Chcą wyrzucić zapasy z igrzysk olimpijskich. MKOl. stawia na bicie rekordów... finansowych

Jeżeli działacze MKOl.-u podtrzymają swoją decyzję, takich widoków na IO już nie zobaczymy
Jeżeli działacze MKOl.-u podtrzymają swoją decyzję, takich widoków na IO już nie zobaczymy FOT. KUBA ATYS / AG
Jak grom z jasnego nieba spadła informacja, że w programie igrzysk olimpijskich zapasy zastąpić mogą: wrotkarstwo, wakeboarding czy... wushu. Co z tego, że właściwie nikt – poza Chińczykami – nie wie, na czym ten sport polega? Liczą się potencjalne miliony widzów przed telewizorami, nowy rynek dla reklamodawców i pieniądze. Można odnieść wrażenie, że dla MKOl.-u od pewnego czasu rekordy finansowe stały się ważniejsze niż te sportowe. Na naszych oczach zaczyna się całkowita komercjalizacja igrzysk olimpijskich.

Komitet Wykonawczy Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego zarekomendował właśnie wykreślenie zapasów z programu Igrzysk Olimpijskich (były dyscypliną olimpijską od 1896 roku). Według planów miałyby zniknąć już w 2020 roku. Dlaczego Komitet Wykonawczy MKOl. chce wyrzucić zapasy? W ocenie dyscyplin uwzględniono ponad 30 czynników, w tym popularność wśród kibiców, oglądalność telewizyjną, sprzedaż biletów. Kwestie marketingowe prześwietlono bardzo dokładnie. – To proces przeglądu i odnowienia programu Igrzysk – twierdzi rzecznik MKOl.-u Mark Adams. Za słowami Anglika kryje się jednak coś znacznie ważniejszego: pieniądze.



Gigantyczny potencjał marki "IO"

Wyrzucenie zapasów z IO nie jest jeszcze przesądzone, bo ostateczna decyzja zapadnie najprawdopodobniej na zgromadzeniu ogólnym MKOl.-u na wrześniowej, 125. sesji w Buenos Aires, ale już sam fakt rekomendacji takiego rozwiązania stawia zasadne pytanie: co dalej z igrzyskami? Szczególnie, że za chwilę z gry wypaść może także pięciobój nowoczesny, dyscyplina olimpijska od 100 lat! Czy rozpoczyna się więc era podobna do tej, jaka nastąpiła w piłce nożnej w latach 90.? Galopująca komercjalizacja sportu dopadła właśnie igrzyska, ostatnią ostoję coubertinowskej idei – sport i fair play ponad wszystko.

Dziś nikt w MKOl.-u nie ukrywa, że marketing i reklama, to jeden z filarów istnienia igrzysk olimpijskich. Praktycznie wszystkie zawody odbywają się tylko i wyłącznie dzięki wsparciu reklamodawców. Tak naprawdę, to za ich pieniądze organizowane są zmagania sportowców z całego świata. Za marketing w MKOl. odpowiada departament „TOP” – The Olympic Programme, który został powołany do życia w 1985 roku. Podjęte reformy – centralizacja marketingu i dywersyfikacja programu sponsorskiego (tylko jedna, kluczowa firma z każdego sektora gospodarczego) – okazały się ogromnym sukcesem.


Zobacz też: Nasz bloger, Damian Janikowski: Zapasy przestaną być dyscypliną olimpijską"

Zorganizowanie dziesiątek korporacji chcących łożyć na IO nie jest dla Komitetu Olimpijskiego żadnym problemem, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że olimpijskie koła to logo bardziej rozpoznawalne niż np. znaki firmowe producentów odzieży sportowej Nike i Adidasa razem wziętych. Według raportu Brand Finance wyżej cenionym znakiem towarowym jest tylko Apple. Specjaliści z BF, którzy na co dzień zajmują się wyceną dóbr niematerialnych, wycenili wartość marki „IO” na 47 mld dolarów!

Komitet Olimpijski robi więc wszystko, by chronić swoich dobroczyńców. Podczas IO w Londynie zakazane było np. łączenie takich słów jak „gra”, „2012”, „Londyn”, „lato” i „sponsorzy”. Za złamanie zakazu groziła słona kara – grzywna do 20 tys. funtów (100 tys. zł). Ciężko dziwić się restrykcją, bo 53 sponsorów londyńskich zawodów zapłaciło za posługiwanie się tymi tytułami ponad 2 mld dolarów. Tylko sponsorzy główni – Adidas, Coca-Cola i McDonald’s musieli wyłożyć na stół po 150 mln dolarów. Dlatego też działacze MKOl.-u tak łakomie reagują na podszepty marketingowców, którzy w nowych dyscyplinach widzą szansę na zwiększenie oglądalności IO, a tym samym na otwarcie się nowych rynków zbytu.

Zobacz też: Tomasz Lis o występie Polaków na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie

Hindusi chcą grę, która ma 4 tys. lat!

Proces zmian dyscyplin zachodzi od lat. Specom od reklamy chodzi tylko o jego odpowiednie nakierowanie. Co kilka miesięcy pojawiają się więc nowe dyscypliny pretendujące do miana olimpijskich, inne – jak strzelanie do żywych gołębi, pływanie po torze przeszkód czy jazda figurowa na koniu – wypadają z olimpijskiego kalendarza. I tak swojego miejsca na IO po latach zabiegów lobbystycznych doczekały się w końcu rugby siedmioosobowe i golf, które w Rio de Janeiro zadebiutują już za trzy i pół roku. W Londynie natomiast MKOl. wprowadził dwie inne, nowe dyscypliny: boks kobiet i tenisową grę mieszaną.

Aktualnie w kolejce na debiut w 2020 roku czekają: wrotkarstwo (m.in. jazda figurowa, jazda szybka, freestyle), karate, amerykański baseball, softball (odmiana baseballu), wushu (chińskie sztuki walki), wakeboarding (pływanie na desce za pomocą liny zaczepionej do łodzi) czy wspinaczka sportowa. Co ciekawe po pierwszej fali protestów działacze MKOl. do listy dopisali… zapasy. W teorii jest więc możliwa sytuacja, że zapasy zostaną usunięte z programu Igrzysk, a następnie… do niego dodane.
Jeanette Maxwell
Przedstawicielka nowozelandzkiej federacji zrzeszającej postrzygaczy owiec

Czas uczynić z naszej dyscypliny sportu pokazowego na Igrzyskach Wspólnoty Narodów. To umożliwi podniesienie statusu strzyżenia owiec na najwyższy szczebel sportowej hierarchii. Strzyżenie owiec w Nowej Zelandii zostało uznane za sport narodowy już w 1994 roku.


Wśród pomysłów, które mogą przynieść MKOl. miliony dolarów zysku, pojawiają się także takie, które mogą co najwyżej zapewnić kupę śmiechu. Dokładnie rok temu Nowozelandczycy podjęli próbę włączeniem do programu olimpijskiego... strzyżenie owiec. Na początku chcieli wprowadzić tę dyscyplinę na Igrzyska Wspólnoty Narodów, jako pokazową. Jeanette Maxwell z nowozelandzkiej federacji zrzeszającej postrzygaczy owiec wyjaśniła, że ta oryginalna dyscyplina wymaga siły fizycznej, wytrzymałości i szybkości.


Niewiele brakowało także, aby w Rio zadebiutowali tancerki i tancerze… na rurze! Pole dance miał otrzymać status olimpijski. Argumentem miały być m.in. rozegrane niedawno mistrzostwa świata w Tokio, które wzbudziły spore zainteresowanie. Zasady? Cztery minuty i dwie rury (każda po 3 m), by pokazać swoje akrobatyczne umiejętności. W końcu pomysł uznano jednak za żart.

Komitet odrzucił także kilkadziesiąt innych dyscyplin, w tym tak egzotyczne jak indyjska gra zespołowa kabaddi (znana od 4 tys. lat), azjatycka Sepak Takraw (tzw. siatkonoga), squash, ale także surfing, taniec, kręgle i biegi przełajowe.

Miliardy zysków z Pekinu i Londynu

Wprowadzić daną dyscyplinę na listę sportów olimpijskich to nie taka prosta sprawa. Średni okres oczekiwania na pozytywną decyzję MKOl.-u to ponad siedem lat. Niektóre dyscypliny czekały po kilka dekad. Golfiści – ponad wiek. W ostatnich latach nastąpiła jednak nieoficjalna liberalizacja zasad przyjmowania nowych dyscyplin. Dlaczego? Duży wpływ na to mogły mieć Igrzyska w Pekinie, które dla MKOl.-u okazały się wielkim sukcesem ekonomicznym. Działacze Komitetu Olimpijskiego zrozumieli jeszcze lepiej, jak gigantyczny potencjał mają rynki azjatyckie.

Dlatego też poważnie brane jest pod uwagę uczynienia dyscypliną olimpijską wushu, tradycyjnego chińskiego sportu walki. Skąd pomysł na taki sport? Ano z głów marketingowców, którzy wyliczyli, że przed telewizorami może zasiąść kilkaset milionów ludzi! Oczywiście w przytłaczającej większości Chińczyków, dla których wushu jest częścią historii narodowej. Wushu, najprościej mówiąc, to połączenie wyczynowej gimnastyczki i sztuki walki podobnej do kick-boxingu. Jeżeli ta dyscyplina weszłaby w skład dyscyplin olimpijskich, byłby to ewidentny znak na otwieranie się IO na rynek azjatycki nie w kontekście sportowym (bo przecież mieliśmy już IO w Pekinie), ale czysto finansowym.


Zyski z IO w Londynie (netto, a więc realne) szacowano na… 3,7 miliarda dolarów! Na nich oraz zimowych igrzysk z 2010 roku w kanadyjskim Vancouver MKOl. miał zarobić ponad 6 mld dolarów. Poprzedni okres, a więc IO w Pekinie (2008) i zimowe IO w Turynie (2006) miały przynieść Komitetowi zysk na poziomie 5,5 mld dolarów. Gra toczy się więc o gigantyczne pieniądze i każdy sport, który może sprawić, że na kontach organizacji pojawią się kolejne zera, będzie rozpatrywany z dużą życzliwością.

Co prawda znacznie większe koszty organizacji IO poniósł Londyn i Wielka Brytania, ale to nie jest już problem działaczy MKOl., którzy dziś skupieni są na zimowej Olimpiadzie 2014 w Soczi i letniej 2016 w Rio de Janeiro. Następna letnia – w 2020 roku (czy odbędzie się w Madrycie, Stambule, czy Tokio, dowiemy się we wrześniu tego roku), ma być finansowym rekordem. A do tego potrzebne są nowe, oglądane przez miliony dyscypliny. Takie jak na przykład wushu. Chyba do lamusa odchodzi więc hasło, które widniało na autokarze polskiej reprezentacji piłkarskiej podczas mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii: „Bo liczy się sport i dobra zabawa”. Na igrzyskach olimpijskich liczyć się będzie przede wszystkim kasa.

Twitter szefa działu Sport naTemat.pl Sebastiana Staszewskiego
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...