
Premier wrócił z urlopu w Dolomitach. Tym razem nie musiał go przerywać (dwa lata temu opublikowano raport MAK, rok temu do powrotu wzywał Tuska Jarosław Kaczyński), choć po strzelaninie w Sanoku pojawiły się takie apele. Dlaczego oczekujemy, że gdy dzieje się coś ważnego, albo chociaż głośnego, musi tam się pojawić szef rządu? Rozmawiamy o tym z dr. Bartłomiejem Biskupem z Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.
REKLAMA
"Beata Kempa ma pretensje do Tuska, że nie wsparł policjantów w Sanoku. Powinna zostać snajperem" – ironizowała na Facebooku Monika Olejnik. Komentatorzy postulowali, by premier, jak na supermana przystało, zajmował się odbieraniem porodów i zdejmowaniem kotów z drzew. "Mi tu TVN przerywa, a Premier w Dolomitach" – pod postem Moniki Olejnik komentował Marcin.
Jednak zdarzały się też poważniejsze sytuacje, kiedy premier przerwał urlop, lub był do tego wzywany. W 2009 roku plany pokrzyżowały mu Rosja i Ukraina, które kłóciły się o gaz. Tusk musiał wrócić z urlopu w 2011 roku po publikacji raportu MAK. Rok temu, po samobójczej próbie prok. Mikołaja Przybyła, Jarosław Kaczyński żądał powrotu szefa rządu.
Zobacz też: 35 dni urlopu w cztery lata. Tuska nie ma za co krytykować – pisze Tomasz Machała
Donald Tusk wrócił z urlopu, wszyscy wiedzieli, że jest na nartach. Pewnie dlatego Beata Kempa postulowała, by w Sanoku wsparł policjantów. Dlaczego wszędzie chcemy go widzieć?
Bo to premier i odpowiada za funkcjonowanie państwa. Pojawianie się tam, gdzie coś ważnego się dzieje, to zadanie premiera. Oczywiste jest też, że szef rządu nie jedzie tam po to, by koordynować działania służb czy pomagać w akcji ratunkowej. Politycy jadą na miejsce zdarzenia po to, by pokazać, że władza się interesuje tym, co dzieje się w kraju, co dzieje się obywatelom.
Premier jest potrzebny na miejscu katastrofy, bo nie ufamy państwowym służbom?
Nie ufamy organom państwa, to prawda, ale akurat wymaganie obecności premiera nie jest na to dowodem. Uważamy po prostu, że polityk jest po to, by pokazać, że władza dba o obywateli. Nie ma brać udziału w akcji, ale pokazać "wybraliście mnie do rządzenia państwem, spełniam swoją rolę". Poza tym proszę zauważyć, że to premierowi formalnie podlegają wszystkie służby – bezpośrednio albo przez ministrów. Tak więc jeśli coś się stanie, to i tak skutki tego spadną na premiera czy na rząd. Podobnie jest, kiedy coś zawali prywatna firma czy władza samorządowa. Premier nie ma na to wpływu, a i tak wina za porażki, ale i splendor za sukcesy spada na niego.
Kto wytworzył ten wymóg obecności premiera? Sami szefowie rządów, wyborcy, media czy konkurencja polityczna?
Wydaje mi się, że tak było od zawsze. Taka jest logika całego procesu wyborczego – polityk nieustannie walczy o poparcie, więc musi się pojawiać tam, gdzie skupiona jest uwaga opinii publicznej. Czasami są też sytuacje, kiedy obecność premiera jest obiektywnie potrzebna.
Zobacz też: Politycy na miejscu tragedii. Historia do przemyślenia – blog Tomasza Machały
Proszę sobie przypomnieć sytuację po publikacji raportu MAK, kiedy naprawdę przydałby się komunikat, który poszedłby w świat jako polskie stanowisko. Premier ociągał się z powrotem i sporo na tym stracił. Cóż, to taki zawód, że czasami trzeba przerwać wypoczynek i zagasić jakiś pożar. Z badań, które przeprowadzono po publikacji raportu, wynikało, że poza większością, która krytykowała Tuska za powolną reakcję, byli też wyborcy, którzy docenili to, że przerwał urlop.
Politycy potrafią sobie postawić granicę i ocenić, że to wydarzenie jest na tyle doniosłe, że musi się na nim pojawić, a to już nie?
Zdecydowanie nie są w stanie tego zrobić. Dzisiaj są właściwie zakładnikami sondaży i pojawiają się tam, gdzie my chcemy. To trochę poniżej godności. Chociaż prezydent i premier powinni postawić sobie taką granicę. Niestety, nie są w stanie się na to zdobyć.
