fot. Cezary Aszkiełowicz / AG

Kiedy pod Rotterdamem rozbił się statek z polską załogą, przed telewizorami siedzieli nawet ci, których najbliżsi pływają w drugiej części globu. Bo strach i internetowy serwis do śledzenia statków to najwierniejsi towarzysze rodzin marynarzy.

REKLAMA
Dla większości z nas informacja o zatonięciu statku pod Rotterdamem była kolejnym nagłówkiem w serwisach. Baltic Ace, na którym płynęła 24-osobowa załoga składająca się niemal w połowie z Polaków, został staranowany przez inny kontenerowiec. Ostateczny bilans wypadku jeszcze jest nieznany. Przedstawiciele służb ratowniczych przekonują jednak, że szanse odnalezienia ich żywych są niewielkie. Woda ma ledwie kilka stopni, a na morzu utrzymuje się sztormowa pogoda.
Wiadomość o zatopionym statku zelektryzowała rodziny wszystkich marynarzy. Bo, jak twierdzą, każdy taki wypadek przypomina, że morze jest nieprzewidywalne i zagraża każdemu, kto się na nie wyprawił.
Wieczny lęk
– Poraża każda informacja o katastrofie morskiej. A kiedy dodatkowo słyszysz, że na pokładzie byli Polacy, zaczyna się panika. Przypominasz sobie, gdzie znajduje się statek z twoim bliskim – mówi Rafał, którego ojciec od kilkudziesięciu lat pływa na wielkich kontenerowcach. W tej chwili jest na Morzu Śródziemnym. – Kiedy już wiesz, że wszystko jest ok, to i tak wyczekujesz kolejnych informacji, bo może na pokładzie statku był ktoś kogo znałeś – dodaje i przekonuje, że w podobnej sytuacji mogą znajdować się jedynie rodziny górników, które z wiadomości dowiadują się o tragedii w kopalni.
Słowa Rafała potwierdzają użytkowniczki facebookowej strony skupiającej żony marynarzy. Małgorzata przyznała, że choć mąż pływa na gazowcach, między USA i Brazylią, to wiadomość o tragedii wstrząsnęła nią, bo zawsze w takich sytuacjach czuje stres. "Najgorzej było, gdy pływał blisko Somalii :| bo piraci dookoła, na statku snajperzy z ostrą bronią" – napisała.
Przetrwać takie stresujące okresy pomagają rodzinom nowoczesne technologie. – Na szczęście technika poszła do przodu, na statkach jest dostęp do e-maili, jednostki często są w zasięgu sieci komórkowych. Szybko można zweryfikować pozycję statku twojego taty, wujka, brata. Na dodatek jest strona marinetraffic.com, coś jak lotniczy flight radar. Można na niej sprawdzić aktualną pozycję każdego statku – wylicza Rafał.
Ojciec nieobecny
Inni członkowie marynarskich rodzin dodają jednak, że niepokój pozostaje zawsze. A także wiele innych niedogodności.
"Marynarze nigdy nie będą ojcami, na których dzieci będą mogły liczyć w każdej sytuacji. To matka będzie musiała być dla nich również ojcem. W pewnym sensie marynarze mają lightowe życie, będą wiecznymi gośćmi w domu. Cały dom, wszystkie sprawy, wychowanie dzieci będzie na głowie matki-żony, a mąż marynarz wróci z rejsu i będzie odgrywał cudownego tatusia, który wrócił z rejsu i ma "fajne" prezenty dla swoich dzieciaczków. A dzieci będą wspominać swoje dzieciństwo ze ciągle brakowało im ojca" – napisała jedna z użytkowniczek marynarskiego forum ostatnirejs.fora.pl, poruszając temat, z którym musi się zmierzyć niemal każda marynarska rodzina.
Długa nieobecność ojca czasem powoduje historie, jak ta o chłopcu, który po powrocie taty zapytał: "mamo, a kim jest ten pan?".
Andrzej Belicki, który marynarzem był przez 36 lat (18 spędził na morzu), przekonuje w rozmowie z naTemat, że dla marynarza wychowanie dziecka to ogromna praca. – Półtora miesiąca przed narodzinami syna wypłynąłem w morze i, ponieważ przedłużano nam rejs, wróciłem dopiero, kiedy skończył pół roku. Musiałem nadrobić lekcję z przewijania, przyzwyczaić go do kontaktu. Ale bardzo tego chciałem, więc się udało – mówi. – Już później dostawałem od dzieci mnóstwo listów, sam pisałem kartki. Dzięki temu udało się utrzymać bardzo dobre relacje. Żona dbała o to, by dzieci szanowały tatę, pamiętały go. Kiedy wracałem do domu, dużo jeździliśmy po Polsce, zwiedzaliśmy, spędzaliśmy czas aktywnie. Żeby jak najlepiej go wykorzystać.
Andrzej Belicki przyznaje jednak, że nie wszystkim udaje się doprowadzić do takiego stanu. Stąd, w marynarskich rodzinach często jest wiele nieporozumień.
Tęsknota
Wielu marynarzy twierdzi, że żona jest ich największym skarbem: to ona zajmuje się domem, wychowuje dzieci, załatwia sprawy. O samotności marynarskich żon napisano już całe tomy. Jednak, jak przyznaje Andrzej Belicki, tęsknota jest po obu stronach.
– Jest wpisana w ten zawód – mówi i przyznaje, że jemu samemu na długich rejsach nie było łatwo. – Ja nie byłem 18 razy na Wigilię i Sylwestra w domu. Na statku jest choinka, świetne jedzenie ale jak przychodziło do życzeń to się człowiek wzruszał – wspomina.
Dodaje, że najtrudniejszą chwilą była śmierć żony, która odeszła, gdy on był jeszcze w rejsie. – Na pogrzeb wracałem z drugiego końca świata – przyznaje. W podobnej sytuacji był jeden z marynarzy opisanych przez Jerzego Bitnera:
"W chwili, kiedy statek właśnie wychodził ze Świnoujścia, otrzymał telegram z wiadomością o śmierci swojej matki. Nie było już możliwości zejścia ze statku. Nie był na jej pogrzebie. To, co czuje wówczas człowiek, jest nie do opisania. Tak bardzo chciałoby się uciec z tego pływającego pudła, a przecież jest to niemożliwe".
Dlaczego więc marynarze decydują się wyruszyć w morze? Jak przyznają, dawniej chodziło o chęć wyrwania się z kraju, zobaczenia świata i nieprzeciętne zarobki. Dziś jednak GUS podaje, że średnia płaca marynarza wynosi około 3 tys. zł.
"Oni nie umieliby już pracować na lądzie" – ocenia Bitner.