
Główny Inspektorat Transportu Drogowego – nazwę tej instytucji znają już chyba wszyscy kierowcy w Polsce. Mało kto jednak pamięta jaka jest jej właściwa misja. Tą prawdziwą znają za to wszyscy. GITD to obecnie znakomicie funkcjonująca maszynka do zarabiania pieniędzy. Co poszło nie tak?
REKLAMA
Problemem jest wszechobecna w czasach kryzysu żądza pieniądza. W przypadku Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego oraz jemu podobnych instytucji założenia ich funkcjonowania powinny być nastawione na zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom bez względu na koszty. Światłe idee trafił szlag w chwili, w której ktoś wpadł na pomysł, żeby inspektorzy zaczęli dublować czynności już wykonywane przez policję oraz straż miejską. Zaczęło się niewinnie – od fotoradarów. Apogeum tego kataklizmu nastąpiło wraz z zakupem 29 samochodów, które wyposażono w mobilne fotoradary.
Kierowcy nie znoszą nawet sprzętu stacjonarnego. Fotoradary na poboczu wyrastają nagle, robią zdjęcie, a niedługo później pocztą otrzymujemy mandat. No cóż, przepisy złamane – należy się kara, tak mówi prawo i póki nie da się wdrożyć lepszego systemu musimy się z tym pogodzić. Oczywiście wszystko gra, jeśli fotoradar jest ustawiony w newralgicznych miejscach, w których kierowcy powinni jechać wolniej, a tego nie robią. Niestety niektóre miejsca wybrane przez GITD wcale nie są niebezpieczne. Za to bardzo łatwo przynoszą duże zyski. Można je spotkać w miejscach, gdzie droga ma kilka pasów, a jezdnie są od siebie odgrodzone pasem zieleni, a mimo tego ograniczenie jest dosyć rygorystyczne. Gdzie tu troska o bezpieczeństwo? Fotoradar kosztujący krocie ustawiony w takiej lokalizacji zarabia na siebie bardzo sprawnie, jednak korzyści dla społeczeństwa są z niego znikome.
Wróćmy do wcześniej wymienionej, prawdziwej porażki – mobilnych fotoradarów. O ile w przypadku stacjonarnych urządzeń GITD może próbować się bronić przed zarzutami o chęci powiększenia przychodów kosztem braku faktycznej poprawy bezpieczeństwa, tak dla działania radiowozów nie ma żadnego usprawiedliwienia. Są one bowiem fatalnym połączeniem samochodu wyposażonego w wideorejestrator ze zwykłym fotoradarem. Jak to działa?
Zwykły, policyjny radiowóz w cywilnych barwach faktycznie poprawia bezpieczeństwo, ponieważ osoby łamiące przepisy są natychmiast zatrzymywane. Tym samym metodą siłową powstrzymuje się je przed nieprzestrzeganiem przepisów. Od razu przedstawiany jest materiał dowodowy i jeśli kierowca zgadza się z roszczeniami policjantów, wypisywany jest mandat. Zadanie radiowozu spełnione.
Zupełnie inaczej jest w przypadku mobilnych fotoradarów GITD. Urządzenia mierzą prędkości aut jadących w tym samym kierunku oraz z naprzeciwka. Jeśli ktoś łamie przepisy sprzęt uwiecznia delikwenta na zdjęciu z adnotacją wskazującą na jego aktualną prędkość. I co dalej? System zajmuje się procedurą związaną z wystawieniem mandatu, a kierowca kontynuuje jazdę i łamanie przepisów. Zatem gdzie tu troska o bezpieczeństwo?
Oczywiście przedstawiciele GITD w tym miejscu zaczynają tłumaczyć: przecież pirat zostanie ukarany – dostanie mandat, a w przyszłości zastanowi się dwa razy zanim ponownie przekroczy prędkość. I co z tego, skoro możliwe, że kilka minut po wykonaniu zdjęcia przez swoją bezmyślność spowoduje wypadek? To oczywiście skrajnie pesymistyczny scenariusz, ale jego zaistnienie nie jest wykluczone.
Z radiowozami GITD jest jeszcze jeden problem – nie patrolują tak intensywnie, jak powinny. Skoro inspektorzy mają troszczyć się przede wszystkim o wpływy do budżetu, po co jeździć, nabijać kilometry na licznikach i wypalać paliwo? Przecież można stanąć na trawce za krzakami, wcinać kanapki, a fotoradar zamontowany w atrapie chłodnicy i tak będzie skutecznie wykonywał swoją robotę. Skąd wiadomo, że takie sytuacje mają miejsce? Pierwsze źródło to zdjęcia zrobione przez kierowców, którzy zaobserwowali to zjawisko. Drugie, to statystyki, które ujrzały światło dzienne na początku 2013 roku. Według nich 29 aut GITD przez 2 miesiące przejechało 150 tys. km. To daje 5,2 tys. na pojazd. Inaczej licząc – jest to dystans, który samochód mógłby pokonać przez 20 dni pracy przejeżdżając 260 km dziennie. Nietrudno się domyślić, że skoro pojazdy inspekcji wykonały w tym czasie kilkadziesiąt tysięcy zdjęć, to znaczna część z nich musiała być zrobiona na postoju.
Zaraz, właściwie to o co mi chodzi? Przecież w opisanej powyżej sytuacji mobilne fotoradary inspektoratu działają tak samo jak zwykłe, stacjonarne urządzenia. Sęk w tym, że miejsca ustawienia zwykłego sprzętu są oznakowane tak, by kierowcy wiedzieli, że jeśli nie zwolnią zostaną ukarani. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, nie ma konieczności ustawiania znaku drogowego przed punktem, w którym stoi mobilny fotoradar GITD. Co to oznacza? Nikt nie zwolni, wszyscy dalej będą łamać przepisy, bo kto zwróci uwagę na szarego Forda Focusa zaparkowanego obok drogi? Podsumowując – ponownie poprawy bezpieczeństwa brak, za to pieniędzy w kasie przybywa.
Właściwie nikogo nie powinno to dziwić. Kiedy rząd ogłosił, że w 2013 roku planuje wpływy do budżetu z fotoradarów na poziomie 1,5 mld zł stało się jasne, ze sprzęt GITD będzie przede wszystkim zarabiał, a nie poprawiał bezpieczeństwo. W końcu gdyby kierowcy hamowali przed punktami pomiarowymi, nie byłoby mandatów.
Właściwie nikogo nie powinno to dziwić. Kiedy rząd ogłosił, że w 2013 roku planuje wpływy do budżetu z fotoradarów na poziomie 1,5 mld zł stało się jasne, ze sprzęt GITD będzie przede wszystkim zarabiał, a nie poprawiał bezpieczeństwo. W końcu gdyby kierowcy hamowali przed punktami pomiarowymi, nie byłoby mandatów.
Wisienką na tym paskudnym torcie jest hipokryzja tych, którzy chcą uczyć szarych kierowców poprawnego zachowania na drodze. Już w styczniu tego roku wyszło na jaw, że wielu polityków skutecznie zasłania się immunitetami gdy przychodzi do zapłacenia mandatu z fotoradarów. Odłóżmy na bok nadużywanie swoich przywilejów. To pozostawiam sumieniom polityków. Problem w tym, że ludzie, którzy stoją za sterami kraju i powinni dawać nieskazitelny przykład obywatelom, sami nie stosują się do przepisów, które starają się egzekwować z pomocą GITD.
Szkoda, że z organu, który niegdyś miał swoje jasno określone cele i radził sobie z ich spełnianiem dosyć dobrze zrobiono skarbonkę. Przez zaślepienie potrzebą łatania dziur w budżecie odłożono na bok bezpieczeństwo. A zawsze mi się wydawało, że na drodze to ono jest najważniejsze.