piosenkach Springsteena.


To opowieść, którą Amerykanie, a wraz z nimi cały świat uwielbiają sobie przypominać. Niewiele w niej oryginalnych pomysłów, bo ile razy można pisać tę samą historię. Ale historia wciąż ma swój urok. I świetnie się sprzedaje. Podobnie jest z płytą „Wrecking Ball”. Dość równą muzycznie, z charakterystycznymi aranżacjami, które fani Springsteena kojarzą jeszcze z czasów płyty „Born to Run” (1975). Zdarzają się nawet odważniejsze gitary, jak w „We Take Care of Our Own” czy „This Depression”. Co nie znaczy, że artysta postawił nagle na eksperymenty. Przeciwnie, to, co znadziecie na „Wrecking Ball” to przyzwoity, średni poziom twórcy „Streets Of Philadelphia”. I, jak to bywa z amerykańskimi historiami, zdarzają się takie, które mimo, że oryginalność jest ostatnią rzeczą, o jaką można je posądzać, łapią za serce. Tak jest w przypadku piosenki tytułowej (z motywem przewodnim przypominającym momentami słynny przebój z „Filadelfii” Jonathana Demme), która niestety miejscami rozpływa się w tandetnej polce, jak ulał pasującej do któregoś z hollywoodzkich przebojów o dostającym w kość bokserze, który ostatecznie zwycięża, albo o drużynie baseballowej, której nikt o zdrowych zmysłach nie daje szans, ale są w niej zawodnicy o czystych sercach i to wystarcza za zwycięstwo. Chwyty stare jak świat, ale kto im od czasu do czasu nie ulega.

Piosenka na kryzys
Czemu Springsteen zawdzięcza powrót na listy przebojów? Odpowiedź jest prosta. Kryzys trwa już pięć lat, a kultura pop wciąż nie może znaleźć sposobu na opisanie nowej rzeczywistości. Ostatnie Oscary były świętem Hollywood, mającym upamiętnić wielki dorobek Fabryki Snów. Dobrych filmów wśród nominowanych nie zabrakło, zdarzyły się nawet filmy wybitne. Ledwo starczyło przykryć niemoc twórczą jaka opanowała amerykański mainstream w ubiegłym roku. O kryzysie wprost mówili tylko twórcy „Chciwości”, choć i tu, co znamienne, przegrali ze (świetnym skądinąd) Woodym Allenem, który jednak napisał film o frustracie, któremu przytrafia się spełnienie marzeń – podróż do przeszłości. Komunikat Akademii był jasny – kino jest po to żeby zapomnieć.

Rozdanie Grammy, poza tym, że musiało być hołdem dla zmarłej Whitney Houston, było jak zwykle świętem porządnej muzyki. Ale żadnej rewolucji nie ujawniło. Być może sztuka znów stała się sztuką, może wszyscy mamy serdecznie dość kryzysu na paskach informacyjnych, by jeszcze wpuszczać go do iPoda. Ale jeśli tak jest, to czemu Amerykanie znów tak bardzo kochają Springsteena? Szef nie robi przecież nic innego, tylko przypomina swoim rodakom o ich najważniejszych wartościach, o fladze, o ciężkiej pracy, o jedności. Wydaje się, że wśród młodszych o pokolenie artystów mało kto może dorównać gwiazdorowi po sześćdziesiątce.

Trudno słuchać „Wrecking Ball”, przez samego artystę zapowiadanej jako odpowiedź na światowe zawieruchy, inaczej niż w kontekście zaangażowania Springsteena i jego miejsca w historii amerykańskiej kultury. Największe sukcesy odnosił właśnie wtedy kiedy trzeba było śpiewać o rzeczach ważnych, o Wietnamie, epidemii AIDS, o wykluczonych. Połowa lat 90., czasy prosperity (i przy okazji ostatnia złota epoka dla wytwórni muzycznych), były dla Springsteena czasem straconym. Kika lat temu sam przyznał, że nie wspomina tego okresu najlepiej. Wrócił po 11 września i od tego czasu ma pełne ręce roboty. Nawet jeśli wciąż powtarza tę samą historię, fani chcą go słuchać.
Wielki rówieśnik Bruce’a Springsteena, Tom Waits, od początku kariery (debiutowali w tym samym roku) proponuje własną wersję tej historii. Wersję dużo bogatszą i tylko z pozoru opartą na podobnych schematach. Waits powiedział kiedyś o Springsteenie, z którym prywatnie się ponoć przyjaźni, że w jego muzyce prawie wszystko jest na poważnie. I to jest autentyczny problem z jego późniejszymi płytami. Także z „Wrecking Ball”. Bo ile razy można śpiewać o „synach wolności w przepoconych koszulach”?
Paradoksalnie to piosenki takie jak „You’ve Got It”, w których jest choć odrobinę mniej poważny, są najlepszymi momentami „Wrecking Ball”. Przypominają, że Springsteen nie zawsze był moralistą. Aż szkoda, że jest ich tak mało.