
Nie ma się co oszukiwać. Wtorkowego wieczora politycy opozycji z żalem westchnęli, po czym pomyśleli o czarnym łabędziu. Rakieta, która miała być rosyjską, a okazała się ukraińską, była tym rodzajem nieprzewidywalnego zdarzenia, które PiS mógł natychmiast wykorzystać na swą korzyść. Tyle że rządzący koncertowo położyli sprawę komunikacji z narodem, stąd uzysk może być żaden albo nawet odbić się PiS-owi czkawką. Ale po kolei.
Stres opozycji, że znowu coś spada (tym razem także dosłownie) PiS-owi z nieba, bierze się ze znanego efektu flagi. W chwilach zagrożenia bezpieczeństwa i wzrostu poczucia niepewności obywatele mają tendencję do gromadzenia się przy rządzących, wszak "nie zmienia się koni podczas przeprawy przez rzekę".
Zwykle skutkuje to wzrostem poparcia dla obozu władzy. Tak było po wybuchu wojny w Ukrainie: do PiS-u wróciła część tych wyborców, którzy wcześniej, z różnych powodów, ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego opuścili.
I jeszcze jedno: w takiej sytuacji rządzący mogą też szachować opozycję żądaniem jedności, co zresztą Mateusz Morawiecki natomiast uczynił z sejmowej mównicy, a co wyklucza krytykę działań rządu, de facto zamyka opozycji usta.
Opozycja ma popierać, a nie przeszkadzać, żeby zacytować klasyka.
Co PiS buduje na tragedii w Przewodowie
Jakby tego było mało, zdarzenie o charakterze militarnym natychmiast odwraca uwagę od innych problemów, pod ciężarem których ugina się PiS, a co byłoby PiS-owi wybitnie na rękę. Nie dyskutować już o inflacji, o dojeniu spółek skarbu państwa, o drogim węglu i braku pieniędzy z UE, tylko o sprzętowych zakupach wicepremiera Błaszczaka.
Szef rządu już zresztą połączył te kropki, mówiąc, że "zdarzenie w Przewodowie pokazuje nam, że zagrożenie, które Rosjanie stworzyli na Ukrainie, jest realnym zagrożeniem także dla państwa polskiego, dlatego stawiamy na jak najszybszą modernizację polskiej armii".
Dobrze brzmi, a przeciętny Kowalski nie będzie wnikał w szczegóły. Te zaś są takie, że PiS kupuje bez planu i bez oglądania się na faktyczne potrzeby polskiego wojska i państwa, czyli – co właśnie pokazuje nam wojna w Ukrainie – konieczność zabezpieczenia nieba przez systemy ochrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. A te są obecnie w szczątkowej formie.
PiS zatem mógł się na tragedii w Przewodowie politycznie zbudować, ale padł ofiarą własnej, szeroko przecież znanej, niekompetencji. Tym razem w dziedzinie komunikacji kryzysowej.
Sekwencja wydarzeń była bowiem taka, że o tym, co dzieje się na terytorium państwa polskiego, w pierwszej kolejności informowały zagraniczne media i Amerykanie.
Rakieta spadła o 15:38. Dwie i pół godziny później pojawił się lakoniczny komunikat o zwołaniu posiedzenia Komitetu Rady Ministrów do spraw Bezpieczeństwa Narodowego i spraw Obronnych. O 18:28 radio Zet podało informację o "dwóch zabłąkanych rakietach".
Mimo tego, o 22:00 spięty rzecznik rządu powiedział jedynie, że "doszło do eksplozji" i że "nie będzie odpowiadać na dalsze pytania".
Tyle że przed 22:00 nie o eksplozji, a o rakietach wypowiedzieli się już czeska minister obrony, ukraiński prezydent oraz minister obrony Łotwy. Oraz agencja AP.
Sprytny plan PiS może się nie powieść
Na pełną informację od polskich władz przyszło nam czekać do środy – konferencja prezydenta przed pierwszą w nocy i kolejna, przed południem. I nic już nie pomoże zaklinanie rzeczywistości, np. w wydaniu wiceszefa MSW, że był to "wzór najlepszej komunikacji w najtrudniejszym momencie".
Nie był, PiS to wie i wie też, że nie uda mu się w związku z tym zdyskontować tego incydentu. Co nie oznacza, że PiS nie ma wyborczych planów odnośnie wojny za naszą wschodnią granicą.
Bo skoro sondaże pokazują, że trzy czwarte z nas uważa, że wojna w Ukrainie zagraża naszemu bezpieczeństwu oraz że większość z nas chce też silniejszej i bardziej licznej armii, to aż się prosi, by zmilitaryzować kampanię wyborczą i tym samym uciec do przodu, a każdą krytykę ze strony opozycji kwitować zawołaniem o zdradzie narodowej. Ale ten sprytny plan wcale nie musi się powieść.
Zobacz także
Zgodnie z zasadą, że bliższa ciału koszula, jeśli konflikt w Ukrainie nie będzie eskalował w sposób zagrażający Polsce (np. kolejne przypadkowe rakiety, kolejna, duża fala uchodźców), to i tak masową wyobraźnię zamieszkiwać będzie głównie Jej Wysokość Inflacja.
Incydentem w Przewodowie Polacy szybko stracili zainteresowanie. Analiza za ostatnie 24 godziny w sieci Instytutu Badań Internetu i Mediów Społecznościowych z piątkowego poranka już wskazywała na "obniżenie się poziomu natężenia emocjonalnego publikacji” oraz „wyraźny spadek zainteresowania i zasięgów".
Co innego inflacja, "wątek stale obecny w przestrzeni medialnej", jak czytamy w tej samej analizie.
PiS i "recepta" na inflacyjne zło
Ceny żywności, energii elektrycznej, usług, węgla – tym żyjemy. A ponieważ prognozy mówią, że najgorsze wciąż przed nami, to "choćby przyszło tysiąc atletów, i każdy zjadłby tysiąc kotletów, i każdy nie wiem, jak się wytężał", to nie uda się PiS-owi przekierować społecznej uwagi na inny temat.
Tu rządzący mogliby zapunktować jedynie dowiezieniem do kraju pieniędzy z KPO. Bo choć nie jest to recepta na całe inflacyjne zło, to z badań opinii publicznej wynika, że właśnie tak te fundusze traktujemy – niczym czarodziejską różdżkę, za pomocą której można poradzić sobie ze wzrostem cen.
Obóz władzy wciąż jednak nie doszedł do porozumienia sam ze sobą. Morawieckiego blokuje nie tylko minister Zbigniew Ziobro, ale i europosłowie PiS-u (na czele z Beatą Szydło). Owa blokada wynika z dwóch rzeczy: niechęci wzajemnej i budowania swojej pozycji do walki o schedę partyjną po epoce Kaczyńskiego.
A brak tych pieniędzy jeszcze obniża szanse PiS-u na utrzymanie władzy. Militaryzacja kampanii niewiele tutaj pomoże.
