
To nie tylko najgorętsze, najważniejsze pytanie, jakie wszyscy sobie dziś zadajemy.
Od odpowiedzi na nie zależy, czy miliardy euro z UE przysłużą się Polsce i Polakom, poprawią nasz komfort życia i wywindują nasz kraj na wyższy poziom rozwoju, czy przysłużą się wyłącznie autorytarnej partii, która zmieniła nasz kraj z demokracji w dyktaturę. To drugie jest co prawda mało prawdopodobne, ale zapewne nie niemożliwe, przynajmniej w jakimś stopniu.
Ale po kolei.
Zacznę od początku, czyli od wyjaśnienia kilku pojęć, bo wiem, że one wielu czytelnikom się mylą. To naturalne i zrozumiałe, ponieważ kwestie finansowe i prawne związane z wypłatą środków z UE na odbudowę kraju po pandemii nie są proste.
Przeciwnie - jeżą się od skomplikowanych warunków prawnych i politycznych i niewielu ludzi znajduje wśród codziennych zajęć czas, żeby się nad tym głowić. Nie mówiąc o tym, że politycy PiS celowo mówią o tej sprawie zawiłym językiem i w dodatku często kłamią, żeby jeszcze bardziej zamazać prawdę i ukryć, że to z ich powodu pieniędzy jeszcze nie ma.
Wielu ludzi, w tym polityków, myli unijny Fundusz Odbudowy z Krajowym Planem Odbudowy. To nie to samo.
Fundusz Odbudowy to pieniądze, która UE przyznała, w formie dotacji i pożyczek, które być może w przyszłości okażą się bezzwrotne, swoim krajom członkowskim na odbudowę po pandemii. Wypłata pieniędzy dla Polski, a mówimy o olbrzymich kwotach - 39,5 miliardach euro dotacji i 11,5 miliardach pożyczki - została natomiast wstrzymana z winy PiS, za to, że zlikwidował niezależne sądownictwo, co uniemożliwiało między innymi prawną kontrolę sposobu, w jaki rząd wyda te pieniądze.
Ostatnio jednak media donoszą, że PiS poszedł na ustępstwa i (w bezprawnym co prawda trybie, ale to materiał na inny felieton) złożył w Sejmie projekt ustawy wycofujący nielegalne i niekonstytucyjne zmiany w sądownictwie, których sam dokonał.
Oczywiście, jeśli PiS w tym wytrwa, będzie to oznaczać, że finansowo Polska jest już Titanicem, któremu w jakiejś perspektywie grozi bankructwo, ponieważ inaczej partia Kaczyńskiego nigdy aż tak jawnie nie przyznałaby się do błędu.
Nigdy też nie pozbyłaby się raz uzyskanej niemal całkowitej władzy nad losem sędziów i wymiaru sprawiedliwości, zwłaszcza teraz, przed wyborami.
Czy damy radę upilnować PiS?
Oczywiście wiemy, że PiS drukował pieniądze bez opamiętania i odpowiada za olbrzymią inflację i nadchodzący kryzys, który nie ma szans zakończyć się bez wielkich strat dla Polaków, wiemy też, że uprawia bardzo kreatywną księgowość, kierując poza budżet olbrzymią część długu publicznego, co sprawia, że na papierze wszystko się zgadza, gdy w rzeczywistości jest dramat - ale mimo to, aż taka kapitulacja Kaczyńskiego dowodzi, że jest z Polską gorzej, niż przewidujemy w najczarniejszych scenariuszach.
Wszyscy jednak, mimo że czekamy na pieniądze na KPO, to boimy się, czy rząd i partia rządząca ich zwyczajnie nie rozkradną i nie potraktują jak prywatnego funduszu wyborczego. Z historii partii Ziobry wiemy, że to możliwe.
Na szczęście to nie będzie łatwe. Unia wypłaca pieniądze w transzach i nie daje ich "do ręki", tylko przeznacza na konkretne cele. Bardzo dokładnie - o wiele dokładniej niż inne wydatki (choć te inne prześwietla też dokładnie) sprawdza, na co one idą. Przy najmniejszych sygnałach o nieprawidłowościach dalsze wypłaty będą wstrzymane.
Z tego powodu najważniejszym pytaniem jest: kto tu, na miejscu, w Polsce skontroluje, w jaki sposób PiS wydaje środki z KPO. Miało to zrobić niezależne ciało złożone w połowie z przedstawicieli rządu, a w połowie z przedstawicieli organizacji pozarządowych, takich jak sieć obywatelska Watchdog Polska.
Zostało nawet powołane, po czym je rozwiązano… po skargach prawicowych organizacji oburzonych, że one nie biorą w tym udziału. Teraz piłka jest w grze i trzeba bardzo uważnie obserwować, co wydarzy się dalej.
Nie mam wątpliwości, że los unijnych miliardów i to, czy przysłużą się Polakom, zależy od tego, czy damy radę, my wszyscy, obywatele, dziennikarze i działacze organizacji pozarządowych, o urzędnikach unijnych nie wspominając, upilnować PiS.
