Janusz Gortat, pierwszy trener Gołoty: Andrzeja w szkole dręczyli koledzy, dlatego przyszedł na boks [wywiad]

To właśnie Janusz Gortat uczył boksować Andrzeja Gołotę.
To właśnie Janusz Gortat uczył boksować Andrzeja Gołotę. Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta
"Andrzeja w szkole dręczyli koledzy, dlatego przyszedł na boks. Bał się kogokolwiek uderzyć. W Legii na nosie grał mu knypek Mrozik, waga musza. Ale jak zdenerwował Andrzeja jeden taki Niemiec, to go Gołota skasował w kilkanaście sekund". Janusz Gortat, pierwszy trener Andrzeja Gołoty zabrał nas w podróż w czasie i pokazał Andrzeja, jakiego nie znaliśmy.

Kto przyprowadził Andrzeja Gołotę do sekcji bokserskiej Legii Warszawa?

Janusz Gortat: Jego wujo, który go wychowywał. Był zegarmistrzem z ul. Francuskiej. Andrzej miał wtedy 15 lat.

I dlaczego akurat boks?


Może dziś brzmi to śmiesznie, ale Andrzeja w szkole... cały czas szturchali. Był największy w klasie, a i tak koledzy mu dokuczali. Wujek zdecydował, że Andrzej musi się nauczyć walczyć. Przyprowadził go do nas. Ale tu na początku było to samo. Był w Legii taki Mrozik, waga musza, knypek. I ten Mrozik grał Andrzejowi na nosie non stop.


Gołota nie dawał się sprowokować?

Nigdy nikomu nie oddał. Prawda była taka, że Gołota bał się zrobić ludziom krzywdę. Oczywiście, później w sparingach wszyscy się przekonali, jaką siłą dysponował. Był tak mocny, że nie było dla niego odpowiednich rywali. Ale w szkole nigdy nikogo nie uderzył.

Sparował więc z Panem.

Tak. Nie było wyjścia, bo zbliżały się mistrzostwa Polski. A, że ja miałem mistrzowskie doświadczenie, to cały czas go oszukiwałem jakimiś sztuczkami. Odskakiwałem na bok i cios. Zasłaniałem się i cios. A on nie mógł biedny tego przeboleć: „Trenerze… Jak to trener robi?”. (śmiech)


W juniorach Gołota obijał wszystkich?

Kiedyś byliśmy na turnieju „Złotej Łódki”. Andrzej wygrał pierwszą walkę, wygrał drugą i w finale mierzył się z jakimś Niemcem. Po zakończeniu pierwszej rundy ten Niemiec uderzył go w głowę, już po komendzie sędziego. Andrzej przyszedł wkurzony do narożnika i płacze: "Trenerze, widział to trener? Uderzył mnie w tył głowy!". "To weź mu, kur.., oddaj a nie się skarżysz!" – krzyknąłem. Zaczęła się druga runda i po kilkunastu sekundach walka się skończyła. Ciężki nokaut.

Zobacz także: Wiesław Rudkowski, były trener Andrzeja Gołoty: Andrew powinien natychmiast zakończyć karierę. Po co mu walka z Saletą?

O Gołocie przez lata panowała opinia, że jest szorstkim odludkiem.

A gdzie tam! Od małolata Andrzej był koleżeński, pomocny. Bardzo spokojny chłopak. I bardzo kontaktowy.

Nie jąkał się?

On jąkał się od zawsze, ale jeżeli kogoś znał, tak jak nas, to w ogóle nie miał problemów z wysłowieniem się. Zacinanie się przychodziło, gdy pojawiał się ktoś obcy, albo gdy dziennikarza zadawał trudne, niewygodne pytanie.


Od trenera Wiesława Rudkowskiego słyszałem, że młody Gołota do sali treningowej wchodził jako pierwszy, a wychodził ostatni.

To był tytan pracy. Ty-tan! My nie musieliśmy go zachęcać do treningu – my musieliśmy go hamować. Często zdarzają się utalentowani zawodnicy, którzy na sali się opierda... Myślą sobie: „Mam talent, jakoś to będzie”. A Andrzej nic nie myślał. Andrzej tylko pracował. W każdej dziedzinie – w piłce nożnej, w koszykówce – zawsze chciał być najlepszy. To był wyjątkowy chłopak.

Co było w nim takiego wyjątkowego?

Miał fenomenalne warunki fizyczne, miał smykałkę do boksu, miał wielkie zaparcie do pracy. Chciał być kozakiem i został kozakiem. Ale proszę pana, powiem panu, że tak sprawnego zawodnika w wadze ciężkiej, to ze świecą szukać!

Gołota fikał koziołki?

Fikał! Przewroty robił. Na rękach umiał ustać. Tygrysem skakał przez skrzynie. Każde ćwiczenie powtórzył. Od małego był wielki, ale od małego był także sprawny. Mistrz Lucjan Trela też był sprawny, ale z Andrzejem nie było porównania. Andrzej urodził się, żeby zostać mistrzem świata w boksie. Od juniora było widać, że miał papiery.

Czytaj też: Sprawdź też: Dariusz "Tiger" Michalczewski, legenda polskiego boksu: Andrzeja Gołotę wpisałbym do Księgi Guinnessa

I w czasach amatorskich faktycznie osiągał sukcesy. Był mistrzem Polski, zdobył medal olimpijski w Seulu.

W Legii walczył 9 lat. Pierwsze cztery lata u mnie. Oddałem go w 1983. Później, w latach 1985-1987 trenował go Wiesiek Rudkiewicz, brązowy medalista olimpijski. W 1986 i 1987 zdobyli razem mistrzostwo Polski. No i ukoronowanie tej amatorskiej kariery: Seul i medal olimpijski.

Szkoda, że tak dobrze nie poszło Andrzejowi w boksie zawodowym.

Całe nieszczęście zaczęło się od tego Bowe... Byłem w Ameryce na ich drugiej walce. Dostałem od Andrzej specjalne zaproszenie, bo inaczej by mnie na granicy nie puścili.


Druga walka była jakiś kuriozum. Gołota zdecydowanie wygrywał, a mimo to faulem oddał walkę.

Po pojedynku podbiegam do niego i drę się: "Coś ty, kur.., zrobił? Wygrywałeś dziewięć i pół rundy, a walisz go w jaja?". A on do mnie: "Przecież przegrywałem!". Mówię: "Jak, kur.., przegrywałeś!? Byłeś zdecydowanie lepszy.". "Nie, nie, przegrywałem trenerze. Ja musiałem tak". Andrzej nie czuł tego, że wygrywa! A każdy bokser powinien wiedzieć, czy wygrywa, czy nie. To właśnie był problem Andrzeja. Zawinił oczywiście także narożnik.

Bo nikt go nie poinformował o wyniku?

Sekundant powinien powiedzieć: „Andrzejku, prowadzisz czterema punktami, spokojnie wyczekaj walkę do końca i będziesz miał Bowa”. Inna sprawa, że Bowe symulował.

Symulował?

Oczywiście. Każdy pięściarz ma ochronę na genitalia. Mówiąc szczerze, jak się „tam” dostanie cios, to się nie upada. Może trochę boli, ale to nie nokautuje. A Bowe upadł. Na pewno jego narożnik, wiedząc, że Ridick przegrywa walkę, krzyczał: „Kładź się! Symuluj do oporu”. No to symulował. I wygrał.

To nie był jednak pierwszy raz, kiedy Andrzej bił poniżej pasa. Zdarzały się też inne faule. W 1995 ugryzł na przykład Samsona Po’uhę.

Mam kasety od kolegów z Ameryki z pierwszych walk Andrzeja. Już wtedy lubił uderzyć z byka.

Czytaj to: Walka Andrzeja Gołoty z Przemysławem Saletą. Razem mają 90 lat. Dlaczego dziadkowie wracają na ring?

Nie próbował go pan tego oduczyć?

To jest właśnie ambicja. Każdy dąży do zwycięstwa. Andrzej też. Jeżeli bije i bije, a rywal ciągle stoi na nogach, to szuka się innych sposobów na wygraną. „A może jak go ugryzę, to przegra?”.

Teraz, na sam koniec, Gołota zmierzył się z Przemysławem Saletą.

Andrzej przyszedł do mnie zaraz po powrocie z Ameryki, tu, na Legię. Jak tylko go zobaczyłem, od razu zapytałem: „I po co ci to?”.

I co on na to?

On sam nie wie! Mówi, że czuje się dobrze i tyle. Nie zdawał sobie chyba sprawy, że to niebezpieczne dla niego. Przecież on nie jest pełnosprawny.


Chodzi Panu o niedawno kontuzjowaną lewą rękę?

Mówiąc po chłopsku: jak weźmiemy kawałek żelaza i młotek, i tym młotkiem będzie to żelazo uderzać, to w końcu jest spłaszczymy. A więc uszczerbek na zdrowiu jest. Andrzej stoczył w boksie amatorskim z dwieście walk. To wszystko się odłożyło. A jak ostatnio patrzyłem na jego treningi, od razu zauważyłem, że źle bije. Zamiast prosto, uderzał jakimś takim półłukiem [Gortat energicznie pokazuje jak bił Gołota]. Proszę pana, przecież tak się nie bije! Od razu widać, że jego lewa ręka nie działa.

Lewy prosty zawsze był wielką bronią Gołoty.

Jak nie działa lewa ręka Andrzeja, to Gołota traci 50% swojej wartości. Jak walczył z Adamkiem to w ringu było 20% Andrzeja. Dużo za mało. Aż szkoda było patrzeć. Przecież to nasz zawodnik, nasz człowiek…

Rozmawiał: Sebastian Staszewski
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...