
Donald Tusk przypomina mi Michaela Corleone, niewinnego chłopaka zrazu brzydzącego się mafijnymi metodami własnego ojca, potem z wolna wsiąkającego w otaczający rodzinę syf, aż został bezwzględnym i bezdusznym egzekutorem reguł mafijnego zamordyzmu, które sam zaostrzył. "Ten kto cię zdradzi, będzie twoim przyjacielem" usłyszał od ojca i postanowił nie mieć przyjaciół. Pozbył się ich co do jednego. W końcu Michaelowi śmierci życzyli wszyscy, z najbliższymi włącznie.
REKLAMA
Dziś taniec hien wokół Tuska zaczął się w najlepsze, muzyka gra coraz głośniej, media sięgają po lornetki, by lepiej widzieć nadchodzący upadek. Po jego klęsce nienawiść rozleje się na cały naród, podkręcana żądzą zemsty i nową walką o koryto. By stanąć ponad tym i zawrócić do źródeł, dać narodowi nadzieję, Donald Tusk powinien odsunąć doradców, którzy go nauczyli podłości i cynizmu, PRowskich gier i uników, znaleźć nowego nauczyciela formatu - nie żartuję - Dalajlamy. Wyciszyć się u jego boku i zobaczyć świat, jakim on jest naprawdę. Ujrzeć LUDZI. Być może odejść, by okazać niezgodę na zło, które chcąc-niechcąc współtworzył i na język wojny, któremu nie zapobiegł. Ale być może też zostać i zacząć rozmowę z narodem, z tymi, którymi dziś gardzi, których odsunął i których poddał jak pionki w swej dotychczasowej politycznej grze. Do tego trzeba siły ogromnej i odwagi znacznie większej, niż krwawa bójka, w jakiej aktualnie bierze udział. Nie wiem, czy jest do tego zdolny. Ale wiem, że nikt inny zdolny do takiej odnowy nie jest.