Prezydent przedstawił w środę projekt ustawy, która ma rozprawić się z zalewem reklamowego chaosu na polskich ulicach.
Prezydent przedstawił w środę projekt ustawy, która ma rozprawić się z zalewem reklamowego chaosu na polskich ulicach. Fot. naTemat

– Usuwanie nielegalnych reklam trwa latami, a na koniec właściciel może przestawić nośnik reklamowy o kilka metrów i całe postępowanie zaczyna się od początku – mówi nam szefowa stowarzyszenia "Miasto Moje A W Nim", walczącego z chaosem wizualnym w przestrzeni publicznej.

REKLAMA
Nie trzeba daleko szukać, żeby znaleźć wszędobylskie ślady reklamowego chaosu, który szpeci ulice polskich miast. Kilka z nich uwieczniliśmy na zdjęciach zrobionych w okolicach redakcji naTemat. Tymczasem w środę pojawiła się iskierka nadziei, że reklamowy chaos zostanie w końcu poskromiony: Kancelaria Prezydenta przedstawiła projekt ustawy regulującej rynek reklamy zewnętrznej.
Przepisy mają zdefiniować dokładnie, czym jest reklama, czym krajobraz, i wedle jakich zasad reklamy mogą funkcjonować w przestrzeni publicznej. Samorządy zostaną też wyposażone w klarowne reguły ustalania opłat reklamowych, będą również przeprowadzać tzw. audyt krajobrazu. Władze gmin będą mogły również za pomocą uchwał zakazywać instalowania tablic, napisów i ogłoszeń reklamowych.
Na temat prezydenckiego projektu rozmawiamy z Aleksandrą Stępień ze stowarzyszenia “Miasto Moje A W Nim”, które “walczy z chaosem wizualnym w przestrzeni publicznej potęgowanym przez wszechobecne komunikaty reklamowe – od nielegalnych ulotek rozklejanych na słupach czy przystankach, po wielkoformatowe siatki, zasłaniające całe budynki”.
Dlaczego zmiany w przepisach, które zaprezentowała Kancelaria Prezydenta, są w ogóle potrzebne?
Dziś w Polsce panuje reklamowy chaos, nad którym bardzo trudno zapanować. Lokalne władze nie mają skutecznych narzędzi kontrolowania poczynań reklamodawców.
Dlaczego?
Przede wszystkim dlatego, że obecnie podstawowym sposobem walki z wszechobecnością reklam outdoorowych są miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego. Zapisy dotyczące reklam mogą, ale nie muszą pojawić się w takich dokumentach. Ponieważ uchwalenie planów miejscowych jest procesem czasochłonnym i kosztownym, obowiązują one na obszarze, jeśli dobrze pamiętam, nie większym niż 30 proc. powierzchni kraju, gdyż zazwyczaj przygotowuje się je dla tzw. terenów rozwojowych. W pozostałej części Polski panuje “wolna amerykanka”.
Ale chyba nie taka zupełna? Przecież jakieś przepisy jednak obowiązują.
To prawda. W sukurs przychodzą np. regulacje dotyczące sytuowania reklam w pasie drogowym lub poza nim, ale nawet jeśli ktoś je złamie, trudno jest wyegzekwować usunięcie danej reklamy. Postępowania administracyjne ciągną się bardzo długo i można je nieustannie przedłużać składając odwołania, zażalenia, odwołania od odwołań, itd. Procedura trwa latami, a na koniec właściciel nośnika może przestawić reklamą o kilka metrów i całe postępowanie zaczyna się od początku.
Czy jakimś rozwiązaniem problemu nie było stworzenie stanowisk naczelnych plastyków czy architektów?
To krok w dobrą stronę. Chodzi o to, by w obrębie gminy lub powiatu jeden wykwalifikowany odpowiednio urzędnik mógł kontrolować ład przestrzenny i dzierżył w ręku odpowiednie narzędzia, pozwalające na egzekwowanie wytyczonych przez niego zasad. Niestety, na chwilę obecną, w wielu miejscowościach odpowiedzialność za przestrzeń się rozmywa.
Bywa tak, że tam, gdzie nie ma plastyka miejskiego, skutecznie działa konserwator, ale jego poczynania mogą być z definicji jedynie cząstkowe, dotyczyć określonego obszaru miasta. Patrząc na to z szerszej perspektywy i nie umniejszając w niczym często fantastycznym rezultatom urzędniczej aktywności, trzeba zadać jedno pytanie: Co z tego, że ktoś oczyści z reklam np. rynek w Krośnie, bo akurat ma nadzór nad tym terenem, skoro kilkaset metrów dalej plakaty i tablice straszą jak dawniej.
Jak jako stowarzyszenie oceniacie propozycje Kancelarii Prezydenta?
Jesteśmy zbudowani faktem, że w końcu doczekaliśmy się takiej ustawy, zresztą braliśmy udział w spotkaniu poprzedzającym jej oficjalne zaprezentowanie podczas prezydenckiego Forum Debaty Publicznej i opiniowaliśmy kierunek prac Kancelarii pozytywnie. Oceniając same założenia ustawy, gdyby udało się wprowadzić je w życie, spełnione zostałyby w zasadzie wszystkie postulaty stowarzyszenia “Miasto Moje A W Nim”. Analizując głębiej przedstawiony nam dokument, zobaczymy, czy nie rozmijamy się w szczegółach.
Wedle nowego prawa ma zostać wprowadzona tzw. opłata reklamowa. Czym ona jest?
Opłata reklamowa byłaby swoistą nagrodą dla tych gmin, które uporządkują rynek reklamy zewnętrznej na swoim terenie. Po przeprowadzeniu audytu krajobrazu i ustaleniu zasad dozwolonych form ingerowania w ten krajobraz, gmina miałaby prawo pobierać opłaty za możliwość umieszczenia reklamy od właściciela, użytkownika wieczystego lub posiadacza nieruchomości czy obiektu budowlanego, na których znajduje się tablica lub urządzenie reklamowe, chyba że reklama nie jest widoczna z przestrzeni dostępnych publicznie lub stanowi szyld reklamowy.
To rozwiązanie chyba nie ucieszy reklamodawców?
To zależy. Już podczas obrad warszawskiego Okrągłego Stołu Reklamowego w 2009 roku przedstawiciele Izby Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej podkreślali, że im też zależy na uregulowaniu rynku. W tej chwili wciąż rosnąca liczba reklam prowadzi do ”wyścigu zbrojeń”, który jest niekorzystny także dla reklamodawców. Aby osiągnąć efekt, muszą wydawać coraz więcej i wykupować coraz większą powierzchnię.
Wróćmy do projektu ustawy. Co jeszcze może się zmienić wraz z jej wejściem w życie?
Przede wszystkim gminy otrzymają narzędzia pozwalające na elastyczne i bieżące regulowanie tego, jak wygląda przestrzeń publiczna. Zamiast złożonych, wieloaspektowych planów miejscowych urzędnicy dostaną do ręki możliwość wdrażania “ministrategii”, czyli uchwały dotyczącej konkretnego problemu – np. sytuowania tablic, napisów, ogłoszeń reklamowych. Będzie można ustalać ich gabaryty lub standardy jakościowe. Takie narzędzia są bardzo potrzebne.
Dlaczego na ustawę musieliśmy czekać tak długo?
Przez wiele lat problem był ignorowany nie tylko przez polityków, ale i obywateli. Wydaje się, że transformacja ustrojowa w latach 90. stępiła w nas wrażliwość na estetyczny wymiar przestrzeni publicznej.
Daliśmy się porwać wizualnemu aspektowi kapitalizmu. Wydawało się nam, że właśnie tak jest na mitycznym “Zachodzie”: bogato, pstrokato i kolorowo. W końcu zdaliśmy sobie jednak sprawę, że to nieprawda, że tam często funkcjonują różne regulacje. Np. w modelu francuskim kwestie reklam na danym terenie powierza się jednej firmie, która dostaje przywilej eksponowania swoich nośników na danym obszarze, ale w zamian finansuje np. sieć rowerów miejskich.
Co się zmieniło, jeśli chodzi o nastawienie Polaków do tego tematu?
Powoli zaczęliśmy odczuwać przesyt billboardowymi zagajnikami i wielkoformatowymi siatkami w reprezentacyjnych punktach naszych miast. Kwestia estetyki przestrzeni publicznej stała się istotnym tematem społecznym. Zauważyli to także politycy. Miejmy nadzieję, że prezydenckie propozycje to początek zmian w dobrym kierunku.