Ponad miesiąc w namiotach pod Kancelarią Premiera? Solidarność przyśle kilkaset osób

Czy związkowcom uda się "zamieszkać" na ponad miesiąc pod Kancelarią Premiera?
Czy związkowcom uda się "zamieszkać" na ponad miesiąc pod Kancelarią Premiera? Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
"Solidarność" nie ustaje w swojej walce przeciwko emeryturom. Związki znane ostatnio przede wszystkim z protestów, zapowiadają serię... protestów. Ich kulminacją ma być 35-dniowa demonstracja pod Kancelarią Premiera. Miasteczko w Alejach Ujazdowskich pojawiało się już nie raz, ale nigdy na tak długo. "Solidarność" próbuje pobić rekord "Białego Miasteczka", które w 2007 roku zbudowały pielęgniarki. Wtedy z okien swojej siedziby namioty oglądał Jarosław Kaczyński. Teraz wszystko wskazuje, że podobne widoki będzie miał Donald Tusk


"Solidarność" konsekwentnie oponuje przeciwko rządowemu - a raczej Platformianemu - projektowi wydłużenia wieku emerytalnego. Związek najpierw zebrał 1,5 miliona podpisów pod projektem referendum w tej sprawie, a teraz poinformował o planowanej serii protestów.


Protest wersja 2.0

Nauczeni doświadczeniami z poprzednich miasteczek, związkowcy zdecydowali się na jego bardziej mobilną wersję. Pikietujący będą kursować między kancelarią a sejmem, gdzie pod koniec marca posłowie będą decydować o referendum.

22 marca w centrum "Dialog" odbędzie się posiedzenie Komisji Trójstronnej z premierem i na wtedy "S" przewidziało pierwszy protest. Dzień później kolejna ofensywa - manifestacje na ulicach większych miast i początek medialnej kampanii, opłaconej z kasy "Solidarności".

To według Związku jednak wciąż za mało, by przekonać szefa rządu do swoich racji. Bombą, momentem kulminacyjnym, czy jak kto woli wisienką na torcie ma być 26 marca. Wtedy to pod Kancelarią Premiera na warszawskich Alejach Ujazdowskich ma powstać prowizoryczne miasteczko. - Przyślemy kilkaset osób, które będą pikietować w formie biwaku. Będzie jeszcze dosyć zimno, ale jakoś sobie z tym poradzimy - mówi w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" Roman Kuzimski, z zarządu gdańskiej "S".


Nauczeni doświadczeniami z poprzednich miasteczek, związkowcy zdecydowali się na jego bardziej mobilną wersję. Pikietujący będą kursować między kancelarią a sejmem, gdzie pod koniec marca posłowie będą decydować o referendum.

Białe miasteczko polskich pielęgniarek
Do tej pory największy biwak w tym - dość strategicznym dla protestów - miejscu zbudowały w 2007 roku pielęgniarki. Białe miasteczko powstało 19 czerwca 2007 roku i zaczęło się niewinnie. Cztery pielęgniarki niezadowolone z odmowy spotkania w sprawie ewentualnych podwyżek spontanicznie rozpoczęły protest. W momencie kulminacyjnym pod siedzibą ówczesnego premiera - Jarosława Kaczyńskiego - "biwakowało" nawet trzy tysiące osób w ponad stu namiotach.
Niemałe kontrowersje wywołała akcja policji, przeprowadzona dzień po rozpoczęciu protestu. W opinii jednych "brutalna", w oczach drugich "profesjonalna". Część kobiet była zdesperowana do tego stopnia, że zdecydowała się na strajk głodowy. Pielęgniarki zyskały sobie sympatię mieszkańców Warszawy i polityków niektórych partii - tych często można było zobaczyć między namiotami. Miasteczko zlikwidowano 15 lipca, prawie miesiąc po jego budowie.

Namioty rozbijał też Ruch Palikota
Ten sposób protestu spodobał się znanemu z "interesujących" happening'ów, Ruchowi Palikota. Miesiąc przed zeszłorocznymi wyborami parlamentarnymi członkowie ruchu "biwakowali" w tym samym miejscu. Rozbijając zielone i pomarańczowe namioty chcieli zmusić premiera do przedwyborczej debaty ze wszystkimi partiami - nawet tymi, których w sejmie nie było. Donald Tusk za bardzo się tym nie przejął, ale Janusz Palikot swój cel osiągnął - wszedł do sejmu.

Pomarańczowa rewolucja również w namiotach
W namiotach protestowali jednak nie tylko Polacy. Podczas "pomarańczowej rewolucji" na Ukrainie, demonstranci, domagając się uczciwych wyborów, "biwakowali" w samym centrum Kijowa. Dwa tysiące naszych wschodnich sąsiadów demonstrowało poparcie dla lidera opozycji. Część z nich zdecydowała się rozbić namioty. Nie był to jednak - jak w przypadku deklaracji "Solidarności" - moment kulminacyjny, a jedynie mała cześć całej rewolucji.

Wracając jednak na polskie podwórko. "Solidarność" zdradziła, że nie wyklucza też protestów w trakcie Euro 2012. Powód ten sam - emerytury. - Nie potwierdzam, nie zaprzeczam, mamy jeszcze trochę czasu - mówi "Wyborczej" Piotr Duda, szef związku. Dziwi to zwłaszcza, że demonstracje, na których popularna "S" chce coś załatwić, nawet się nie rozpoczęły.