Fot. materiały prasowe Sonia Draga / Wikimedia Commons

"Wszystko, czego ten pisarz się dotknął, powinno być sygnowane słowem tajemnica" – powiedział o Brunonie Schulzu prof. Andrzej Makowiecki, znawca i badacz jego twórczości. Tym razem ta wciąż zagadkowa aura wokół pisarza, malarza i geniusza z Drohobycza wraca w wydaniu crime fiction. Jest już powieść "Wielka herezja" Michała Jędryki, której głównym bohaterem jest nie tyle handlarz dzieł sztuki uwikłany w trudne relacje ze światem przestępczym, ale unikatowy obraz Schulza.

REKLAMA

Czytając "Wielką herezję" Jędryki zadajemy sobie nie tylko pytanie "kto zabił", jak w rasowym kryminale. Tutaj o wiele częściej możemy pytać "czy ktoś to sfałszował" albo "kto tutaj robi większy przekręt". Takie pytania i emocje są zasadne, bo akcja "Wielkiej herezji" toczy się w świecie handlarzy dziełami sztuki.

Jędryka wnika do środowiska powszechnie nieznanego, bo bardzo hermetycznego. To elitarny świat, który z reguły pojawia się w medialnych nagłówkach i zbiorowej świadomości tylko wtedy, gdy dzieło Picassa znowu osiągnie na aukcji rekordową cenę, artysta sztuki nowoczesnej przyklei do ściany muzeum banana, bądź aktywiści obleją zupą obraz van Gogha.

W "Wielkiej herezji" autor wychodzi także i poza tę medialną bańkę, bo wprowadza czytelnika za kulisy pracy manszardów i na zaplecza muzeów sztuki, dodając do tego wątek kryminalny.

logo

Głównym bohaterem jest tutaj obraz "Spotkanie" Brunona Schulza. Powieść to kryminał, a nie podręcznik historii sztuki, ale Jędryka zadbał o fact check i z szacunkiem potraktował twórczość Schulza. Zresztą nic dziwnego. Prywatnie jest zafascynowany jego pracami i życiorysem, a wcześniej napisał quasi-reporterską powieść o epidemii ołowicy na Śląsku, "Ołowiane dzieci", która nie była w pełni literaturą faktu, ale literaturą mocno na faktach opartą.

– Obrazem "Spotkanie" zainteresowałem z dwóch powodów. Po pierwsze lubię Schulza. Jak wszyscy, najpierw poznałem go od strony literackiej i "Sklepów cynamonowych" – mówi Michał Jędryka, autor "Wielkiej herezji". – Dopiero potem zetknąłem się z jego grafikami, a wreszcie dotarłem do tego obrazu. Drugi powód był taki, że szukałem obrazu, który byłby jedyny w swoim rodzaju.

"Spotkanie" Schulza rzeczywiście takie jest, bo wokół niego, tak jak i wokół całej twórczości autora, nadal roztacza się aura tajemnicy. Poza tym to obraz o wartości materialnej, której ani manszardzi, ani muzea, nie zgodzą się ujawnić. Podobnie zresztą jak innych detali z ich mikrokosmosu.

– Ta książka wzięła się z rozmów z moim znajomym, który zajmuje się handlem sztuką. Postawił warunek, by absolutnie nie ujawniać jego tożsamości. Myślę, że miał rację: gdyby ktoś posłuchał, że wzięty manszard mówi o oszustwach, o grach nie fair w branży, to mogłoby to być dla niego jakimś zawodowym pocałunkiem śmierci – podkreśla Jędryka.

Prawdziwe pieniądze w świecie sztuki wolą pozostać w cieniu, a to, co napędza tę branżę, odbywa się z dala od uszu i oczu ciekawskich osób postronnych. A to z kolei pobudza wyobraźnię czytelników szukających w powieściach sensacji, sekretów, wysokiej stawki. I po prostu dobrej rozrywki.

Główny bohater powieści – ten, oprócz obrazu – to handlarz dziełami sztuki z obsesją na punkcie "Spotkania". To jedyny odnaleziony obraz olejny Brunona Schulza. Okazuje się, że wystawienie go na aukcję mogło być największym błędem w jego karierze. Fascynatów Schulza jest dużo więcej. I to w podejrzanych kręgach. Mężczyzna naraża się wielu potężnym środowiskom. Pojawia się wątek oszustwa, przekrętu, wreszcie tajemnicza śmierć i morderstwo.

A wszystko to dzieje się na tle Warszawy żyjącej własnym "zwykłym" życiem: gdzieś między zbyt drogimi lokalami na Powiślu a podejrzanie tanimi budkami z chińszczyzną na Marywilskiej, w czasie między pandemią a wojną w Ukrainie.

– To książka bardzo ściśle osadzona w czasie i miejscu. Jestem przeciwnikiem ścisłego trzymania się gatunku, jestem też przeciwny pisaniu całkowicie z wyobraźni – podkreśla Michał Jędryka. – Uważam, że sama rzeczywistość i realny świat dostarcza nam takich wydarzeń, które – gdybyśmy je wymyślili – ktoś mógłby uznać je za nieprawdziwe i sztuczne.

"Wielka herezja" to zatem odpowiedź na pytanie "co by było gdyby" osadzona w świecie handlarzy dzieł sztuki. Czytelniczki i czytelnicy, którzy lubią fikcję gęsto przetasowaną z prawdą, chętnie prześledzą tę historię do końca. Zwłaszcza, że do odkrycia jest tu dużo tajemnic i sekretów. Zaczyna się już od – prawdziwej – historii samego obrazu, który jest osią opowieści.

Obraz Brunona Schulza "Spotkanie" znajduje się w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza na rynku Starego Miasta w Warszawie.

logo
Fot. Wikimedia Commons

Scenerią obrazu jest małe miasteczko. Po lewej stronie widzimy mężczyznę - młodego chasyda z ręką złożoną na piersi. Wydaje się kłaniać przechodzącym obok kobietom. Jedna z nich z politowaniem patrzy w kierunku mężczyzny, druga ogląda się, jakby spoglądała na widza stojącego przed obrazem.

Samo "Spotkanie" na rynku sztuki wypłynęło bardzo późno.

– Obraz pojawił na rynku w latach dziewięćdziesiątych XX wieku w dość dziwnych okolicznościach, w Łodzi. Nie pochodził od rodziny Schulza, bo ci zginęli w czasie Holokaustu. Schulz podarował go swojemu przyjacielowi – opowiada Jędryka.

Prawdopodobnie było tak, że obraz długo wisiał i kurzył się w jego mieszkaniu. Może pojawiło się nowe, młodsze pokolenie, a może ktoś bardziej świadomy jego wartości. "Spotkanie" wystawiono na aukcję, a Muzeum Literatury kupiło go korzystając z prawa pierwokupu.

– W "Spotkaniu" jest konflikt, tam nie dojdzie do porozumienia, tam nie ma właściwie żadnych trwałych relacji – komentuje obraz Schulza autor powieści, Michał Jędryka. – To światy się nawzajem odpychają i odrzucają.

Tak samo jak w "Wielkiej herezji", której bohater-manszard uwikłany jest w wiele trudnych relacji i nieustannie zderza się z konfliktami. Powieści pomaga też aura tajemnicy, która – całkowicie zasadnie – towarzyszy całemu życiu i twórczości Schulza.

– Prace Schulza długo po jego śmierci nadal ocierają się o wątki sensacyjne – wspomina Michał Jędryka. – Specjalnie pojechałem dla Jerozolimy, do instytutu Jad Waszem, bo chciałem zobaczyć efekt pracy izraelskich komandosów którzy, by zdobyć dzieła Schulza, udawali historyków sztuki. Albo byli to historycy sztuki, którzy udawali komandosów. Tego dokładnie nie wiemy.

Chodzi o freski, jakie Bruno Schulz namalował w swoim rodzinnym Drohobyczu. Przypomnijmy tę prawdziwą historię.

W 1941 roku, gdy Drohobycz zajęli Niemcy, rodzinę Schulzów przesiedlono do getta. Bruno szukał sposobu na utrzymanie się i przeżycie. Wykonywał prace plastyczne, czym zwrócił na siebie uwagę gestapowca Feliksa Landaua. Landau zlecił Schulzowi, a właściwie wydał mu rozkaz, ozdobienia ścian pokoju dziecinnego w willi, którą zajmował.

Wykonane tam przez Schulza freski były prawdopodobnie ilustracjami do niemieckich baśni ludowych. Badacze sugerują, że może chodzić o “Królewnę Śnieżkę” braci Grimm. Wśród fresków odkryto bowiem postać księżniczki, głowę konia, tors rycerza w zbroi, krasnoludka, woźnicę i fragment karety. Po wojnie przez długie lata uznawano je za zaginione.

W 2001 roku ustalono, w której willi w Drohobyczu mieszkał Landau, a na jej ścianach odkryto freski Schulza. Niedługo potem dzieła w tajemniczy sposób zniknęły z willi. Kilka miesięcy później Jad Waszem przyznał, że to on przejął i wywiózł z Ukrainy freski Schulza. Przedstawiciele instytutu wycięli kawałki ściany i zabrali je do Izraela. Wybuchła międzynarodowa afera, która zakończyła się jednak dyplomatycznym porozumieniem między Izraelem a Ukrainą.

– Dla dzieł Schulza był to happy end, bo udało się ocalić je od zapomnienia – podkreśla Jędryka. – Picasso nie miał takiego przywileju w Warszawie. Podczas wizyty w Warszawie odwiedził nieukończoną jeszcze budowę bloku i na ścianie mieszkania narysował węglem warszawską Syrenkę. Mieszkanie zwiedzali potem i turyści, i dygnitarze. Ale potem obraz, po licznych prośbach lokatorów zmęczonych ciągłymi wizytami i za zgodą władz, zamalował malarz pokojowy.

Krążyła legenda, że na Syrenkę zareagował słowami "rany, kto to zrobił, mój szwagier by to namalował".

Schulzowski skandal dyplomatyczny w Drohobyczu czy kuriozalny picassowski incydent w Warszawie to zderzenia światów, których w "Wielkiej herezji" znajdziemy więcej. Zderzenia są tutaj tak kontrastowe jak spotkanie na obrazie Schulza.

W "Wielkiej herezji" mamy więc manszardów i handlarzy podrobioną odzieżą, mamy artystów i fałszerzy, bogatych i biednych, a ich światy nieustannie się przecinają. Najdroższa whisky w knajpach na warszawskim Nowym świecie kontra wietnamskie lokale z kurczakiem w cieście za 10 zł. Milionowe aukcje dzieł sztuki kontra zaplecza chińskich bazarów, które prawdopodobnie są frontem dla pralni pieniędzy. A może między tymi ostatnimi nie ma aż tak wielkiej różnicy? To wszystko znajdziemy w "Wielkiej herezji".

– Jakiś czas temu w filmie dokumentalnym poświęconym twórczości Bruno Schulza usłyszałem, że jest to jego jedyny obraz. Moim zdaniem jednak jest to jedyny znany zachowany obraz. Wiem jeszcze przynajmniej o dwóch innych pracach olejnych, które zaginęły i na razie ich los jest nieznany – podkreśla Michał Jędryka.

A to zostawia czytelnika z nadzieją, że to nie ostatnie spotkanie z tym ciekawym mikrokosmosem, w którym wątki kryminalne w świecie sztuki nie kończą się na hollywoodzkich scenariuszach brawurowych kradzieży i napadów na Luwr, czy medialnie rozdmuchanych historiach o kolejnym "bananie na ścianie" na ścianach muzeów sztuki nowoczesnej. Powieść "Wielka herezja" wydało Wydawnictwo Sonia Draga.