Dziecko w restauracji jest irytujące? Oto, dlaczego zabieram tam moje
Dziecko w restauracji jest irytujące? Oto, dlaczego zabieram tam moje Fot. archiwum prywatne

Hałas, rozlane napoje, frytki utopione w soku i bieganie między stolikami... Umówmy się, że widok dzieci w restauracjach może przyprawić o zawał, a z pewnością skłonić do wniosku, że "bąbelki" powinien obowiązywać zakaz wstępu. Rozumiem to, ale sama obrałam inną drogę. Chodzę z dziećmi do restauracji i to regularnie, niemal od ich pierwszych dni. Sama mierzyłam się z nienawistnym wzrokiem i niejednokrotnie zarumieniłam się ze wstydu. Ale uważam, że z dziećmi (także malutkimi i niesfornymi) do restauracji powinno się chodzić. Oto dlaczego.

REKLAMA

Umówmy się, widok 3-4 latki, która wsuwa obiad widelcem i nożem, robi wrażenie. Kiedy moje dziecko ma akurat kaprys, żeby jeść w restauracji jak "wielka dama", jest doskonałym przykładem stereotypowego "syna koleżanki twojej matki".

Mam jednak także drugie dziecko - dwuletniego chłopca, który jeszcze parę miesięcy temu namiętnie ściągał obrusy, przelewał każdy płyn, który znalazł się w zasięgu jego wzroku, a jedzenie było ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę w restauracji (chyba że były to frytki z keczupem). Raczej wolał coś utopić w szklance z wodą, rzucić o ziemię widelcem, albo walić rękami o stół, wołając przy tym z radością: "Bam! Bam! Bam!"

Opisane wyżej przykłady wcale nie pokazują tego, jak różne są dzieci. Zasuwająca sztućcami laleczka w sukience z falbanką dwa-trzy lata wcześniej była takim samym "nieokrzesanym dzikusem" jak jej brat. I tak jak on musiała nauczyć się obycia z restauracjami, by teraz być wzorem do naśladowania.

Hejt na dzieci w restauracjach

Nie bez powodu określenie "nieokrzesany dzikus" wzięłam w cudzysłów. Pochodzi ono z komentarzy pod jednym z tekstów na naszym siostrzanym serwisie MamaDu, na temat dzieci w restauracjach. Prawdę mówiąc, to jedno z delikatniejszych epitetów, które tam padło.

"Jak widzę gnojka przy stole w knapie, to wychodzę". Albo inne: "Gówniaki nie powinny mieć wstępu do żadnych restauracji (za wyjątkiem MC Donalda)".

logo

Powodem tego, że moje dzieci są częstymi gośćmi w restauracjach, jest to, że chodzenie po knajpach, barach i innych lokalach gastronomicznych jest hobby moim i mojego męża. Robimy to od lat i jakoś nie wyobrażałam sobie (ani nie widziałam powodu), żeby przez dzieci z tego zrezygnować.

Oczywiście oczekiwania były takie, że dziecko będzie spać w wózku, a ja będę sobie spędzać miło czas na kawce, jak miało to miejsce przed porodem. Rzeczywistość okazała się zgoła inna, bo żadne z moich dzieci nie było wózkowe, a wizyty w restauracjach były bardziej gehenną niż przyjemnością.

Nie chciałam z nich jednak rezygnować, bo nie wyobrażałam sobie zamknąć się w czterech ścianach. Chciałam widywać się ze znajomymi, a trudno wyobrazić sobie inne miejsce w deszczowy, listopadowy czy styczniowy dzień niż kawiarnia czy knajpka. Do tego chciałam się ruszyć z domu, więc zagryzałam zęby i szłam spotkać się z koleżanką czy kolegą, by uszczknąć z choć odrobinę starego życia.

Dzieci w restauracjach - koszmar dla rodziców

Lekko nie było. Jedzenie wyglądało tak, że gdy wychodziłam z mężem, to jedliśmy na zmianę. Gdy wychodziłam sama, zwykle nawet nie dawałam rady nic przełknąć. Ewentualnie na raty jadłam zimne już dania, brudząc przy tym siebie i wszystko wokół, bo na rękach miałam "bąbelka".

Po czasie pojawiło się drugie dziecko, a wyjścia z dwójką okazały się jeszcze trudniejsze. Mimo to nie odpuszczałam, bo widziałam, że moje starania przynoszą efekty i to zauważalne. Wyjścia były coraz spokojniejsze, bo dzieci zwyczajnie się obyły.

Dziś "bez wstydu" możemy wziąć je nawet do takiej restauracji, w której są białe obrusy i menu degustacyjne, a na hasło "idziemy do restauracji" słyszę głośne "hurrraaaa!". Na tym nie koniec.

Mule w winie i paella z krewetkami? "Mamo, to jest przepyszne!"

W maju pojechaliśmy z dziećmi do Hiszpanii. Wybierając hotel, kierowałam się w dużej mierze kuchnią. Chciałam, żeby była lokalna, z dużą ilością świeżych składników. Moja czterolatka przez cały wyjazd zjadła niezliczone ilości muli, krewetek i innych owoców morza, a do tego oliwek i szynek. Nie wszystko jej smakowało, ale próbowała każdej potrawy, która tylko jej się spodobała.

logo

Przy okazji wizyty w Barcelonie jedliśmy tradycyjne dania kuchni katalońskiej, a w jednym z miasteczek chodziliśmy od restauracji do restauracji, żeby tylko znaleźć małże, o które tak bardzo nas prosiła. Czterolatka w restauracji wie, że nie krzyczymy, wie, co zrobić z serwetką, czy jak posługiwać się widelcem i nożem. Rozumie, że na danie trzeba poczekać, a na końcu kelnerowi zostawia się napiwek.

Mając świadomość tego, jak nowe smaki, przestrzenie i obecność w nowych miejscach poszerzyły jej horyzonty bez skrupułów (i trochę bez wyboru) ciągam po restauracjach także jej młodszego brata.

logo

Choć młody jest niezwykle wybredny i najchętniej jada frytki z keczupem oraz trzy inne dania na krzyż (to dowód na to, że pozwalanie dziecku próbować nie zawsze zrobi z niego konesera), jako nieokrzesany dwulatek wie już przynajmniej, że w restauracji obowiązują pewne zasady, których należy się trzymać. I przez pierwszy kwadrans nawet się do nich stosuje.

Ostracyzm w restauracjach. Problemem nie są dzieci

Osobiście nigdy nie usłyszałam od gości czy obsługi, że mam ogarnąć swoje dzieci, albo że robi im się niedobrze, jak patrzą na syf, który zrobiły, choć robiły go wielokrotnie. Trudno mi zliczyć, ile razy wycierałam z podłogi rozlaną wodę i zupę, zbierałam okruchy i rozrzucone jedzenie, a do tego ratowałam kwiatki, obrazki ze ścian czy inne gadżety, które spodobały się dzieciom "w miejscu dla dorosłych".

Zawsze staram się pilnować swoich pociech i nie popieram rodziców, którzy wychodzą z założenia, że oni są gośćmi, więc to problem obsługi. Sprzątam, wycieram, przepraszam, a jakby trzeba było, to zapłacę za szkody.

Nie zmienia to jednak faktu, że i ja poczułam się niejednokrotnie jak persona non grata. Jak dziś pamiętam sytuację z jednej z restauracji na placu Kościuszki we Wrocławiu. Mieliśmy wówczas wózek ze śpiącym roczniakiem i trzylatkę. Zachowywali się już całkiem cywilizowanie, a mimo to od początku czuliśmy, że "to nie miejsce dla nas".

Widząc śpiące dziecko, kelner włączył głośniej muzykę, a jedzenie dla córki (mimo próśb) było doprawione na tak strasznie pikantnie, że nie była w stanie go przełknąć.

Kiedy zwróciłam obsłudze uwagę, właściciel/menedżer skwitował, że "nie jest to lokal kids friendly". Na koniec dodał: "Sorry. Taki vibe".

I okej - mają do tego prawo. Nie bądźmy w tym jednak hipokrytami.

Restauracje bez dzieci? Czemu nie

Kilka lat temu media obiegła informacja, że otwiera się coraz więcej lokali, które kierowane są wyłącznie do dorosłych gości. Choć pojawiło się w tej sprawie wiele głosów krytycznych, moim zdaniem to doskonałe rozwiązanie.

Szanuję fakt, że do kawiarni ktoś może chcieć przyjść popracować. Mam świadomość, że dziecko w lokalu może być trudnym kompanem, a także to, że ktoś może zwyczajnie nie lubić dzieci i nie chcieć przebywać w ich towarzystwie.

Choć pojawiają się zarzuty, że to forma dyskryminacji, to równie dobrze można powiedzieć, że w pociągach, w których jest wyznaczona strefa ciszy, lub sklepach, w których wyznaczane są godziny dla osób dotkniętych autyzmem, dyskryminowani są ci, którzy chcą sobie w tym czasie głośno pogadać przez telefon. Podobnie jak w przypadku wagonów ze strefą ciszy, jak i sklepów, tak samo w przypadku restauracji - zawsze możemy wybrać taką, która jest przyjazna rodzinom.

Prawdziwą dyskryminację przejawiają za to lokale, w których kartki "adults only" się nie wywiesza, za to rodziców z dziećmi traktuje się w kategoriach podludzi.

Byle wyjść z tych czterech ścian

W całym tym wychodzeniem z dziećmi do restauracji i problemami, które tak widoczne są dla całego społeczeństwa, jest jeszcze jedna kwestia. Tę również znalazłam w komentarzu pod tekstem w MamaDu: "Masz dzieci - siedź z nimi w domu i poczekaj, aż dorosną".

logo

Z jednej strony od matek oczekuje się, żeby dwa tygodnie po porodzie wyglądały, jakby nigdy nie rodziły, były uśmiechnięte, pełne życia, a depresję poporodową traktuje się w kategoriach fanaberii. Z drugiej, jak już te matki próbują "wyjść do ludzi" (czyt. do kawiarni i restauracji też), wrócić do relacji i spotykać się ze znajomymi, to skazuje się je (w najlepszym wypadku) na wrogie spojrzenia.

Chcecie mieć uśmiechnięte społeczeństwo, szczęśliwe mamusie, spokój w urzędach i na ulicach? Chcecie mieć wokół siebie ludzi, którzy wiedzą, jak się zachować? Dajcie nam w takim razie nauczyć tego dzieci. Bo was, drodzy hejterzy, w dzieciństwie ewidentnie ominęła lekcja z empatii.

A jak nie lubicie dzieci w restauracjach, to zapraszam do "adults only". Doskonały wynalazek.