
Sezon infekcyjny, długi weekend w żłobku czy miesięczne wakacje w przedszkolu to czas, w którym rodzice rwą z głowy włosy, bo fizycznie nie mają co zrobić z dziećmi. Maluchami ktoś musi się zająć, tymczasem pracodawców niespecjalnie interesuje, że rodzice stoją pod ścianą. Systemowe rozwiązania to fikcja, więc rodzic siada do komputera i pracuje zdalnie, pilnując, by dziecko nie odebrało sobie przez przypadek życia.
Pamiętam, jak moja koleżanka opowiadała mi, że jej dziecko wychowywało się pod biurkiem w newsroomie jednej z gazet. Dziś dorosły mężczyzna, wówczas mały chłopczyk miał w redakcji całe grono cioć i wujków, których znał od urodzenia, podobnie jak zapach papierosów i brzmienie wulgaryzmów.
Czy to były odpowiednie warunki, by wychowywało się w nich dziecko? Z pewnością nie. Jego mama nie miała jednak wyboru. Urlop macierzyński trwał wówczas trzy miesiące, a o tym, co młoda matka ma zrobić, żeby jednocześnie zapewnić dziecku byt i opiekę, niespecjalnie ktokolwiek myślał.
Od tego czasu minęło blisko 25 lat. Zmieniło się bardzo niewiele. Dziś nadal rodzice nie mają wyboru. System niby jest inny, bardziej przyjazny. Niestety wyłącznie na papierze. Z sondażu Ipsos dla OKO.press wynika, że dla 80 proc. badanych Polek to właśnie lęk przed utratą pracy i brak pieniędzy na wydatki związane z dzieckiem jest przeszkodą dla podjęcia decyzji o macierzyństwie.
Rodzice nie byli i nie są wspierani przez prawo. "Gdzie są TE dzieci?" Nie ma. I nie będzie, jak tak dalej pójdzie.
Niebagatelne koszty opieki nad dzieckiem
Wśród alternatyw opieki nad dzieckiem jest kilka opcji i prawda jest taka, że nie ma idealnej. Najmniej paraliżuje rodziców opiekunka indywidualna, czyli taka, która zajmie się nim również, gdy jest chore. Doskonale, jeśli ktoś ma możliwość liczyć w takiej sytuacji na babcię, ale prawda jest taka, że osób w tej wymarzonej sytuacji nie jest wcale wiele. Babcie albo pracują, albo mieszkają daleko, albo najpierw palą się do opieki, a później rezygnują.
Wymarzonym rozwiązaniem jest niania. W dużych miastach to jednak koszt około 30 złotych za godzinę. Stawka miesięczna za opiekę w wymiarze ośmiu godzin dziennie to więc prawie 5 tysięcy złotych.
Tańszą opcją jest żłobek. Trudno mówić o widełkach finansowych, bo te w zależności od miasta potrafią się drastycznie różnić, ale to koszt przynajmniej kilkuset złotych. W przypadku Wrocławia za miejsce z dofinansowaniem gminy rodzic i tak musi zapłacić 1000 - 1500 złotych miesięcznie z wyżywieniem. Da się przełknąć, tylko co z tego, jak wraz z rozpoczęciem edukacji w placówce dziecko łapie tyle infekcji, że i tak kończy się na siedzeniu z nim w domu, nawet po kilka tygodni, a nawet miesięcy z rzędu.
Przecież można wziąć L4
Chorowanie u dzieci to nie kilka dni dwa razy w roku, jak w przypadku dorosłych. Batalie z infekcjami to często długie tygodnie, z krótką przerwą pośrodku.
Na pytanie, co zrobić z chorym dzieckiem, gdy rodzic musi pracować, nasuwa się prosta odpowiedź – wziąć zwolnienie lekarskie. Tak robił Andrzej, który jako jedyny jest uprawiony do pobierania zasiłku. Jego żona pracuje na umowie o dzieło i pracodawca nie dał jej żadnego dodatkowego wolnego poza umownym urlopem, by mogła w razie potrzeby zająć się chorymi dziećmi. Urlop natomiast chciałoby się zaplanować razem. Na zwolnienie szedł więc tata.
Andrzej
tata dwójki dzieci
Choć Andrzej nigdy nie usłyszał od szefa zarzutów, że często chodzi na zwolnienie, jego zaległości się piętrzyły. Praca w firmie organizowana jest bowiem w taki sposób, że większości procesów, za które odpowiedzialna jest dana osoba, nie da się przekazać komuś innemu. Za nadgodziny też nikt nie płaci. Kończyło się tym, że po godzinach siedział za darmo, zawalając obowiązki domowe, rodzinę i swoje własne zdrowie.
W składziku na miotły, z telefonem w ręce
Czteroletni syn pani, która jeszcze kilka tygodni temu sprzątała w moim bloku, ponad pół roku spędził na klatkach schodowych, w składziku na miotły i na niewielkim placu zabaw. Czasem jeździł na hulajnodze i bawił się klockami, ale przeważnie długimi godzinami wpatrywał się w telefon.
We wrześniu nic się nie zmieniło. Okazało się, że dziecko nie dostało się do przedszkola. Miasto nie było w stanie zapewnić miejsc w placówkach wszystkim dzieciom z Ukrainy, z której pochodzili chłopiec i jego matka. Na klatkach schodowych i w składziku na miotły wegetował więc do zimy.
Za szybami osiedla, na którym bawił się synek pani sprzątającej, a także w tysiącach innych domów codziennie dzieją się setki podobnych historii. Innych w detalach, identycznych w założeniu. Rodzice, którzy nie mają co zrobić z dziećmi, które są chore lub nie dostały się do placówek, skazują dzieci na wegetację i wychowanie w blasku ekranu.
Bezradny jak rodzic kilkulatka
Choć pobożnym życzeniem wielu rodziców jest to, by ich dziecko nie oglądało telewizji, bajek i nie korzystało z internetu bez kontroli, życie wiele weryfikuje. Kiedy na szali ważą się nasze założenia wychowawcze oraz ryzyko utraty pracy, szybko okazuje się, że byt ma większą wagę niż to, czy dziecko zlasuje sobie mózg telewizją. Tak było w przypadku Joli.
Jola
mama czterolatki
O tym, jak wygląda praca zdalna z dzieckiem powstały w pandemii setki zabawnych filmików. To jednak w gruncie rzeczy nie zabawny żart, lecz groteska, bo konsekwencje mimowolnego ignorowania dzieci przez rodziców, mogą się na nich odbijać. Szczególnie gdy są to sytuacje, które pojawiają się często i regularnie, o czym mówi w naTemat psycholożka i socjoterapeutka dziecięca, Joanna Maciakiewicz.
Joanna Maciakiewicz
psycholożka i socjoteraputka
Jak tłumaczy psycholożka, sprawa ma się inaczej w momencie, w którym dziecko jest starsze. Konieczność przeorganizowania życia rodziny może pomóc w usamodzielnieniu się. To właśnie w takich sytuacjach dzieci często uczą się nowych rzeczy, jak chociażby przygotowywanie sobie jedzenia, na co wcześniej nie były "skazane".
Jak podkreśla Joanna Maciakiewicz, taka sytuacja, o ile nie jest długotrwała, może paradoksalnie być płaszczyzną do nawiązania bliższych relacji między rodzicami i dziećmi, czy między rodzeństwem.
Joanna Maciakiewicz
psycholożka i socjoteraputka
System nie wspiera rodziców
W połowie stycznia Sejm ma głosować poprawki w ustawie, która ma dać rodzicom możliwość pracy zdalnej. Senat zaproponował, by z pracy zdalnej mogli korzystać nie rodzice dzieci do czwartego, lecz do dziesiątego roku życia, co dla naTemat komentuje Agata Kostyk-Lewandowska z Państwowej Inspekcji Pracy we Wrocławiu.
Jak tłumaczy ekspertka, rozumie obawy pracodawców, że taki system może być nadużywany przez pracowników oraz że może dezorganizować pracę w zakładzie, a także że praca zdalna, której powodem jest konieczność opieki nad dzieckiem, nie będzie pracą efektywną, szczególnie gdy mówimy o dziecku młodszym.
– Należy jednak pamiętać, że mimo wszystko pracodawca może szukać korzyści w takim rozwiązaniu, bo praca na odległość, nawet jeżeli mniej efektywna, to wciąż praca. Nie jest to całkowite wyłącznie pracownika i konieczność zastąpienia w okresie jego nieobecności, a to z kolei obniżenie dla niego kosztów niepożądanych absencji – wyjaśnia.
Ekspertka zaznacza, że takie działania z pewnością będą również lepszym ruchem prodemograficznym, niż programy socjalne, które jak wynika z badań, nie poprawiają dzietności w Polsce.
Agata Kostyk-Lewandowska
Państwowa Inspekcja Pracy we Wrocławiu
Zobacz także
