
Opowiem wam bajkę. I z góry za nią przepraszam, bo będąc w ferworze przedświątecznych przygotowań, pewnie ostatnie co chcecie usłyszeć, to opowieść o nieśpiesznym spacerze brzegiem malowniczego jeziora z kubeczkiem grzanego wina w jednej i kawałkiem sera w drugiej ręce. A może właśnie tego potrzebujecie? Wsiadajcie, jedziemy do bajki. Jedziemy do Szwajcarii.
Jeśli ten niewielki, nieco ponad ośmiomilionowy kraj nigdy nie figurował na waszej liście “zimowych rajów”, czym prędzej powinniście zaktualizować wspomniane zestawienie. Szwajcaria nie tylko umie organizować świąteczne jarmarki, nie tylko wprowadza w miastach przyjemnie nienachalną, ale zauważalną świąteczną atmosferę, ale co najważniejsze, potrafi zaoferować coś, czego raczej nie spotkacie ani w Wiedniu, ani w Dreźnie, ani w tym bardziej na żadnym innym, polskim jarmarcznym bazarze.
Szwajcaria oferuje spokój. W święta. Niesamowite? Zgadzam się.
A to tylko na początek, bo oczywiście nie brakuje tu innych atrakcji, teoretycznie typowych dla obwieszonych światełkami i anielskim włosiem budek. Teoretycznie, bo w praktyce znacznie częściej, niż zwyczaj nakazuje, skosztujecie tu pysznego, lokalnego, jedzenia i wypijecie co najmniej poprawne, a często bardzo dobre, Glühwein. Bo Szwajcarzy do swoich świątecznych jarmarków podchodzą jak do wszystkiego, co robią: na spokojnie i na poważnie. Ale uwaga: nie pomylcie pragmatyzmu z nudziarstwem. Bo czy “nudziarze” ustawiliby ba wejściu jednego ze swoich najsłynniejszych jarmarków dwa śpiewające łosie? Wątpię.
Pociąg do fondue
À propos spokoju, bo to hasło z pewnością przykuło waszą uwagę najbardziej, pozwólcie, że aby wprawić się w świąteczny nastrój, najpierw wytłumaczę wam, jak w Szwajcarii wyglądają… podróże pociągiem. Bo jeśli na mapie waszej podróży znajdują się miasta - a zakładając, że zwiedzamy jarmarki, tak właśnie będzie - kolej to w zasadzie najwygodniejsza opcja.
Jasne, samochód wchodzi w grę - moźecie zrobić trasę, na przykład, Warszawa-Bazylea w nieco ponad 13 godzin. Wierzcie jednak lub nie, poruszanie się po tym kompaktowym mieście autem, a nawet zaparkowanie go w dogodnym (lokalizacyjnie i cenowo) miejscu, może być wyzwaniem.
Wybierając pociąg nie martwicie się niczym. Kolej działa tu jak w zegarku. I tak, tak, wiem jak to brzmi. Brzmi jak pusty śmiech, który ogarnia polskiego podróżnego, który od 45 minut stoi na peronie wpatrując się informacje o opóźnieniach. Ale to prawda.
Kiedy dostałam agendę wyjazdu, oblał mnie zimny pot. Albo gorący. Nie pamiętam dokładnie, pamiętam natomiast, że zdumienie zmieszało się z przerażeniem na wieść o tym, że na przesiadkę pomiędzy pociągiem i autobusem organizator przewidział… 4 minuty. Jakby… To nie jest możliwe w żadnym, nawet w świątecznym świecie.
Okazuje się, że jednak jest, i to nie tylko od święta. Szwajcarskie pociągi, wybaczcie ten frazes po raz kolejny, ale nic innego tu nie pasuje, chodzą jak w zegarku. Można im całkowicie ufać. Zaryzykuję stwierdzenie, że nawet tutaj nawet trzy minuty na przesiadkę to tutaj szmat czasu.
Druga sprawa, że transport publiczny sięga tutaj nawet tam, gdzie wzrok nie sięga. Bo jeśli nawet, pomiędzy jarmarkowym szaleństwem, zamarzy wam się wyprawa do zabitej - estetycznymi! - deseczkami wioski, słynącej z produkcji sera, możecie spokojnie zaplanować ją tego samego dnia rano. I nie, nie utkniecie na końcu świata na pół doby, albo nawet do dnia następnego. Może autobusy nie będą kursować co 10 minut, ale też nie spędzicie pod wiatą wieczności.
I sprawa trzecia: bilety. Tak, są dość drogie - jeśli nie zrobi się odpowiedniego researchu. Kupując przejazdy każdorazowo rzeczywiście macie szansę wydrenować się z całego budżetu jeszcze przed zamówieniem pierwszego Glühwein.
Bardziej opłacalna opcja, z której korzystają nawet lokalsi, to tzw. Swiss Travel Pass, czyli coś na kształt dopompowanego biletu długookresowego. Idea jest taka, że bilet uprawnia was do nieograniczonej liczby przejazdów kolejowych, autobusowych oraz przepraw promem. Dodatkowo, w jego cenie macie darmowy transport w obszarach miejskich, podróże specjalnymi pociągami panoramicznymi, zniżki na kolejki górskie i wjazdy na kilka wybranych szczytów, oraz - uwaga - bezpłatne wejścia do ponad 500 muzeów.
W skrócie: płacicie raz, nie martwicie się więcej. Znów - pełen spokój, nawet w okresie przedświątecznym. Pytanie, jak Swiss Travel Pass przedstawia się cenowo? Możecie sprawdzić to na tej stronie. Przykładowo, Pass na trzy dni to koszt 232 franków za przejazdy drugą klasą. I zanim zaczniecie przeliczać franki na złotówki, musicie wiedzieć, że niemal trzygodzinna podróż, w jedną stronę, z Zurychu do Genewy to koszt około 40 CHF. Sami oceńcie, czy się opłaca.
Skoro kwestie dojazdu mamy już rozpracowane, czas porozglądać się po świątecznych jarmarkach, a właściwie - poniuchać. I gwarantuję wam, że pierwsze, co rzuci się wam w nozdrza, kiedy przekroczycie granicę dowolnego Weihnachtsmarkt to zapach sera. Fondue to tutejsza zimowa potrawa narodowa - nie uciekniecie od niej. Zresztą, kto by się wzbraniał przed porcją ciepłego, roztopionego sera z dodatkiem wina, oblepiającego szczelnie kawałek puszystego, pszennego chleba? Przynajmniej przy pierwszym rondelku - nikt, gwarantuję.
Szwajcaria serem płynąca
Pierwszym przystankiem na jarmarkowej mapie była Genewa i to właśnie tam spróbowałam swojego pierwszego, prawilnego fondue. Autentyczność ma tu spore znaczenie, bo Szwajcarzy podchodzą do tego dania naprawdę serio. Może wam się wydawać, że topienie sera w rondelku to ogólnoalpejski zwyczaj i rzeczywiście, fondue zjecie też we Francji i zapewne w Austrii.
Cytując jednak jednego z sędziów World Fondue Championship, “Francuzi po prostu nie wiedzą, jak się je robi”. Bo mimo że fondue to potrawa w zasadzie dwuskładnikowa, proces jej przygotowania skrywa wiele sekretów: od rodzaju szpatuły, którą miesza się serową masę (koniecznie drewniana!), przez kierunek (nie zmieniać!) i oczywiście temperaturę podgrzewania. Klasycznym dodatkiem podbijającym smak jest białe wytrawne wino, ale zdarza się również że do dania trafia kilka kropli Kirschu, a nawet whisky.
Oczywiście, najważniejszym aktorem na scenie, a właściwie w rondelku, zwanym “cachelon”, jest ser. Puryści powiedzą, że w fondue jest miejsce tylko i wyłącznie dla Gruyère’a, jednak w praktyce w Szwajcarii skosztujecie tego dania na bazie wielu innych rodzajów, a nawet mieszanek serów, z których najpopularniejsze, to Appenzeller czy Emmentaler.
Pro tip: zanim skosztujecie sera w postaci płynnej, sprawdźcie koniecznie, jak smakuje w swojej generycznej formie. Na jarmarkach znajdziecie oczywiście mnóstwo stanowisk serowarskich i oczywiście warto je odwiedzić. Nie polecam jednak robić tam większych zakupów, bo tak naprawdę ser takiej samej lub nawet wyższej jakości kupicie praktycznie w każdym tutejszym sklepie. Mówiłam, że Szwajcarzy podchodzą do founde poważnie? Poprawka: oni wszystkie sery traktują jak świętość. I jest ku temu dość istotny powód.
Szwajcarska kuchnia jest bardzo prosta. Nie znajdziecie tu wyrafinowanych sosów, skomplikowanych wypieków, czy wyjątkowo złożonych smaków. To, czym jest natomiast bogata, to jakość składników. Ser jest tego najlepszym przykładem. A jeśli chcecie przekonać się o tym na własnej skórze, koniecznie odwiedźcie jedną z tutejszych manufaktur sera, na przykład słynnego, “dziurawego” emmentalera.
Affoltern im Emmental to miejsce, w którym na własnej skórze można doświadczyć serowej magii. To właśnie stąd wywodzi się najsłynniejszy na świecie ser z dziurami. W ramach wycieczki, pracownicy pokażą wam chatę, w której dawniej produkowało się sery, a następnie, z pomocą dość nietypowych pomagierów, zabiorą was w podróż przez historię emmentalera. Genialne doświadczenie, tylko teoretycznie dla dzieci (grupa kilkunastu bardzo dorosłych dziennikarzy bawiła się w towarzystwie myszy, krowy i mleczarki wybornie).
Warto zarezerwować chwilę na obiad w tutejszej restauracji. Poza genialnym widokiem, serwują tu również pyszne, domowe potrawy w większości z emmentalerem w roli głównej. Uważajcie na porcje: są spore, zwłaszcza jeśli chodzi o desery. Oczywiście nie oznacza to, że macie sobie odmówić serowych lodów - co to, to nie. Pamiętajcie tylko, że dużą porcję bierzecie na własną odpowiedzialność.
Czekoladowy kociołek rozmaitości
Będąc w Genewie w okresie świątecznym musicie koniecznie zaliczyć jeszcze co najmniej dwie rzeczy: roztrzaskać czekoladowy kociołek i zaopatrzyć się w błyskotki. Zacznijmy od zadania numer jeden.
W grudniu na wystawie każdego sklepu ze słodyczami zobaczycie “marmite de l’Escalade” czyli kociołki, upamiętniające “wspinaczkę”, a właściwie niespodziewany nocny atak wojsk księcia Sabaudii, Karola Emmanuela, na Genewę w roku 1602. Co wspólnego ma czekoladowe naczynko z atakiem na suwerenność niezależnego w owym czasie miasta? W zasadzie nic. Ale już z żeliwnym garem, napełnionym gorącą zupą - całkiem sporo.
Legenda głosi, że mieszkańcy Genewy, zaskoczeni atakiem w środku nocy bronili się zaciekle i bohatersko, korzystając z tego, co aktualnie mieli pod ręką. Do historii przeszła jedna z gospodyń, która wyrwana ze snu rzuciła się do okna, polewając wrogów wrzącym wywarem.
To właśnie na cześć tego wydarzenia mieszkańcy Genewy przez cały grudzień delektują się tym specyficznym rodzajem piniaty: w czekoladowych kociołkach schowane są bowiem marcepanowe “warzywa”. Zadanie roztrzaskania czekoladowej konstrukcji przypada zwyczajowo najmłodszemu i najstarszemu uczestnikowi zgromadzenia: domowego, szkolnego czy pracowego, bo w zasadzie każdy moment jest dobry, aby zrobić sobie przerwę na coś słodkiego.
A kiedy już napełnicie brzuchy czekoladą, możecie udać się na poszukiwanie błyskotek. Budki z biżuterią czy designerskimi ubraniami, świecami zapachowymi i oczywiście różnego rodzaju ozdobami świątecznymi to ważny element w każdego miejskiego jarmarku, ale w Genewie zdecydowanie warto zwrócić na nie uwagę. Jest to bowiem miasto, w którym tradycje jubilerskie są naprawdę mocno zakorzenione.
Dzisiaj być może kojarzycie to miasto bardziej z drogimi zegarkami, niż diamentowymi koliami. I słusznie, choć obie te rzeczy mają punkt wspólny. Genewa została stolicą zegarmistrzowskiego rzemiosła w czasach Hugenotów.
Protestanci nie patrzyli bowiem przychylnie na różnego rodzaju przejawy bogactwa: skromność miała dominować zarówno w wystroju kościołów, jak i w strojach wyznawców. Aby nie wypaść z rynku, genewscy jubilerzy przerzucili się na produkcję zegarków, które do biżuterii zaliczane nie były (a że poziom kunsztu i precyzji, niezbędny do ich wykonania był podobny? Czysty zbieg okoliczności).
Jeśli wiec macie ochotę przywieźć do domu jakąś pamiątkę z jarmarku niech to będzie rzemieślnicza błyskotka. Jeśli natomiast od przedmiotów wolicie doświadczenia, możecie zafundować sobie warsztaty samodzielnego składania zegarków. Firm, oferujących tego rodzaju “experience” w Genewie nie brakuje. Pamiętajcie tylko, aby zarezerwować dość czasu (kilka godzin) i sporą sumę (kilkaset franków z tolerancją do kilku tysięcy).
Nie będziecie żałować, bo jest to niesamowite doświadczenie. Jeśli do tej pory nie potraficie ogarnąć umysłem, dlaczego szwajcarskie zegarki osiągają tak niebotyczne ceny, to po tym, jak samodzielnie będziecie musieli wkręcić kilkanaście śrubek wielkości pcheł w otwory o średnicy ucha igielnego, już nigdy nie zakwestionujecie ceny żadnego Rolexa czy Pateka Philippe’a.
W Bazylei - raz na lokalnie
Szwajcarską “stolicą” jarmarków jest Bazylea. Oficjalny tytuł “Najlepszego Świątecznego Jarmarku” w Europie tutejszy Weihnachtsmarkt na Münsterplatz uzyskał w 2021 roku. Nie wiem, jak wyglądał wtedy, ale w 2023 prezentował się spektakularnie. Ogrom drewnianych budek z różnymi różnościami początkowo może powodować oczopląs. Kiedy jednak przyzwyczaicie się do migotania zielono-czerwonych światełek i wczujecie w klimat tego niewielkiego, ale niezwykle urokliwego miasta, na pewno docenicie świąteczny czar.
Bazylea to trzecie co do wielkości miasto Szwajcarii, ale nie nastawiajcie się na metropolię. Liczba mieszkańców to około 200 tysięcy, a samo miasto można spokojnie przemierzyć na piechotę. I zdecydowanie warto zaliczyć taki spacer, po drodze podziwiając jak nowoczesna architektura wtapia się w średniowieczną miejscami tkankę miasta.
Nie odpuszczajcie również muzeów: w tym kompaktowym mieście jest ich ponad 30, z czego największą sławą cieszy się Muzeum Sztuki, będące w posiadaniu unikalnych prac największych mistrzów, zarówno dawnych, jak i współczesnych. Nie przegapcie jednak również mniejszych perełek, takich jak Muzeum Papieru (Bazylea słynęła z jego produkcji, zanim stała się stolicą przemysłu farmaceutycznego), czy Muzeum Komiksu (genialne wystawy czasowe).
A kiedy zapadnie zmrok, przeprawcie się na drugą stronę Renu, który dzieli miasto na dwie części, i koniecznie odwiedźcie Adväntsgass, czyli alternatywny, nieco bardziej niszowy jarmark. To miejsce, w którym czuć ducha lokalnej społeczności: poszczególne stanowiska mają swój indywidualny klimat - zdecydownie nie wyglądają, jakby wszystkie wyjechały z tej samej, mikołajowej fabryki. Cale wydarzenie rozciąga się na długość jednej ulicy. Jest przytulnie i przyjaźnie - zwłaszcza, jeśli przycupnie się w zaimprowizowanym w czyimś garażu świątecznym “saloniku” z kubkiem grzańca w ręku.
Bazylea wpadła w tym roku na pomysł, alby oprócz jarmarków, wystroić świątecznie również wybrane podwórka. “Magic Courtyards”, bo pod takim szyldem funkcjonują owe iluminacje, to ciekawy element i miła odskocznia od jarmarcznego, niezbyt nachalnego tutaj, ale jednak zgiełku.
Wrażenie robi zwłaszcza udekorowany światełkami dziedziniec tutejszego czerwonego ratusza, oraz zaułek nieopodal najsłynniejszego sklepu z ozdobami świątecznymi w całej Szwajcarii, a być może i na świecie, założonego przez Johanna Wannera.
Nawet jeśli nie macie zamiaru kupować choinkowych błyskotek, koniecznie tu zajrzyjcie. Tu czas zatrzymał się dokładnie 24 grudnia, w dniu ubierania choinki. Uczucie, porównywalne z tym, jakbyście znaleźli się w wielkiej szklanej śniegowej kuli, wypełnionej brokatem należy do tych, które na długo pozostają w pamięci. Tak jak świąteczna wyprawa do Szwajcarii.
Za zaproszenie do Szwajcarii dziekujemy Switzerland Tourism.
