Dzieci na home office. Koszty opieki nad dziećmi zwalają z nóg
Dzieci na home office. Koszty opieki nad dziećmi zwalają z nóg Fot. Anna Golaszewska / East News

Sezon infekcyjny, długi weekend w żłobku czy miesięczne wakacje w przedszkolu to czas, w którym rodzice rwą z głowy włosy, bo fizycznie nie mają co zrobić z dziećmi. Maluchami ktoś musi się zająć, tymczasem pracodawców niespecjalnie interesuje, że rodzice stoją pod ścianą. Systemowe rozwiązania to fikcja, więc rodzic siada do komputera i pracuje zdalnie, pilnując, by dziecko nie odebrało sobie przez przypadek życia.

REKLAMA
  • System opieki nad dziećmi w Polsce jest niewydolny, ponieważ rodzice muszą liczyć się z bardzo wysokimi kosztami, które muszą ponieść, jeśli chcą wrócić do pracy
  • Lęk o utratę pracy i obawy o możliwość utrzymania dziecka są głównymi powodami, dla których Polki nie chcą mieć dzieci
  • W Polsce upośledzony jest system wsparcia dla rodzin, które zmuszone są podjąć opiekę nad dziećmi w sytuacji choroby, czy zamknięcia placówki
  • Pamiętam, jak moja koleżanka opowiadała mi, że jej dziecko wychowywało się pod biurkiem w newsroomie jednej z gazet. Dziś dorosły mężczyzna, wówczas mały chłopczyk miał w redakcji całe grono cioć i wujków, których znał od urodzenia, podobnie jak zapach papierosów i brzmienie wulgaryzmów.

    Czy to były odpowiednie warunki, by wychowywało się w nich dziecko? Z pewnością nie. Jego mama nie miała jednak wyboru. Urlop macierzyński trwał wówczas trzy miesiące, a o tym, co młoda matka ma zrobić, żeby jednocześnie zapewnić dziecku byt i opiekę, niespecjalnie ktokolwiek myślał.

    Od tego czasu minęło blisko 25 lat. Zmieniło się bardzo niewiele. Dziś nadal rodzice nie mają wyboru. System niby jest inny, bardziej przyjazny. Niestety wyłącznie na papierze. Z sondażu Ipsos dla OKO.press wynika, że dla 80 proc. badanych Polek to właśnie lęk przed utratą pracy i brak pieniędzy na wydatki związane z dzieckiem jest przeszkodą dla podjęcia decyzji o macierzyństwie.

    Rodzice nie byli i nie są wspierani przez prawo. "Gdzie są TE dzieci?" Nie ma. I nie będzie, jak tak dalej pójdzie.

    Niebagatelne koszty opieki nad dzieckiem

    Wśród alternatyw opieki nad dzieckiem jest kilka opcji i prawda jest taka, że nie ma idealnej. Najmniej paraliżuje rodziców opiekunka indywidualna, czyli taka, która zajmie się nim również, gdy jest chore. Doskonale, jeśli ktoś ma możliwość liczyć w takiej sytuacji na babcię, ale prawda jest taka, że osób w tej wymarzonej sytuacji nie jest wcale wiele. Babcie albo pracują, albo mieszkają daleko, albo najpierw palą się do opieki, a później rezygnują.

    Wymarzonym rozwiązaniem jest niania. W dużych miastach to jednak koszt około 30 złotych za godzinę. Stawka miesięczna za opiekę w wymiarze ośmiu godzin dziennie to więc prawie 5 tysięcy złotych.

    Tańszą opcją jest żłobek. Trudno mówić o widełkach finansowych, bo te w zależności od miasta potrafią się drastycznie różnić, ale to koszt przynajmniej kilkuset złotych. W przypadku Wrocławia za miejsce z dofinansowaniem gminy rodzic i tak musi zapłacić 1000 - 1500 złotych miesięcznie z wyżywieniem. Da się przełknąć, tylko co z tego, jak wraz z rozpoczęciem edukacji w placówce dziecko łapie tyle infekcji, że i tak kończy się na siedzeniu z nim w domu, nawet po kilka tygodni, a nawet miesięcy z rzędu.

    Przecież można wziąć L4

    Chorowanie u dzieci to nie kilka dni dwa razy w roku, jak w przypadku dorosłych. Batalie z infekcjami to często długie tygodnie, z krótką przerwą pośrodku.

    Na pytanie, co zrobić z chorym dzieckiem, gdy rodzic musi pracować, nasuwa się prosta odpowiedź – wziąć zwolnienie lekarskie. Tak robił Andrzej, który jako jedyny jest uprawiony do pobierania zasiłku. Jego żona pracuje na umowie o dzieło i pracodawca nie dał jej żadnego dodatkowego wolnego poza umownym urlopem, by mogła w razie potrzeby zająć się chorymi dziećmi. Urlop natomiast chciałoby się zaplanować razem. Na zwolnienie szedł więc tata.

    Od września do listopada zdarzyło mi się brać po 2-3 dni wolnego w każdym tygodniu. Trzyletnią córkę gdy była chora jeszcze dało się jakoś zająć bajką albo rysowaniem. Praca z nią "na pokładzie" była możliwa tak na 60-70 proc. Ale z synem, który wtedy ledwo skończył rok, nie dało się zrobić nic. Gdy był chory, musiałem iść na zwolnienie, bo ktoś musiał się nim zająć. Czasem wspomagała nas moja mama, która jednak też pracuje i nie jest dyspozycyjna. Z kolei znalezienie niani, która będzie miała zawsze czas akurat wtedy, gdy nasze dziecko zachoruje, jest mało realne.

    Andrzej

    tata dwójki dzieci

    Choć Andrzej nigdy nie usłyszał od szefa zarzutów, że często chodzi na zwolnienie, jego zaległości się piętrzyły. Praca w firmie organizowana jest bowiem w taki sposób, że większości procesów, za które odpowiedzialna jest dana osoba, nie da się przekazać komuś innemu. Za nadgodziny też nikt nie płaci. Kończyło się tym, że po godzinach siedział za darmo, zawalając obowiązki domowe, rodzinę i swoje własne zdrowie.

    W składziku na miotły, z telefonem w ręce

    Czteroletni syn pani, która jeszcze kilka tygodni temu sprzątała w moim bloku, ponad pół roku spędził na klatkach schodowych, w składziku na miotły i na niewielkim placu zabaw. Czasem jeździł na hulajnodze i bawił się klockami, ale przeważnie długimi godzinami wpatrywał się w telefon.

    We wrześniu nic się nie zmieniło. Okazało się, że dziecko nie dostało się do przedszkola. Miasto nie było w stanie zapewnić miejsc w placówkach wszystkim dzieciom z Ukrainy, z której pochodzili chłopiec i jego matka. Na klatkach schodowych i w składziku na miotły wegetował więc do zimy.

    Za szybami osiedla, na którym bawił się synek pani sprzątającej, a także w tysiącach innych domów codziennie dzieją się setki podobnych historii. Innych w detalach, identycznych w założeniu. Rodzice, którzy nie mają co zrobić z dziećmi, które są chore lub nie dostały się do placówek, skazują dzieci na wegetację i wychowanie w blasku ekranu.

    logo

    Bezradny jak rodzic kilkulatka

    Choć pobożnym życzeniem wielu rodziców jest to, by ich dziecko nie oglądało telewizji, bajek i nie korzystało z internetu bez kontroli, życie wiele weryfikuje. Kiedy na szali ważą się nasze założenia wychowawcze oraz ryzyko utraty pracy, szybko okazuje się, że byt ma większą wagę niż to, czy dziecko zlasuje sobie mózg telewizją. Tak było w przypadku Joli.

    Kiedy zostałam matką i słuchałam wielodzietnych koleżanek, że "bez bajek ani rusz", myślałam o nich z pogardą. Wiedziałam, że moje dziecko pójdzie do żłobka, który nawet wcześniej wybrałam. Wartościowa opieka i kontakt z naturą dawały mi poczucie, że córka będzie się tam dobrze rozwijać. Kiedy okazało się, że w pierwszym półroczu żłobka spędziła w domu 80 proc. czasu, wiele mi się w głowie poprzestawiało. Zrozumiałam, dlaczego "bez bajek się nie da".

    Jola

    mama czterolatki

    O tym, jak wygląda praca zdalna z dzieckiem powstały w pandemii setki zabawnych filmików. To jednak w gruncie rzeczy nie zabawny żart, lecz groteska, bo konsekwencje mimowolnego ignorowania dzieci przez rodziców, mogą się na nich odbijać. Szczególnie gdy są to sytuacje, które pojawiają się często i regularnie, o czym mówi w naTemat psycholożka i socjoterapeutka dziecięca, Joanna Maciakiewicz.

    Trudno w ogóle mówić, że rodzic ma możliwość podejmowania jakiejkolwiek pracy zdalnej w momencie, gdy jednocześnie musi opiekować się dzieckiem poniżej czwartego roku życia. W tym czasie raz, że dzieci nie rozumieją, że mama czy tata "musi coś zrobić", a dwa, że uczą się stylów przywiązania. Dziecko zostawione samo sobie może blokować emocje i wypierać to, że jest mu np. smutno. Nie będzie okazywać reakcji, ale to nie znaczy, że nie będzie się czuło złe czy odrzucone. Rodzic więc może myśleć, że wszystko jest dobrze, a to będą stany, które odbiją się dopiero później.

    Joanna Maciakiewicz

    psycholożka i socjoteraputka

    Jak tłumaczy psycholożka, sprawa ma się inaczej w momencie, w którym dziecko jest starsze. Konieczność przeorganizowania życia rodziny może pomóc w usamodzielnieniu się. To właśnie w takich sytuacjach dzieci często uczą się nowych rzeczy, jak chociażby przygotowywanie sobie jedzenia, na co wcześniej nie były "skazane".

    Jak podkreśla Joanna Maciakiewicz, taka sytuacja, o ile nie jest długotrwała, może paradoksalnie być płaszczyzną do nawiązania bliższych relacji między rodzicami i dziećmi, czy między rodzeństwem.

    To są sytuacje, w których dzieci uczą się samodzielności i organizują sobie czas. Dają też pretekst do rozmów na tematy, których być może wcześnie nie mielibyśmy możliwości podjąć i na wytłumaczenie dzieciom wielu "dorosłych spraw". Warto pomyśleć o tym w tych kategoriach, czyli wyzwania, a nie jedynie próby przetrwania.

    Joanna Maciakiewicz

    psycholożka i socjoteraputka

    System nie wspiera rodziców

    W połowie stycznia Sejm ma głosować poprawki w ustawie, która ma dać rodzicom możliwość pracy zdalnej. Senat zaproponował, by z pracy zdalnej mogli korzystać nie rodzice dzieci do czwartego, lecz do dziesiątego roku życia, co dla naTemat komentuje Agata Kostyk-Lewandowska z Państwowej Inspekcji Pracy we Wrocławiu.

    Jak tłumaczy ekspertka, rozumie obawy pracodawców, że taki system może być nadużywany przez pracowników oraz że może dezorganizować pracę w zakładzie, a także że praca zdalna, której powodem jest konieczność opieki nad dzieckiem, nie będzie pracą efektywną, szczególnie gdy mówimy o dziecku młodszym.

    – Należy jednak pamiętać, że mimo wszystko pracodawca może szukać korzyści w takim rozwiązaniu, bo praca na odległość, nawet jeżeli mniej efektywna, to wciąż praca. Nie jest to całkowite wyłącznie pracownika i konieczność zastąpienia w okresie jego nieobecności, a to z kolei obniżenie dla niego kosztów niepożądanych absencji – wyjaśnia.

    Ekspertka zaznacza, że takie działania z pewnością będą również lepszym ruchem prodemograficznym, niż programy socjalne, które jak wynika z badań, nie poprawiają dzietności w Polsce.

    Dla młodego człowieka, który chce pracować i chce się rozwijać, dodatkowe kilkaset złotych nie jest powodem, dla którego zostawi karierę, a pomyśli o dziecku. Dlatego wydaje się, że najwartościowsze byłyby takie rozwiązania, które nie każą stawać przed dylematem "praca albo dziecko", ale pozwolą na podjęcie decyzji "praca i dziecko", które pozwolą rodzicom nie martwić się, co zrobić, gdy dziecko choruje, gdy zamkną przedszkole itp. Praca zdalna wydaje się być dobrym "pierwszym krokiem" w tym kierunku. Potem może przyjdzie czas na inne rozwiązania. Bo sytuacja demograficzna jest tragiczna i powinniśmy być wdzięczni tym młodym ludziom, którzy decydują się na posiadanie potomstwa. Bo tylko wzrost urodzeń spowoduje, że będziemy mogli być trochę pewniejsi o swoją przyszłość, gdy sami już nie będziemy mogli pracować.

    Agata Kostyk-Lewandowska

    Państwowa Inspekcja Pracy we Wrocławiu