
Na posiedzeniu klubu PO w środę miało dojść do kolejnej odsłony wojny o związki partnerskie – członkowie zespołu, powołanego do wypracowania kompromisu między liberałami a konserwatystami pokłócili się ze sobą i nie będą kontynuować prac. Ale Donald Tusk jest zdeterminowany, by zmiany wprowadzić, nawet wbrew części partii i Bronisławowi Komorowskiemu.
Donald Tusk miał zapowiedzieć na środowym spotkaniu z klubem parlamentarnym PO, że kwestia związków partnerskich będzie uregulowana pomimo sprzeciwu części partii. To reakcja na fiasko zespołu, który powołano po pamiętnym głosowaniu, w którym odrzucono projekt ustawy regulującej tę kwestię. W jego skład weszli zarówno partyjni konserwatyści, jak i liberałowie. Wydaje się jednak, że podziały są tak głębokie, że nie uda się wypracować porozumienia między nimi.
Jednak przeciwko temu mogą być nie tylko stronnicy Jarosława Gowina, którzy po jego dymisji mogą zacząć pogrywać ostrzej, ale i Bronisław Komorowski. Prezydent wielokrotnie już sygnalizował, że PO powinna być ostrożna we wprowadzaniu zmian, jeśli oczekuje, że prezydent podpisze ustawę. Komorowski sprzeciwia się między innymi ustawowym usankcjonowaniu związków partnerskich – zamiast nich w projekcie ustawy miałyby się znaleźć "umowy partnerskie" zawierane u notariusza.
Sprawa związków partnerskich to jeden z najgorętszych tematów politycznych w ostatnich miesiącach.
Czytaj też: John Godson sprzeciwił się związkom partnerskim, teraz czyta rasistowskie komentarze. "Zasmucił mnie poziom języka"
Źródło: "Rzeczpospolita"
