Jego ojciec pochodzi z Mławy, on miał być trenerem naszej reprezentacji. Polska historia byłego menadżera Chelsea Londyn

Avram Grant [z prawej] w Oświęcimiu tuż po awansie z Chelsea Londyn do finału Ligi Mistrzów
Avram Grant [z prawej] w Oświęcimiu tuż po awansie z Chelsea Londyn do finału Ligi Mistrzów FOT. MATEUSZ SKWARCZEK / AG
Co roku Avram Grant, były trener Chelsea Londyn, który jako pierwszy wprowadził The Blues do finału Ligi Mistrzów, odwiedza Oświęcim, gdzie bierze udział w „Marszu Żywych”. Grant ma znacznie więcej związków z Polską – jego ojciec urodził i wychował się w Mławie, gdzie przed wojną mieszkała rodzina słynnego trenera, a sam Avram był o krok od pracy w reprezentacji Polski.



Wśród tysiąca tradycyjnych, błękitnych kurtek z białą gwiazdą Dawida na plecach, charakterystycznego ubioru uczestników „Marszu Żywych”, wyróżniała się jedna osoba – mężczyzna średniego wzrostu, w czarnej koszuli i granitowej, eleganckiej marynarce. Otaczał go tłum kilkudziesięciu osób, z których część ustawiły się w kolejce do zdjęcia z siwiejącym już panem. Ten nie odmawiał nikomu i cierpliwie uśmiechał się do kolejnych obiektywów aparatów i telefonów. – Ten pan to Avram Grant – wytłumaczyła mi, widząc moje zaskoczenie, stojąca obok dziewczyna, która po minucie stanęła jak wryta, gdy Grant, były trener Chelsea Londyn, jednego z największych klubów na świecie, poszedł do mnie i zaproponował, abyśmy ruszyli dalej.


Był to rok 2010, kilka dni po katastrofie samolotu w Smoleńsku. Do Oświęcimia w kwietniu co roku zjeżdżają tysiące Żydów z całego świata – z Ameryki, Brazylii, Meksyku i wszystkich zakątków Europy. Przyjeżdżają starzy i młodzi – ci, którzy sami byli więzieniami niemieckiego obozu koncentracyjnego, a także uczniowie szkół średnich, którzy o dramacie wiedzą tylko z lekcji historii i domowych opowiadań. W „Marszu Żywych”, czyli przemarszu drogą śmierci, spod bramy w Oświęcimiu do obozu Birkenau, co roku udział bierze także słynny trener Avram Grant, były menadżer m.in. Chelsea Londyn, West Hamu i Portsmouth.


Ex trener The Blues już trzykrotnie przemawiał do zgromadzonych w Oświęcimiu i to nie w byle jakim towarzystwie, bo m.in. z Shahar Peer, najlepszą żydowską tenisistką, czy ze słynnym dysydentem radzieckim Anatolem Szczarańskim. W 2010 roku, tuż po katastrofie prezydenckiego Tu-154, razem z Grantem Oświęcim odwiedziły także jego dzieci – Romi i Daniel. W maju 2012 roku brytyjska telewizja BBC One nakręciła w kompleksie Auschwitz-Birkenau program dokumentalny „Podróż Avrama” o historii rodziny słynnego trenera.



Bo Granta z Polską łączy coś więcej niż tylko regularne wizyty w Oświęcimiu i Warszawie. To tu mieszkała jego rodzina przed wojną, tu wychował się jego ojciec, który do końca życia świetnie mówił po polsku. W Warszawie pochowana jest ciocia Granta, w Mławie znajdują się domy, w których wychowywali się jego przodkowie.

Dom ojca i kamienica dziadka

Grant to historii swojej rodziny przywiązuje niezwykłą wagę. Już trzykrotnie odwiedził Mławę, gdzie odnalazł dom przy ul. Smolarnia, gdzie urodził się jego ojciec Majer, a także kamienicę przy ul. Krzynowłodzkiej, gdzie wychował się jego dziadek Abraham. Kiedy dowiedzieli się o tym mieszkańcy o mało nie doszło do… linczu. Myśleli oni, że ktoś chce odebrać ich ziemię, która przed wojną należała do Żydów. Grant na pamiątkę zabrał jedynie woreczek z czarną ziemią, a kiedy odwiedził dom następnym razem lokatorzy przyjęli go jak swojego. To właśnie wtedy dzięki pomocy burmistrza Sławomira Kowalewskiego udało się odkopać w miejskich archiwach akty urodzenia ojca i dziadka, a także sióstr Majera – Estery, Beli i Sury.

Zobacz to: Ben Helfgott, polski Żyd ocalały z Holocaustu, który wystąpił na igrzyskach: "W Polsce pokochałem sport i książki"

Były trener Chelsea regularnie bywa także w Warszawie, gdzie na cmentarzu żydowskim pochowana jest wspomniana Estera, siostra jego ojca. Był także w Bieżuniu, gdzie przed wojną mieścił się sklep mięsny, w którym pracował jego ojciec i dziadek, a także w Legionowie. – Ostatni raz tata języka polskiego użył w Lublinie, po wojnie, a kiedy w 2007 odwiedzili go w Tel-Awiwie dwaj polscy dziennikarze, dogadywał się z nim bez problemu – mówi Grant. Reporterami byli ówcześni pracownicy "Dziennika" Artur Szczepanik i Piotr Żelazny. – Byliśmy zaskoczeni szczegółami, jakie pamiętał Majer. Miał fantastyczną pamięć – wspominają.

Z polskich znajomości Granta często chcą korzystać wielcy piłkarskiego świata, tak jak Roy Hodgson, trener reprezentacji Anglii, któremu podróż do Polski przed Euro 2012 planował Grant. Podobnie zresztą jak Harry’emu Redkappowi, który w ostatniej chwili odwołał lot do Polski na mecz naszej reprezentacji z Portugalią.

Niewiele brakowało, aby Grant w tym meczu… poprowadził naszą drużynę narodową. W 2011 roku Michael Sagev, współpracownik potężnego menadżera Phiniego Zahaviego (agent m.in. Carlosa Teveza, Javiera Mascherano i Joao Moutinho), rozmawiał na temat współpracy Granta z Franciszkiem Smudą z ówczesnym prezesem PZPN Grzegorzem Lato. Ten miał być już na „tak”, ale weto postawił sam Smuda i sprawa poszła w niepamięć. Mimo to kilka miesięcy później trener Chelsea zaczął starania o polski paszport.


Przyjaciel Abramowicza i Drogby

Na początku XX. wieku Grant był w Izraelu piłkarskim VIP-em numer 1. Zdobył po dwa mistrzostwa kraju z Maccabi Tel-Aviv i Maccabi Hajfa, przez kilka lat prowadził reprezentację narodową. Do Anglii ściągnął go biznesmen żydowskiego pochodzenia Sasza Gajdamak, który finansował Portsmouth [polskim kibicom Gajdamak może być znany jako właściciel Beitaru Jerozolima, z którym w 2008 roku Wisła Kraków grała w eliminacjach do Ligi Mistrzów – red.]. W klubie z hrabstwa Hampshire dostrzegł Granta rosyjski miliarder Roman Abramowicz, właściciel Chelsea Londyn, który najpierw uczynił Żyda dyrektorem sportowym klubu, a 20 września 2007 roku menadżerem i następcą samego Jose Mourinho.

Na Wyspach Brytyjskich uchodził za ulubieńca Abramowicza. W trakcie Euro 2012 przesiadywał w loży prezydenckiej na Stadionie Narodowym, którą wykupił oligarcha. Brytyjskie dzienniki donosiły nawet, że Grant poprowadził Chelsea tylko dlatego, że świetnie mówi po rosyjsku. Sam trener jednak zaprzecza. – Znam może kilka słów. Ale nie przejmuję się tym. Roman zawsze powtarzał, żeby nie brać do siebie tych doniesień. To jest jego dewiza: nie martwić się mediami – mówi. – Sam na przykład w ogóle nie udziela żadnych wywiadów – dodaje, a kiedy pół żartem, pół serio proponuję mu, żeby wcielił się w rolę reportera i w moim imieniu porozmawiał z tajemniczym właścicielem Chelsea, bez chwili wahania przekonuje, że Abramowicz odmówi.

Czytaj także: Czołowi piłkarze nie chcą mistrzostw Europy w Izraelu. Ze strachu i powodów światopoglądowych

Mimo iż ostatni raz pracował w angielskim klubie w 2011 roku, wciąż jest szalenie popularny. Przyjaźni się m.in. z Arsenem Wengerem, trenerem Arsenalu Londyn i Didierem Drogbą. Podczas ostatniej wizyty w Warszawie przez ponad godzinę dyskutował z selekcjonerem Anglików Royem Hodgsonem. Od lat regularnie lata do Stanów Zjednoczonych na finały play-off NBA, gdzie zapraszał go sam Phila Jackson, trener, który za Oceanem ma status niemal Boga. – Kobe Bryant, którego bardzo lubię, jest futbolowym wariatem! On wie wszystko! Trzy lata temu spotkaliśmy się po finale i byłem szoku. Bardzo pozytywny gość – wspominał Grant podczas jednego z naszych spotkań.

– To fenomenalny człowiek. Rozmawiałem z największymi sławami futbolu i mogę powiedzieć, że Grant ma w sobie coś wyjątkowego – mówi Dan Walker, gwiazda stacji BBC One i gospodarz legendarnego na Wyspach programu „Football Focus”. To paradoks, bo na pierwszy rzut oka Grant może sprawiać wrażenie oschłego introwertyka.


Co ciekawe, nawet jeżeli brytyjskie bulwarówki zapomną o trenerze, to jego nazwisko i tak wciąż będzie w mediach. A to za sprawą nietuzinkowej żony Tzofit, która w Izraelu ma status podobny do Kuby Wojewódzkiego [a o której media w Wielkiej Brytanii wciąż się rozpisują]. Jako jedyna prezenterka w tym niewielkim państwie ma aż trzy programy telewizyjne. Kiedyś jeden z nich oglądało 30 mln. ludzi! Zaproszeń Tzofit nie odrzuca żadna izraelska gwiazda. – A ona w trakcie nagrania potrafi okrzyczeć gościa, że odpowiada nudnawo, albo nieciekawie i kazać mu powiedzieć coś jeszcze raz – śmieje się Grant. Sam był w programie małżonki tylko raz. Wystarczy. Może to i dobrze, bo byłby pewnie zakłopotany, gdyby żona znów postanowiła wypić na antenie… swój mocz.

Przyjedzie ponownie?

Do tej pory Grant tylko raz opuścił „Marsz Żywych”. W ubiegłym roku, kiedy pracował w serbskim Partizanie Belgrad, nie udało mu się przyjechać do Polski, bo w dniu marszu… nie było lotów do Warszawy. W 2008 roku Grant potrafił jednak wsiąść w samolot z Londynu kilka godzin po awansie Chelsea Londyn do finału Ligi Mistrzów! Podobnie było w 2010 roku, gdy jako menadżer Portsmouth, Grant odwiedził Polskę dzień po awansie jego drużyny do finału Pucharu Anglii. Prawdopodobnie pojawi się także w tym roku – „Marsz Żywych” odbędzie się 8 kwietnia.

Blog szefa działu Sport naTemat.pl Sebastiana Staszewskiego
Twitter szefa działu Sport naTemat.pl Sebastiana Staszewskiego