
Polacy są wstrząśnięci. Internet okazał się potężnym biznesem pełnym wpływowych osób uważanych za autorytety, z których część miała krzywdzić nieletnich. To straszne, prawda, ale myślałem, że przerobiliśmy coś takiego już z polskim Kościołem.
W ostatnich dniach za sprawą Pandora Gate – śledztwa Sylwestra Wardęgi na temat skłonności pedofilskich i przyzwolenia na nie w części środowisku polskiego YouTube'a – polskie społeczeństwo zostało wystawione na nie lada próbę. Więcej o całej sprawie "Pandora Gate" przeczytacie TUTAJ >>
Dotychczas nieinteresujący się YouTube'em Polacy najpierw dowiedzieli się o samym istnieniu niektórych internetowych twórców (chociaż content części z nich docierał do nieraz do milionów odbiorców).
Potem zapewne zaczęto masowo i na cito uczyć się ksywek tych influencerów i ich powiązań ze sprawą (w ten sposób np. dzięki Ministerstwu Sprawiedliwości niejaki Boxdel przez pomyłkę został określony jako Baxton).
Ostatecznie trzeba było zdać sobie sprawę z tego, jak liczny jest panteon internetowych bóstw, jakie relacje musiały tam panować, że w chwili, gdy pali im się d*pa, każdy ma pod ręką cały worek screenów, nagrań i wzajemnych haków (nie no, super komfortowe i bezpieczne środowisko, jeżeli ktoś miałby mnie spytać, jak w rodzinie, rodzinie Soprano).
Natomiast profile tych influ na portalach społecznościowych zaczęły się zmieniać w tablice oświadczeń.
Co jednak najważniejsze – że ucierpiały w tym osoby nieletnie. Skrzywdzone przez osoby, które wykorzystały swoją pozycję, by zmanipulować swoje ofiary i je wykorzystać.
Podejrzewam – chociaż mogę się mylić – że dla niektórych osób dowiedzenie się o tym wszystkim w tak krótkim czasie mogło być nie lada szokiem. To tak jakby odkryć równoległy w pełni rozwinięty świat, który przez ten cały czas działał i rósł w siłę.
Opinia publiczna w szoku. Politycy oburzeni (najważniejsze polityczne nazwiska w kraju już używają Pandora Gate do swojej narracji i własnych celów).
Oto bowiem na naszych oczach wyłania się obraz rzeczywistości, który zwodził młode osoby, sprzedawał im pewną obietnicę, by potem ich wykorzystać. Chore.
Skala oburzenia opinii publicznej rzeczywiście robi wrażenie.
Zwłaszcza w kraju, w którym – a mam takie wrażenie – niektórzy zdołali się oswoić z powracającymi informacjami o wykorzystywaniu nieletnich przez księży. No bo kolejny ksiądz kogoś zgwałcił? No tak, ciekawe na której parafii teraz wyląduje – prawda?
A może tak nie jest i tylko mi się tak wydaje?
W przypadku nadużyć kościoła też się oburzamy. Też jesteśmy wściekli. I dobrze. Jest o co. A potem pojawiają się kolejne medialne doniesienia o tym, że jakiś ksiądz kogoś skrzywdził i cykl naszego społecznego wku*wu zaczyna się od początku.
Przesadzam? Oto zaledwie kilka autentycznych nagłówków polskich mediów dotyczących nadużyć księży z ostatniej dekady.
Jak widać – problem pedofilii w polskim kościele nie jest niczym nowym. To nie znaczy jednak, że cały Kościół jest zły – źli są niektórzy ludzie, którzy są jego członkami. Tak jak źli są niektórzy influencerzy – nie cały YouTube i wszyscy jego twórcy.
Jedno z ostatnich masowych oburzeń społeczeństwa, które dotyczyło tego tematu, pojawiło się przy okazji reportażu "Franciszkańska 3", w którym pokazano m.in. rozmowy z ofiarami księży, którzy w latach 60. podlegali kardynałowi Wojtyle.
Wtedy prawicowi politycy na znak protestu "szkalowania papieża Polaka" postanowili przynieść do Sejmu portrety Jana Pawła II. Temat ofiar stał się drugorzędny, gdy pamięć o wielkim pontyfikacie stała się zagrożona.
Teraz, przy okazji Pandora Gate, premier Mateusz Morawiecki napisał na swoim koncie na X (dawniej Twitterze), że "w Państwie Polskim nie ma zgody na pedofilię, na tolerowanie zwyrodnialców. Poleciłem służbom zająć się natychmiast sprawą, oczekuje stanowczych i szybkich działań". Brawo panie premierze!
Mam nadzieję, że z youtuberami pójdzie wam łatwiej, niż z księżmi.
