Paweł Nastula. Ikizama

Paweł Nastula przed walką MMA
Paweł Nastula przed walką MMA Fot. Paweł Fabjański/Malemen
Ikizama to ten, który wiedzie dumny styl życia, ten, który ma w sobie ducha walki. Ikizama nigdy się nie poddaje. Przed państwem mistrz olimpijski w dżudo, od ośmiu lat zawodnik MMA, gwiazda najbliższej gali KSW – Paweeeeeeeł Nasturrrrrrra!



To jego pierwsza w życiu zawodowa walka MMA. Jest czerwiec 2005 roku, Japonia. Na ring prowadzi długi korytarz, później jeszcze trzeba przejść kilkanaście metrów wśród rozwrzeszczanej, wiwatującej, gwiżdżącej i piszczącej publiczności. Nastula i jego ekipa stoją w holu i od godziny czekają na sygnał do wyjścia.

Pawłowi dzwoni w uszach, słyszy dwa przenikające się dźwięki – szum krwi pulsującej w skroniach i ryk 50-tysięcznego tłumu, domagającego się kolejnej walki. Chodzi jak lew po klatce, choć czuje, jakby sam znalazł się w paszczy lwa. Ma tytuły, medale, jest mistrzem olimpijskim, kilkukrotnym mistrzem świata i Europy w dżudo, ale MMA (mixed martial arts, czyli mieszane sztuki walki) trenuje zaledwie od kilku miesięcy. Za chwilę zadebiutuje w japońskim PRIDE Fighting Championships (do 2007 roku jedna z największych organizacji promujących walki MMA na świecie). Przeciwnikiem 35-letniego Nastuli jest młodszy o sześć lat i znacznie bardziej doświadczony w tej formule, Brazylijczyk Antônio Rodrigo „Minotauro” Nogueira, numer dwa na świecie.

Stres jest nie do wytrzymania, czas się dłuży, a walka i wyjście na ring są odwlekane. – Miałem i taką myśl: „W co ja się wpakowałem?”. Nie mogłem się jednak cofnąć, powiedzieć: „Sorry, rozmyśliłem się” – wspomina tamten moment Nastula.
Głowa mu pęka, tylko ten szum i wrzaski, przed oczami ciemnieje, takiego napięcia nie da się już opanować, trzeba walczyć. Paweł chce mieć to już za sobą. – Czułem się tak nakręcony, jakbym był na jakimś haju. Byłem całkowicie wyłączony, powiedziałem tylko swojemu menedżerowi, żeby pilnował, gdzie mam iść, bo ja nie wiem, co się dzieje... Wszystko we mnie buzowało.

Kulisy sesji Pawła Nastuli dla "Malemen"


Zdecydował, że gdy wejdzie na ring – a przecież nigdy wcześniej tego nie robił; przez lata wchodził na tatami ubrany w dżudokę – nie spojrzy na Minotaura, nie da mu odczuć, że gdzieś tam głęboko czai się w nim strach. Tak jak w 2011 roku zobaczył strach w oczach Andrzeja Wrońskiego, dwukrotnego mistrza olimpijskiego w zapasach, po czym znokautował go po kilkudziesięciu sekundach. Tego Paweł bardzo nie chciał.


„O kurwa, co tu się dzieje” – jęknął, gdy stał już na ringu. – Wchodzę, patrzę, a tam pełno krwi. Podnoszę głowę i patrzę na niego. Już wolę na niego niż pod nogi, bo tam tyle krwi, jakby przed chwilą świnię zarzynali.
Jeszcze tylko chwila, padnie hasło do walki, a cały stres i napięcie znikną, odejdą, przegonione kolejnymi ciosami. Niech to się już w końcu zacznie!

RUNDA 1
– Dla mnie Paweł był, jest i zawsze będzie dżudoką bez względu na to, co robi w tej chwili – powtarza dziennikarzom mama Pawła, Lucyna Nastula. To właśnie mama zaprowadziła go na trening do klubu AZS-AWF Warszawa. Po jednej stronie sali walczyli młodzi szermierze, po drugiej mali dżudocy – tak też podzieliły się preferencje i wyobrażenia matki i syna o sportowej przyszłości Pawła. To wtedy stoczył pierwszą ważną, może nawet najważniejszą walkę – o swój los. Został, choć na dżudo przyjmowali od 12 lat. Paweł miał 10. Był rok 1980. Treningi dwa, czasami trzy razy dziennie.

– To była miłość od pierwszego... uderzenia? – pytam z niedowierzaniem.
– Nie, ale podobało mi się to bardzo. Byłem chłopakiem żywym, sprawnym, walecznym i podobało mi się, że mogę się walczyć. Wstawałem rano i nie mogłem się doczekać treningu. Gdyby to był boks lub zapasy, to może też bym tak wsiąkł. Generalnie sporty walki mnie rajcowały.
– Co takiego jest w sportach walki, że tak wciągają?
– Bezpośrednia rywalizacja – wychodzę, walczę, wygrywam ja albo on. Poza tym obozy, wyjazdy. Wolałem... wiesz... – urywa, milknie na chwilę, po czym podnosi wzrok, lodowaty, przeszywający i patrząc mi prosto w oczy – jakby stał na ringu – mówi: – Ja w domu miałem nie najlepiej. Mój ojciec, już nie żyje, był alkoholikiem i ja wolałem być jak najwięcej poza domem. Każdą wolną chwilę spędzałem na treningach i to też sprawiło, że tak się w to wciągnąłem. Chciałem jeździć na wszystkie możliwe obozy, żeby być jak najdalej od domu.
– Chciałeś być większy, silniejszy od ojca, czuć się bezpiecznie?
– Może też trochę. To jest też związane z tym, że... Dajmy już temu spokój – mówi stanowczo.
Tekst pochodzi z magazynu:

Przepisy dżudo zostały opracowane w Japonii w 1882 roku przez 22-letniego wtedy prof. Jigoro Kano. Dyscyplina ta wywodzi się ze sztuki samoobrony, dżiu-dżitsu, która ze względu na zbyt niebezpieczną technikę walki wręcz przez długi czas nie była uznawana za sport. Dopiero prof. Kano „oczyścił” dżiu-dżitsu z groźnych chwytów i ciosów, dając początek stylowi znanemu najpierw jako Kano ju-jitsu bądź Kano ju-do, ostatecznie nazwanemu dżudo.

Są dwie podstawowe zasady dżudo: seiryoku zenyo (maksymalnie efektywne wykorzystanie energii – pchnij, gdy ktoś cię ciągnie lub pociągnij, gdy ktoś cię pcha) i jita kyoei (szacunek dla siebie i innych, czyli po prostu zakaz stosowania technik niebezpiecznych). To najszlachetniejszy z wszystkich sportów walki – bez uderzania i kopania.

– Wychowałeś się na warszawskich Bielanach. Łatwo było tu oberwać? – pytam, znając opowieść długoletniego trenera Pawła, Wojciecha Borowiaka, o tym, jak pewnego dnia został powiadomiony, że Nastulę wyrzucają ze szkoły za pobicie kolegi (Paweł wstawił się za słabszym chłopakiem, gnębionym przez „silniejszego, bezczelnego i aroganckiego syna wysokiego stopniem milicjanta”). – Jak wszędzie, ale na pewno uprawianie dżudo pozwalało odejść od złego towarzystwa, pozwalało nie zbłądzić.

– Myślisz, że to dżudo to był przypadek?
– Przeznaczenie – Paweł mówi bez zawahania.
– Myślisz, że wszystko jest nam gdzieś zapisane?
– Tak. Jest.

RUNDA 2
On był na obozie w Cetniewie, ona na wakacjach we Władysławowie, gdzie była jedyna dyskoteka w okolicy. Tam też spotkali się latem 1991 roku. Paweł przyszedł z kolegami dżudokami, Joanna z koleżankami, choć normalnie na dyskoteki w Warszawie nie chodziła. Nie była też zainteresowana nowymi znajomościami, miała wtedy chłopaka. No, ale jeśli na dyskotekę przychodzili młodzi faceci trenujący sztuki walki, to musiało się coś wydarzyć. Zaczął kolega Pawła. Ten, któremu przywalił, wpadł na Joasię i nabił jej guza wielkości dorodnej brzoskwini. – Popłakałam się, wybiegłam na zewnątrz. Paweł wybiegł za mną i zaczął przepraszać. Chyba nawet klęczał, błagał, żebym tylko przestała płakać – wspomina żona olimpijczyka. Była cała posiniaczona, więc na dyskotekę wróciła dopiero tydzień później. Byli i dżudocy.

– Kolega Pawła, który wszczął całą awanturę, na przeprosiny kupił szampana, a może to było piwo, choć szampan brzmi lepiej – śmieje się Joanna Nastula. – W końcu zostałam sam na sam z Pawłem. Rozmowa się nie kleiła.

Poprosił o adres. Internet i komórki pojawią się dopiero parę lat później, a Joanna w domu nie miała wtedy nawet telefonu stacjonarnego. Później jej powie, że nie wierzył, że podała mu prawdziwe dane. Wakacje minęły. – I nagle się zjawia. Z chłopakiem mi się nie układało, ale Pawłem nie byłam zainteresowana. Dzwoniłam do niego, bo nie potrafiłam wtedy odmawiać, nie potrafiłam mu powiedzieć „spadaj”.
Chłopak poszedł w odstawkę, a Paweł nadal się zjawiał. – Pomagał czasami swojej siostrze – głównie przy opiece nad jej dziećmi. Zabrał mnie kiedyś z sobą i kiedy zobaczyłam, jak fachowo wkłada swojej siostrzenicy rajstopki... To mnie wzięło.

To był wspaniały czas w życiu Pawła: zupełnie niespodziewanie w Barcelonie wywalczył srebrny medal na mistrzostwach świata, poznał swoją przyszłą żonę, kupił samochód – czerwoną ładę. Został wtedy okrzyknięty polską nadzieją dżudo. – To był mój pierwszy taki sukces. Wtedy uwierzyłem w to, że naprawdę mogę być numerem jeden na świecie. To był pierwszy tak wyraźny znak, że idę w dobrym kierunku. (Agent Nastuli, Michał Szymański, uważa, że momentem przełomowym były któreś z zawodów w Europie, na które Paweł pojechał jako 16-latek, a wrócił już jako rasowy, dojrzały sportowiec).

Miał 21 lat. Na MŚ pojechał głównie po to, by zdobyć doświadczenie w dużym międzynarodowym turnieju. W Polsce był już najlepszy, ale nikt nie liczył na to, że zdobędzie medal w Hiszpanii. – A tu jedna walka, druga, trzecia. O finał walczyłem z bardzo mocnym Czechosłowakiem – opowiada Nastula. Przegrywa dość wysoko, nie ma siły, wysiada kondycyjnie. Dostaje keikoku – jeszcze jedna kara za unikanie walki i zostanie zdyskwalifikowany. Jiří Sosna chce to wykorzystać. Paweł ledwo stoi na nogach, ale ostatkiem sił łapie przeciwnika i wykonuje rzut w powietrzu. – Pamiętam, że lecąc, złapał się za głowę – nic już nie mógł zrobić. Ippon. I jestem w finale.

Rok później – ponownie w Barcelonie, tyle że na igrzyskach olimpijskich – Nastula przegrywa z Anglikiem Raymondem Stevensem walkę o finał. Przegrywa decyzją sędziów, trochę na własne życzenie – odwiązał pasek, dostał karę. – Ciężko to przeżyłem. W nocy nie spałem, krew lała mi się z nosa, bo to i zmęczenie, i ciśnienie. Po przegranej walce człowiek analizuje, cały czas wraca do walki i myśli, jak można było ją wygrać. Wtedy powiedziałem sobie, że jeśli dotrwam do następnych igrzysk, to coś takiego się nie powtórzy. W zawodowym sporcie miejsce jest tylko dla zwycięzców.

Wrócił z igrzysk przygnębiony. Bardzo liczył na medal, który dałby mu bezpieczeństwo finansowe, samochód, może mieszkanie, nagrodę za medal, stypendium. Za piąte miejsce otrzymał kilkaset dolarów.

RUNDA 3
Naderwane więzadła krzyżowe w lewym kolanie, w prawym – więzadło boczne. Dodatkowo uszkodzone łękotki w obu. Wybite palce u rąk i nóg. Dwukrotnie złamany mały palec u prawej stopy. Bóle kręgosłupa w odcinkach: szyjnym i lędźwiowym. Złamany prawy obojczyk, co powoduje ciągłe problemy z barkiem. Naderwane więzadła stawów łokciowych, zwichnięte stawy skokowe, złamane żebro. Wybite dwa zęby. I to nie koniec wyliczanki. – Kibice i sympatycy widzą tylko to, co jest piękne w sporcie. Natomiast moja droga na szczyt była wyboista – opowiada Nastek.

Na początku 1993 roku Paweł uczestniczy w Turnieju Paryskim, podczas którego doznaje poważnego urazu kolana – zerwania więzadeł krzyżowych. Wtedy taka kontuzja najczęściej wykluczała ze sportu wyczynowego. Lekarz kadry stwierdził, że jeżeli więzadła nie są całkowicie zerwane, to może przyrosną. Pomogli koledzy zapaśnicy, którzy wysłali go do doktora Tadeusza Trzaski, pracującego w szpitalu kolejowym w Puszczykowie koło Poznania. Usunięto mu tam resztki obumarłego więzadła i obydwie popękane łękotki. Reszta należała do niego – intensywna i długa rehabilitacja. Przez dwa miesiące po dwa razy dziennie przez dwie godziny Paweł ćwiczył na siłowni. Pięć miesięcy po nabawieniu się kontuzji wziął udział
w Turnieju Państw Bałtyckich i pokonał Siergiejewa, który pozbawił go brązowego medalu na olimpiadzie w Barcelonie, ale na MŚ w Hamilton ponownie z nim przegrał i Polski Związek Judo odebrał mu stypendium.

– Próbowałem go przekonać, że jest dobry i kariera sportowa jeszcze jest przed nim. A on na to: „Moi koledzy mają już samochody i rulony pieniędzy, a ja co?” – wspomina tamte czasy trener Borowiak.
– Robiłem różne, dziwne rzeczy, żeby móc przeżyć, pójść z dziewczyną – dziś moją żoną – na kawę – mówi Paweł.
– Jakie to były rzeczy?
– Różne.
– Nie powiesz?
– Nie byłem żadnym łobuzem czy bandytą, ale zarabiałem pieniądze... nie do końca legalnie. Handlowało się różnymi rzeczami, papierosami.
– To są historie znane – sportowcy przywozili do Polski na handel sprzęt sportowy z Zachodu albo wywozili coś z Polski, żeby sprzedać tam.
– To wiadomo. Woziło się kryształy, papierosy, kawior... Jak skończyłem 18 lat, to już od mamy nie brałem żadnych pieniędzy. Wszystko, co chciałem mieć – czy to buty, czy lewisy z peweksu – sam musiałem na to zarobić. Pracowałem na budowie, różne rzeczy robiłem... Ale ja teraz mówię o czasie, kiedy miałem problemy z kolanem, nie jeździłem na zawody, siedziałem w Polsce, nie miałem pieniędzy, a musiałem jakoś zarabiać. Handlowało się papierosami i czymś tam. No, robiło się małą kontrabandę. Mówię to dlatego, że to jest przykre. Czułem się z tym fatalnie. Skreślają młodego zawodnika nagle, mówiąc: „Teraz radź sobie sam”. Lekarz mi powiedział: „Chłopcze, ty sobie daruj sport, bo ty już niczego nie osiągniesz”.
– Dopuszczałeś do siebie myśl, że to koniec z dżudo?
– W 1994 roku mistrzostwa Europy odbywały się w Gdańsku. Postanowiłem, że jeśli tam dobrze wypadnę, to dalej będę trenował, a jeśli nie, to daruję sobie dżudo i skończę karierę.
– I co byś robił?
– Nie wiem, co bym robił, może zszedłbym na złą drogę... Wiedziałem, że sport to jedyna droga, gdzie mogę coś w życiu osiągnąć. I postawiłem wszystko na jedną kartę.
– I w Gdańsku wygrałeś. Tyle że wyglądasz, jakbyś to nadal przeżywał.
– Nie, teraz już nie. Wtedy w Gdańsku byłem bliski utraty przytomności. Półfinał był koszmarnie wyczerpujący. Zszedłem z maty ledwo żywy – pamiętam, że pytałem kolegów, czy ja to wygrałem, czy nie, bo mało co do mnie docierało.
– To jest ten charakter wojownika?
– Walczy się do końca. Ból jest tymczasowy. A później jest duma. Mówię ci, że to przeznaczenie. Tak musiało być. Musiałem najpierw przegrać i doświadczyć wielu trudów, żeby później mieć wspaniałe trzy i pół roku.

Ponad 1200 dni bez porażki (do 13 marca 1998 roku) stawia Nastulę w tym samym rzędzie z jednym z najsłynniejszych zawodników w historii światowego dżudo, Japończykiem Yoshihiro Yamashitą, który wygrał 194 walki z rzędu. – Jak były zawody w Polsce, to zawsze przychodziłam, ale nigdy nie udało mi się zobaczyć zwycięskiego rzutu. Dopiero co się rozsiadłam na widowni, gdzieś się obejrzałam albo schyliłam i już było po wszystkim – Paweł większość walk wygrywał przed czasem przecież – mówi z dumą Joanna Nastula.

W 1996 roku Paweł zwycięża na igrzyskach olimpijskich w Atlancie. To był szczyt jego formy – nikt nie był w stanie mu zagrozić. Jedynie walka półfinałowa zakończyła się w regulaminowym czasie. – Wyciągnąłem szampany, które przemyciłem na halę w pojemniku z lodem. Strzał korka, konsternacja, zjawił się szef ochrony. Za chwilę pił z nami z gwinta – wspomina trener Borowiak. – Pamiętam, jak go witali na lotnisku... Po Atlancie nasze życie się zmieniło – mówi żona Nastuli. – Paweł był rozpoznawany. To miłe, że ludzie podchodzili, gratulowali, brali autografy. Zawsze było to miłe, choć zakupy w supermarkecie nie trwały już półtorej godziny, ale trzy. W końcu Paweł przestał ze mną jeździć.

Ślub wzięli dopiero po Atlancie. – Pamiętam, że po miesiącu spotykania się ze mną Paweł zaprosił mnie do siebie do domu. Przedstawił mnie swojej mamie, mówiąc: „To będzie moja żona”. Trochę mnie tym wtedy zaskoczył.
W 1996 roku Europejska Unia Dżudo uhonorowała Nastulę tytułem najlepszego zawodnika Starego Kontynentu. Rok po Atlancie Paweł sięgnął po tytuł mistrza świata, a w 1999 roku zdobył jeszcze srebrny medal na mistrzostwach Europy w Bratysławie. W 2004 roku kończy karierę dżudoki.

NOKAUT
Paweł Nastula swoją pierwszą walkę w PRIDE FC z Antônio Rodrigo „Minotauro” Nogueirą przegrywa w ósmej minucie pierwszej rundy. Jadnakże Japończycy bardziej od zwycięstwa cenią sobie waleczność. Wielbią tych, którzy walczą z wszystkich sił i do ostatniej sekundy starają się wygrać. Na rękach noszą tych, którzy nigdy nie poddali walki przed czasem. Do tego niezwykle wysoko cenią sobie skromność. To właśnie dlatego pokochali Pawła Nastulę od pierwszej jego walki MMA. – Paweł ma wiele japońskich cnót: uczciwość, lojalność, obowiązkowość, odpowiedzialność, pracowitość, sumienność, skromność. Podczas wstępnych rozmów Japończycy z PRIDE pytali zawodników, ile znają technik walki w parterze. Ktoś powiedział, że 300, inny – że ponad 150, a Paweł odpowiedział, że zna dziewięć. To zrobiło na nich piorunujące wrażenie. Zna dziewięć, ale zna je perfekcyjnie – pomyśleli. Oni potrafią takie rzeczy docenić – opowiada Michał Szymański, który mieszkał wiele lat w Japonii i ściągnął tam Pawła, by ten po zakończeniu kariery dżudoki walczył w PRIDE.

Na takich jak Paweł Japończycy mówią „ikizama” – ten, który wiedzie dumny styl życia, ten, który ma w sobie ducha walki. – Sam się zastanawiam, o co tu chodzi – w wieku 35 lat, gdy mogłem już przejść na sportową emeryturę, wziąłem się za nową dyscyplinę, podjąłem nowe wyzwanie i mając 42 lata, nadal je podejmuję, przyjeżdżam codziennie na trening i przewracam się z młodymi. Czuję w sobie wojownika, który nie chce jeszcze zejść ze sceny. Tak widocznie musi być – mówi mi Nastula.

Kiedy przyglądam mu się podczas treningu, przychodzi mi na myśl „Zapaśnik” – film Darrena Aronofsky’ego z genialną kreacją Mickey’ego Rourke’a. Paweł rzuca się w oczy na tle dwudziestoparolatków, z którymi trenuje dwa razy dziennie kilka dni w tygodniu. Po pięciu minutach walki w „stójce” schodzi powoli z maty, siada na jej krawędzi, jest mokry, zgarbiony, oddycha ciężko, pije, ale gdy syrena da sygnał, że minuta przerwy minęła, wstaje i pewnym krokiem wraca na ring, i wtapia się w tłum walczących młodzików, jakby w ciągu tej krótkiej minuty wstąpiły w niego nowe, świeże siły. Jedynie jego żona wie, że kosztuje go to coraz więcej.

Walki MMA często nazywane są ludzkimi walkami kogutów. Pierwszym udokumentowanym sportem przypominającym dzisiejsze MMA był pankration, w którym stosowano różne techniki z klasycznych greckich zapasów (pale) i pięściarstwa (pygme). Pankration znajdował się w programie antycznych igrzysk olimpijskich. Współczesnych źródeł mieszanych sztuk walki należy szukać w organizowanych od lat 20. XX wieku brazylijskich turniejach vale tudo i sięgających lat 70. ubiegłego stulecia japońskich zawodach zwanych kakutougi. Upraszczając, w MMA dopuszcza się wszystkie techniki dozwolone w innych sportach walki bez broni. Cios leżącemu można zadać tylko pięścią lub kolanem, nie można kopać stopą lub uderzać łokciem. W takim przypadku sytuację atakowanego najlepiej opisuje powiedzenie „lay and pray” (leż i módl się).

– Dla mnie Nastula to zawodnik MMA, nie myślę o nim jak o dżudoce – mówi Martin Lewandowski, właściciel Federacji KSW, która nie tak dawno podpisała z Nastulą kontrakt na dwie walki. Lewandowski liczy na to, że nie będą to ostatnie dwie walki w karierze Nastuli. Najbliższa odbędzie się 16 marca na warszawskim Torwarze podczas 22. gali KSW. – Chciałbym, żeby to była widowiskowa walka. Życzyłbym sobie, żeby to nie była walka o wygraną za wszelką cenę, ale żeby i widzowie mieli dużą przyjemność z oglądania tej konfrontacji – kontynuuje Lewandowski.

Maciej Kawulski, współzałożyciel KSW, dodaje: – Walka Nastuli to najlepszy dowód na to, że nawet najbardziej pierwotne sztuki walki szukają konfrontacji na scenie MMA. Ring KSW to miejsce, gdzie widzowie głodni emocji znajdą, czego szukają.

– Skłamałbym, gdybym powiedział, że pieniądze nie odgrywają tutaj dużej roli – tłumaczy Nastula. – Odgrywają. Ale gdybym miał to robić tylko dla pieniędzy, to pewnie zgodziłbym się na jedną walkę i koniec. Musisz to czuć, musi ci się to podobać, wtedy to ma sens.
– Nie mówią ci: „Odpuść już sobie”? – dopytuję.
– Mówią wszyscy dookoła, szczególnie moja rodzina. Ale ja walczę od dziesiątego roku życia. Może to moje przeznaczenie, żeby walczyć do końca swoich sił.

Zdjęcia Pawła Nastuli dla Malemen zrobił Paweł Fabjański
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
INN:Poland 0 0Nigdy nie ma tyle czasu, ile trzeba? Oto, co trzeba zrobić, żeby wyrabiać się z zadaniami w pracy
0 0Monstrum – to jest największy Starbucks na świecie, do tego w jednym z najbardziej polskich miast
WYWIAD 0 0Wyślij kartkę do 5-letniej Natalki! Mama przekłada święta i prosi internet o pomoc
0 0Mamy najgorszych szefów w Europie. To, co fundują rodzicom, woła o pomstę do nieba

O TYM SIĘ MÓWI

0 0Zapytaliśmy w TVP o "pierwszego Polaka bez wizy w USA". Odpowiedź rozwiewa złudzenia
0 0Coś tu się nie zgadza. Jak to możliwe, że Polak bez wizy poleciał 11 listopada?
0 0Te nieszczęsne mapy są w każdym odcinku. "Iwan Groźny z Treblinki" to i tak świetny serial
DADHERO.PL 0 0Co się dzieje, gdy wrzucasz do sieci zdjęcia swoich dzieci? Zanim to zrobisz, przeczytaj ten tekst
Actina Pact 0 0Dzisiaj tworzą zaplecze polskiego e-sportu. Wcześniej Actina celowała w nieco inny target
POLECAMY 0 0"Watchmen" to telewizyjne wydarzenie na miarę "Czarnobyla". Ale serial HBO wkurzył Amerykę
O TYM SIĘ MÓWI 0 0"Czekamy na zarzuty". Księgowy, emerytka, gospodyni – to oni tworzą Lotne Brygady Opozycji
0 0Dwóch podejrzanych o terroryzm w rękach ABW. Wzorem dla nich był Breivik
0 0Wiemy, ile Polacy zamierzają wydać na tegoroczne Święta. To mało czy dużo?
0 07-latek zostawił na zajezdni ważny list. Zainteresował się tym wiceprezydent Poznania
0 0"Skończyła się władza totalna". Senacka większość anty-PiS potwierdzona
0 0Koszmarny sen PiS w Senacie trwa. Wicemarszałkiem wybrano Michała Kamińskiego
POLECAMY 0 0Polacy sprzątają Himalaje. Andrzej Bargiel wziął worki i poszedł na lodowiec. "Ilość śmieci szokuje"
0 0Jak zaplanować urlop w święta? W prosty sposób można dostać kilkanaście dni wolnego