
Moment na podnoszenie tematu niskich zarobków premiera nie jest szczególnie dobry. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że w sferze publicznej od kilku lat nie tylko premierzy, ministrowie i posłowie nie mieli podwyżki, ale także właściwie wszyscy zwykli pracownicy, może poza nauczycielami.
Jednocześnie to prawda, że polski system wynagradzania rządzących jest postawiony na głowie, co powoduje, iż do samorządności i polityki rzeczywiście coraz trudniej jest dziś zachęcić najlepszych.
Wystarczy zwrócić uwagę, że warszawski syndyk otrzymuje średnio 60 tys. zł, a w skali kraju 30 tys. Zarobki premiera, czy prezydenta są więc nie adekwatne do zarobków nawet na średnim szczeblu w biznesie. Ale to jest też nasz pewien wybór i wchodząc do polityki trzeba mieć świadomość, że tak po prostu jest.
Odrzucałbym też argument o tym, że premier, czy minister ma do dyspozycji limuzynę, samolot, służbowe mieszkanie i katering w urzędzie. Jeśli prześledzi się losy byłych premierów i ministrów, to najczęściej bardzo mocno później chorują, lub potrzebują czasu by na nowo nabrać powietrza, ponieważ dotąd pracowali kilkanaście godzin na dobę. I to wszystko im tego nie rekompensuje.
To, co dla obywatela jest przywilejem, dla premiera jest zwykłym narzędziem pracy. Albo ceną za utratę prywatności, co sam od kilku dni mocno odczuwam.