
Ze smutkiem przyznać muszę, że sam wpisuję się idealnie w typ z artykułu. Raz człowiek tknie komputera, to pchają go na informatykę. Wyborów dokonanych w wieku nastoletnim nie mogłem zmienić “ot tak”. Liceum upłynęło mi więc na siedzeniu w kawiarniach.
REKLAMA
Dwa razy zrezygnowałem ze studiów właśnie przez zły wybór dokonany w wieku lat nastu. W międzyczasie potraktowano mnie w pracy jak tanią siłę roboczą i już nigdy więcej w ten sposób potraktować się nie dam, choćbym miał iść na zasiłek. Wolałem iść na kolejne studia. Patrzyłem się w sufit w sumie przez rok.
I oto jestem. Bezrobotny, na utrzymaniu rodziców - bo i kto studenta dziennego do sensownej pracy przyjmie. Nie mieszkam już z rodzicami. Oszalałabym od wiecznie zadawanych pytań “co dalej”. Jakoś się to wszystko ułożyło, ale nadal jest to wegetacja. Głównie intelektualna.
Z powołania jestem humanistą. Zawsze byłem. Studiuję dziennie kulturoznawstwo na prywatnej uczelni. Ze trzy lata młodszymi studentami z mojego roku rozmawiać się nie da. Mało czym się interesują, na pytania prowadzących często odpowiadają poprzez “tak” i “nie”. Wstyd tego słuchać, można jedynie śmiać się w głębi duszy.
Z wykładowcami wcale nie jest lepiej. Nie zaciekawiają, często nie są przygotowani do zajęć, albo - jeśli akurat zdarzy mi się być w temacie - nie wiedzą do końca o czym mówią. Teoria teorię pogania. A półtoragodzinne zajęcia o przygotowywaniu wigilii pracowniczych pozostawiają w głowie niesmak niespełnienia.
Zlikwidowali mi specjalizację, walczyłem o tryb indywidualny. Olali mnie - tak wyszło. Studiuję coś, czego studiować nie chciałem. Dla papierka. Nie uczę się, bo nie potrzebuję. I tak mam piątki. Studentem jestem wzorowym, acz leniwym - bo wyzwań braknie. Taki system…
CV niby mam ciekawe, ale bez żadnych konkretnych umiejętności - pisanie tekstów, prowadzenie kursów, trochę pracy w radiu. Wszystko i nic, jak wszyscy po studiach nieścisłych. Jestem więcej niż pewien, że znowu czeka mnie patrzenie w sufit. Albo telemarketing.