nt_logo

"Love story bez cenzury”. Prowokująca, szczera i czuła opowieść o bliskości w Teatrze 6.piętro

Aneta Olender

26 września 2022, 15:18 · 15 minut czytania
Intymny, szczery, w żaden sposób niewygładzony, momentami brutalny, ale jednocześnie przejmujący, z takim obrazem bliskości zderzamy się w sztuce "Bliżej". Istotny w tym obrazie jest także język, o czym w naTemat mówi językoznawczyni Martyna Zachorska: – Wypowiedzi są krótkie, ale dosadne. Zawierają esencję współczesnych relacji międzyludzkich. Bohaterowie wypowiadają się momentami bardzo wulgarnym, wręcz pornograficznym językiem.


"Love story bez cenzury”. Prowokująca, szczera i czuła opowieść o bliskości w Teatrze 6.piętro

Aneta Olender
26 września 2022, 15:18 • 1 minuta czytania
Intymny, szczery, w żaden sposób niewygładzony, momentami brutalny, ale jednocześnie przejmujący, z takim obrazem bliskości zderzamy się w sztuce "Bliżej". Istotny w tym obrazie jest także język, o czym w naTemat mówi językoznawczyni Martyna Zachorska: – Wypowiedzi są krótkie, ale dosadne. Zawierają esencję współczesnych relacji międzyludzkich. Bohaterowie wypowiadają się momentami bardzo wulgarnym, wręcz pornograficznym językiem.
Na scenie Teatru 6.piętro zobaczymy Polę Gonciarz, Aleksandrę Popławską, Mateusza Damięckiego oraz Michała Żebrowskiego. Fot. Paulina Pander

Bliżej o miłości

Rok 1996. 32-letni brytyjski scenarzysta Patrick Marber jest w trasie ze swoją debiutancką sztuką Dealer’s Choice. W Atlancie zostaje zaciągnięty do klubu tańca erotycznego. I to akurat dobrze, bo to właśnie tam pisze jedną ze scen swojej następnej sztuki – komedii romantycznej. – Jest o miłości, o seksie, o samotności, o potrzebie, którą wszyscy mamy, potrzebie odnalezienia bratniej duszy i bycia szczęśliwym – będzie później podkreślał Marber w rozmowach z dziennikarzami.


(...) Marber ma niezwykły talent do tego, by sprawić, że zakochujemy się w przerażających bohaterach. Ich fatalne zauroczenie napędza całą sztukę, która przekracza granice komedii i tragedii.

Bliżej (org. Closer) ma swoją prapremierę rok później, w maju 1997 roku w National Theatre w Londynie. Zarówno wtedy, jak i później – po premierze na Broadwayu w Nowym Jorku w 1999 r. – krytycy, a przynajmniej większość, nie szczędzą sztuce słów uznania, opisując ją jako "wytworną, dowcipną, nieprzyzwoitą, nowoczesną", ale jednocześnie "bolesną, smutną i mądrą".

Bliżej jest sztuką jednocześnie brzydką i piękną, wstrząsająco zabawną i niszczycielsko smutną. Jest jak historia wyrwana z serca, która pozostawia tam trwałą bliznę... Czy udręczona dynamika miłości i pożądania kiedykolwiek została obnażona na scenie tak szczerze jak tutaj? Smutne przesłanie sztuki jest takie, że prawda serca ciągle się zmienia i jest wypełniona innymi, równie płynnymi emocjami: zazdrością, dumą, egoizmem, żądzą. (...)

25 lat później – a także kilka nagród i setki premier w wielu krajach i językach świata później – Bliżej będzie można obejrzeć w warszawskim Teatrze 6.piętro.

Widzowie zobaczą historię o miłości lub o tym, jak zauważają niektórzy, czym miłość nie jest. Historię o pożądaniu, bliskości, destrukcyjnym pragnieniu, które sprawia, że człowiek potrafi zadawać cios za ciosem. Historię czterech osób, dwóch par (tworzą je Dany i Alice oraz Larry i Ann) co chwila łączących się w różnych konfiguracjach. Historię bolesną i przejmującą, bo przecież tak prawdziwą.

– Opowiada on bez fałszywej pruderii, ale też i bez chęci epatowania, o tym, co leży u początków każdego ludzkiego życia: o miłości i seksie. Opowiada, jak jest z tą miłością i seksem, i robi to bez uników, przemilczeń i upiększeń, gdyż wierzy w tajemną moc ludzkich namiętności - mówi Eugeniusz Korin, Dyrektor Artystyczny Teatru 6.piętro i reżyser przedstawienia. 

Premiera spektaklu w Teatrze 6.piętro już 1 października. Na scenie zobaczymy Polę Gonciarz, Aleksandrę Popławską, Mateusza Damięckiego oraz Michała Żebrowskiego.

"Spektakl wyłącznie dla widzów dorosłych. Treść i forma spektaklu w sposób otwarty poruszają kwestie seksu i erotyki. Tekst sztuki zawiera słownictwo, które może być uznane za wulgarne" – ostrzegają twórcy. Jednak dosadny, bezpośredni język bynajmniej nie jest w tym przypadku haczykiem na widza.

Ostra i wyrazista sztuka Bliżej, jest dowodem na to, że uzależniające skróty pornografii wkroczyły nie tylko do kulturowego mainstreamu, ale też do naszego życia.

Bliżej o języku

O spektaklu Bliżej w 1997 roku mówiono, że jest nowoczesnym spojrzeniem na wojnę płci. Czy to możliwe, aby tamto nowoczesne spojrzenie dziś, w roku 2022 w Warszawie, również takie było? Zdecydowanie. – 25 lat po premierze spektaklu w Londynie jesteśmy w tym samym miejscu, w którym oni byli wtedy. U nas rozmowa na temat seksualności, bliskości, na temat relacji między mężczyznami a kobietami, jest opóźniona w stosunku do Zachodu. To, co w Wielkiej Brytanii było nowoczesne w 1997, w Polsce w 2022 jest równie nowoczesne – zaznacza Martyna F. Zachorska. Martyna Zachorska to językoznawczyni, doktorantka Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, tłumaczka języka angielskiego. W pracy badawczej zajmuje się obrazem płci i seksualności w językach polskim i angielskim. Znana również jako autorka popularnego konta na Instagramie @paniodfeminatywów.

Jak wyjaśnia rozmówczyni, to, że dopiero teraz jesteśmy w tym punkcie, jest normalne z perspektywy historycznej – społeczno-politycznych zawirowań w naszym kraju. – Jako kraj mieliśmy inne sprawy na głowie, dlatego nie zajmowaliśmy się takimi, można by rzec właśnie z perspektywy historycznej, troszkę trywialnymi kwestiami. Po prostu walczyliśmy o podstawowe potrzeby. Dopiero teraz możemy się zastanawiać nad kwestiami filozoficznymi – dodaje. Pod hasłem nowoczesność kryje się i dosadne mówienie o emocjach, o bliskości, o seksie, i struktura spektaklu. – Bohaterowie rozmawiają ze sobą, używając bardzo krótkich zdań, wyrzucając z siebie zwięzłe kwestie. W tych krótkich kwestiach, zawarte jest wszystko, a to sprawia, że jest to inne spojrzenie na sztukę, inne spojrzenie na miłość, bliskość. To sprawia, że sztuka jest bardzo dynamiczna – wyjaśnia Martyna Zachorska. Sztuka Bliżej była już grana w teatrach w Polsce, ale dopiero teraz będzie ona tak bliska oryginału – wcześniej zdania były wygładzane, dłuższe, treść traktowała o tym samym, ale język nie był tak niedwuznaczny. Choć, jak wyjaśnia Martyna Zachorska, nigdy nie można postawić znaku równości między dwoma systemami językowymi, bo każdy wiąże się z innym kontekstem kulturowym, co oznacza, że widzowie mogą inaczej interpretować pewne przekazy.

Żadna inna sztuka wystawiana ostatnio tak pięknie nie oddaje roztrzęsionej powierzchowności współczesnej miejskiej egzystencji, jak gdyby życie naśladowało MTV. Nieznajomy na ulicy może zmienić twoje życie, ale związki międzyludzkie są jak używki, dają chwilę uciechy, ale są wstępem do wyobcowania.

– Spektakl, który zobaczą widzowie Teatru 6.piętro, jest jak teledysk, wszystko dzieje się szybko, klatki zmieniają się błyskawicznie. Wypowiedzi są krótkie, ale dosadne. Zawierają esencję współczesności, współczesnych relacji międzyludzkich. Bohaterowie wypowiadają się momentami bardzo wulgarnym, wręcz pornograficznym językiem. Pokazuje to, w jaki sposób język pornografii przeniknął do naszego życia – mówi językoznawczyni.

Pod tą wulgarnością kryje się jednak coś więcej i z tym więcej widz może wyjść z teatru. Zadaniem sztuki jest bowiem także prowokowanie do myślenia, a nie tylko prowokacja dla samej prowokacji.

– Postacie są tak skonstruowane, tak mówią, by wzbudzić pewien namysł w widzach, by nakłonić do refleksji. Jest to zamierzony zabieg. Człowiek dzięki temu wulgarnemu językowi może się zastanowić nad dynamiką relacji, która nie zawsze jest piękna, nie zawsze jest ugładzona, grzeczna. Ta sztuka wywołuje w nas całe spektrum różnych emocji. Bywa, że wulgaryzmy są potrzebne, żeby je oddać – zaznacza Martyna Zachorska.

Bliżej o różnicach

W zależności od tego, kto się nim posługuje, ostry język potrafi wrzucić człowieka w tryby społecznej oceny. Mężczyzna o wielu kwestiach zwykle może mówić inaczej, dosadniej. Wypowiadane przez niego przekleństwa nie rażą aż tak. Natomiast kobieta w takiej sytuacji jest wulgarna, a nawet perwersyjna. – Nie ma czegoś takiego jak biologiczne predyspozycje do wulgarności, wszystko jest kwestią kultury. W naszej uczy się dziewczynki, aby nie przeklinały. Dziewczynkom nie wypada robić i mówić pewnych rzeczy. Nie wypada im przeklinać, otwarcie mówić o seksie, o swoich potrzebach, cielesności. To samo, co mężczyźnie uszłoby na sucho, w przypadku kobiety może być potępianie. To oczywiście się zmienia – mówi Martyna Zachorska. – Gdy sztuka ta pojawiła się w Wielkiej Brytanii, przez media brytyjskie przetaczała się dyskusja o wulgarnych dziewczętach, które nazywano - ukuto takie sformułowanie - Ladette. To żeńska forma od słowa Lad, czyli w brytyjskim slangu koleś, taki amerykański Dude. Można sobie wyobrazić futbolistę, który jest w bractwie studenckim, dużo pije, podrywa dziewczyny, a Ladette to taka brytyjska wersja tego człowieka tylko w wersji żeńskiej – wyjaśnia rozmówczyni. Okazuje się, że w tamtym czasie nawet politycy zastanawiali się, jak przeciwdziałać temu zjawisku. Upijające się i wdające w bójki dziewczyny szokowały. Minęło zaledwie kilka lat, a w brytyjskiej telewizji pojawił się program "Ladette to Lady", w Polsce znany jako "Projekt Lady". – Dziewczyny uczyły się nienagannie wypowiadać, siedzieć ze złączonymi nogami przy stole. Uczyły się królewskich manier, jazdy konnej, akcentu, ponieważ w Wielkiej Brytanii to, jak mówimy, wskazuje na to, skąd pochodzimy, z jakiej warstwy społecznej – podkreśla językoznawczyni.

Dziś w Polsce, choć nie odczuwamy tego na każdym kroku, dyskusja o tym, co wypada, a co nie wypada kobietom, powraca. Tak było choćby w trakcie protestów Strajku Kobiet w 2020 roku. Wtedy bowiem wszelkie emocje, wściekłość zostały zawarte nie w eleganckim "uprasza się o zostawienie naszych ciał w spokoju" a w "wypier***ć". – Dyskutowano, czy kobietom wypada tak mówić, czy nie. Czy młodym dziewczynom wypada tak przeklinać, czy nie – wspomina rozmówczyni naTemat. – Kulturowo kobietom przypisane są inne emocje niż gniew i złość - miłość, czułość, uległość. Gniew i złość przypisane są mężczyznom, ale wtedy nie odbiera się tego jako emocji. Przecież często mówi się, że mężczyźni nie kierują się nimi. Inaczej, w zależności od płci, postrzega się też asertywność. Gdy mężczyzna mówi nie, to zna swoją wartość, ale kiedy kobieta mówi nie, jest arogancka i rządzi się – dodaje.

Większość wyrażeń dotyczących seksu w języku polskim jest męskocentrycznych np. rż***ć, piep***ć. Obrazują akt seksualny, waginalny, jako coś, co mężczyzna robi kobiecie. Nie jako coś, co dwie osoby robią wspólnie, nie jako aktywność, do której dochodzi za obopólną zgodą. Jest to jakiś rodzaj przemocy, choć zwykle tego nie zauważamy. (...) Słowo pochwa pochodzi od słowa, które oznaczało coś, do czego chowa się miecz. Miejsce przechowywania czegoś ważniejszego.

Bliżej zmiany

Widoczna jest jednak zmiana. Zmiana, która zaczęła się od niczego innego, jak zmiany, ale myślenia. Do tego prowokują edukatorki i edukatorzy seksualni, działający choćby w niektórych szkołach, i w internecie. – Jeszcze kilka lat temu zupełnie nie wyobrażalibyśmy sobie dyskusji, która dziś się toczy, choćby wokół nowej definicji gwałtu, która mówi, że tylko tak znaczy tak. Coraz mniej akceptowalne są żarty z gwałtu, obwinianie ofiar. Każdy taki komentarz w przestrzeni publicznej spotyka się z dużym sprzeciwem. Jest to wielka zasługa nowego pokolenia aktywistek, które mówią otwarcie: moje ciało należy do mnie, nikt nie może nim rozporządzać bez mojej zgody. Ich przekaz przebija się, zmienia nasze postawy. Dziś otwarcie mówi się prawie do aborcji, choć jeszcze kilka lat temu wyłącznie o tym szeptano – podkreśla ekspertka.

Edukacja seksualna wzmacnia dorosłego człowieka, jej wpływ na jego kompetencje komunikacyjne jest ogromny. Martyna Zachorska wyjaśnia, że są dwa najważniejsze typy edukacji seksualnej: typ A, abstynencyjny, czyli taki, jaki mamy w Polsce, i typ C, czyli holistyczny, zawierający zarówno komponent biologiczny oparty na aktualnej wiedzy medycznej, jak i komponent emocjonalny. – W typie A nie mówi się o seksualności wprost, używa się sformułowań opisujących pewne rzeczy naokoło. Zdarza się, że w podręcznikach możemy znaleźć nawet quasi religijne sformułowania – w publikacji autorstwa Teresy Król czytamy, że kobieta jest glebą, a mężczyzna siewcą – opowiada. Edukacja holistyczna jest z kolei domeną właśnie edukatorów i edukatorek seksualnych, organizacji, nieformalnych grup i fundacji. – Robią świetną robotę, wyposażają nas w prawidłowe słownictwo, które pozwala precyzyjnie komunikować nasze potrzeby. W typie A język jest stygmatyzujący. Szczególnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie w wielu stanach, szczególnie na południu, dziewczynki, które uprawiają seks, porównuje się do zużytej gumy, nadgryzione jabłka albo obślinionego cukierka. Na naszym podwórku bywa podobnie, używa się określeń takich jak czystość, co sugeruje, że seks jest brudny – wyjaśnia rozmówczyni.

Bliżej różnorodności

Efekt działań edukacyjnych widać także w przypadku widoczności osób nieheteronormatywnych. W 2003 roku ogromny szok wywołała akcja przygotowana przez Kampanię Przeciw Homofobii "Niech nas zobaczą" – pierwsza w Polsce akcja dotycząca gejów i lesbijek. Na plakatach nie było nic radykalnego, a przynajmniej z dzisiejszej perspektywy, bo pojawiły się na nich pary trzymające się za ręce. – Plakaty oblewano farbą. Galerie nie chciały wynająć miejsca na ich powieszenie. Reakcje były głównie negatywne, a dziś mamy jednopłciową parę w Tańcu z Gwiazdami i nawet wcześniej nieprzychylni ludzie mówią: I co z tego, dwóch chłopów tańczy – pokazuje różnice rozmówczyni. Również język stał się bardziej inkluzywny, a nie zbudowany w oparciu o wyłącznie dwie perspektywy. – Proszę spojrzeć, jak mocno na nowo weszły do języka feminatywy, jak dużo mówimy o tym, jak zwracać się do osób niebinarnych, nieheteroseksualnych, do osób, których kolor skóry jest inny niż biały, czy też do osób z niepełnosprawnościami. Owszem dyskusja, która toczy się wokół tego, cały czas jest żywa, wywołuje emocje. Zmiana jest ogromna, ale wiele jest jeszcze do zrobienia, więc dużo pracy przede mną – dodaje Pani od feminatywów.

Bliżej przyjemności

Przyjemność w życiu kobiet również nabrała innego znaczenia. Choć nadal jest nad czym pracować, kobieca seksualność przestaje być marginalizowana, zawstydzana i uciszana. Rzeczywistość sprzed niespełna trzech dekad dobrze obrazuje fakt, że w 1997 roku nadal nieznana była dokładna budowa anatomiczna łechtaczki. Dopiero w 1998 ukazały się pierwsze artykuły dotyczące tej kwestii. Ich autorką była australijska seksuolog Helen O’Conell. W 2005 roku opublikowała pracę zawierającą wszelkie szczegóły dotyczące łechtaczki. Jednak rozmowy o seksie, a co za tym idzie również o emocjach, wciąż sprawiają problemy – nie każdy umie, nie każdy chce. Wstydzimy się, bo kiedyś nie wypadało mówić o tym głośno. I nie tylko o tym... – Myślę, że dopiero uczymy się tego. Z badania z czerwca 2022 roku, które miało wskazać jakich określeń Polki używają na opisanie swoich narządów intymnych, wynika, że 45 proc. ankietowanych kobiet wybrało słowo pochwa, 35 proc. cipka, 15 proc. wagina, 11 proc. muszelka. Z kolei 13 proc. przyznało, że posługuje się określeniami takimi jak "tam na dole" i "te miejsca", a 7 proc. pusia, joni, siusia, pupa. Aż proc. kobiet w ogóle nie potrafi nazwa swoich narządów płciowych – wylicza Martyna Zachorska.

W 2006 roku Shonda Rhimes, scenarzystka i producentka serialu "Chirurdzy", chciała użyć słowa wagina w jednym z odcinków. Szefostwo stacji, w której ten serial był emitowany, kazało jej zamienić je na inne, ponieważ było uważane za wulgarne, mimo że to medyczne określenie części ciała – to tak jakby za wulgarne uznać słowo palec albo śledziona. Nakazano ocenzurować waginę, więc Rhimes użyła określenia Va-Jay-Jay, a właściwie słówko to wymyślił jeden z jej kolegów. Ono się przyjęło i później funkcjonowało też w reklamach, np. żelu do higieny intymnej. I być może nie byłoby to aż tak szokujące, gdyby nie to, że słowo penis normalnie funkcjonowało w tym serialu przed tym odcinkiem.

Bliżej bliskości

Od lat, a właściwie nawet od wieków, nie zmienia się jednak kwestia kluczowa – potrzeba bliskości i miłości. Sztuka Bliżej, czy to grana w 1997 roku, czy w 2022, pokazuje, jak istotna jest umiejętność komunikacji, umiejętność mówienia o uczuciach. – Myślę, że obserwując bohaterów, obserwujemy proces uczenia się rozmowy, uczenia się siebie. Spektakl pokazuje, jak mogą ranić słowa, te wypowiedziane i te niewypowiedziane. W relacji kluczowe jest to, aby rozmawiać, aby nie przemilczeć problemów, które się dzieją. To jest ważne komponent tej sztuki – opowiada Martyna Zachorska.

Sztuka pokazuje, jacy jesteśmy, jak wielowymiarowi, z jak różnych sprzeczności się składamy. Pokazuje, że możemy być i delikatni, i wulgarni, i czuli, i okrutni. Pokazuje nas – prawdziwych ludzi. Język miłości tak piękny często jest tylko z nazwy, bo jego wykładnią są emocje. Zazdrość, pożądanie, potrafią błyskawicznie zastąpić czułe słówka obelgami. O namiętności nikt już nie pamięta, gdy nadchodzi rozstanie.

Pokaż mi. Gdzie jest ta miłość? Nie mogę jej zobaczyć. Nie mogę jej dotknąć. Nie mogę jej poczuć. Mogę o niej słyszeć, mogę słyszeć jakieś słowa, ale nie mogę niczego z tymi twoimi słowami zrobić.