Sherlock Holmes, bohater naszych czasów

Miks z promocyjnych zdjęć miniserialu BBC i filmu Guya Ritchie "Sherlock Holmes: Gra cieni"
Miks z promocyjnych zdjęć miniserialu BBC i filmu Guya Ritchie "Sherlock Holmes: Gra cieni"
Popularność londyńskiego detektywa o skrajnie indywidualistycznym podejściu do świata nieprzerwanie rośnie. Historie Sir Conana Doyle'a wprawdzie nie tracą na popularności, ale znane są od 125 lat. Dzisiejsze nagłe szaleństwo wydaje się nieproporcjonalne. Sherlock Holmes musi mieć w sobie coś, co świetnie współgra właśnie z drugą dekadą XXI wieku.


Guy Ritchie uraczył nas ostatnio drugim odcinkiem swojego holmesowskiego opus magnum, podobno planuje też trzeci. Drugi sezon popularnego miniserialu BBC zatytułowanego po prostu „Sherlock” dopiero co przemknął przez ekrany brytyjskich telewizorów, a pierwszy polscy widzowie BBC Entertainment mogli zobaczyć jesienią.


Sherlock-dandys
Obu wizerunki Sherlocka trochę się od siebie różnią. Ten w wydaniu Roberta Downeya Juniora w „Sherlocku Holmesie” i „Sherlocku Holmesie 2: Grze cieni” Guya Ritchiego to seksowny przystojniak o niebanalnej inteligencji – wysportowany, lekko szurnięty dandys. Nie stroni od używek, słynie z dziwacznych przebrań, całymi dniami może poić sie tylko formaldehydem (sic!) i zachować przy tym niezwykły hart ducha, fizyczną sprawność i ostrość umysłu. Stosunek Sherlocka do świata charakteryzuje subtelna pogarda, ale jest z niego zbyt wyabstrahowany, by wchodzić z nim w prawdziwe związki. Najgłębsze relacje nawiązuje z wrogami.

Odnotowuje także istnienie współlokatora (Johna Watsona), gospodyni (pani Hudson) i niedoszłej kochanki (Irene Adler) – o tyle, o ile ich potrzebuje. Reszta świata mogłaby nie istnieć, chyba że służy ośmieszeniu (inspektor Scotland Yardu Lestrade), pozyskaniu informacji (liczni świadomi i nieświadomi informatorzy, brat Mycroft, wróżka Madam Simza) lub staje mu na drodze. To perfekcyjny przypadek genialnego outsidera-autystyka. Słynna siła dedukcji została uwidoczniona w filmach Ritchiego w postaci scen, w których Holmes wyprzedza myślą sekwencję mających nastąpić zdarzeń, widzi kolejne kroki swoich adwersarzy czy ostateczny wynik potyczki i działa tak, by mu zapobiec lub go odwrócić.

Sherlock-mizantrop

Bohater Benedicta Cumberbatcha z dziejącego się współcześnie serialu BBC jest znacznie trudniejszy do zniesienia. To wyniosły geniusz-mizantrop, który mimo młodego wieku zachowuje się, jakby zjadł wszystkie rozumy. Można by podejrzewać, że tak właśnie było – zdarza mu się bowiem przechowywać w lodówce odciętą głowę (bada sposób, w jaki ślina ulega po po śmierci koagulacji), a do czasu, kiedy poznaje Johna Watsona, jego głównym interlokutorem i przyjacielem jest ludzka czaszka – podobno niegdyś należąca do znajomego. Najbardziej na świecie doskwiera mu nuda. Ma podstawowe braki w wiedzy, bo „musi czyścić swój twardy dysk z niepotrzebnych danych”, co oznacza, że jego umysł zawiera ogrom innych informacji niedostępnych nam, przeciętniakom, a także odznacza się niewiarygodną wprost spostrzegawczością, dzięki której w ciągu sekund potrafi wyciągnąć prawidłowe wnioski lub doprowadzić ofiarę (czyli rozmówcę) do obnażenia własnego kłamstwa.
Jest sprawny fizycznie, ale w oczy rzuca się raczej jego przykuwająca wzrok, ale niekoniecznie przyjemna fizjonomia. Bardziej niż kobiety interesują go bodaj mężczyźni. Piszę „bodaj”, bo sprawa i tak jest drugorzędna – Sherlocka emocjonują wyłącznie kryminalne zagadki i ich rozwikłanie. Otwarcie też pogardza wszystkimi, których umysły uważa za mniej sprawne od swojego. Bez skrupułów wykorzystuje Watsona do najprostszych czynności i nie rejestruje żadnych zmian w świecie zewnętrznym, kiedy jest pogrążony w zadumie. Ma problemy z narkotykami. Jego błyskotliwy umysł twórcy serialu pokazują poprzez przebłyski myśli zwizualizowanych jako napisy pojawiające się na sekundę nad obiektem badawczego spojrzenia. Nowy „Sherlock” ochoczo korzysta z przyjemności transponowania tradycyjnych metod działania w świat nowych technologii.

Własne ścieżki
Obu Sherlocków – tego „steampunkowego” Guya Ritchiego i tego współczesnego BBC – cechuje też absolutna niechęć do organów ścigania. W swojej nieskończonej pysze uważają, że tylko oni są w stanie rozwikłać najbardziej skomplikowane zagadki i dopaść geniusza zbrodni. Tylko oni również są godni dostąpić zaszczytu spotkania z absolutnym złem, dlatego wyprowadzają policję w pole. Dopiero solo mogą stanąć ze zbrodniarzem do prawdziwego pojedynku umysłów. Brawura i geniusz idą w parze, całe szczęście więc, że mają u boku wiernego Watsona, który w kluczowym momencie, gdy detektyw za bardzo daje się porwać grze, pociąga za spust.

Mroczny glina

Na tym indywidualistycznym rysie zasadza się moim zdaniem duża część uroku tych postaci. Wbrew temu, co pisała w „The Telegraph” Sarah Crompton, to nie “seksowna logika” charakteryzująca Sherlocka Holmesa par excellence – lub nie tylko ona – jest dla widza tak pociągająca. Intensywny powrót formuły, w której obdarzona cudowną mocą jednostka stawia czoła sprawcy potwornej zbrodni, ma bowiem miejsce nie tylko na gruncie XIX-wiecznej powieści detekstywistycznej. Ukochane przez Amerykanów i Brytyjczyków seriale ostatnich lat na bohaterów również obrały świetnych policjantów, którzy bardziej niż procedurom wolą zaufać swoim przeczuciom, działają na własną rękę, a czasami mają na koncie rzeczy niezgodne z sumieniem. Prawdziwie męski John Luther (Idris Elba),
bohater serialu BBC nazwanego na jego cześć po prostu „Luther” (wyświetlany przez kanał Ale Kino! w listopadzie ubiegłego roku), ma problemy z alkoholem, dręczy go poczucie winy (pozwolił umrzeć mordercy dzieci), a żona zostawiła. W dodatku wdaje się w dość ryzykowną relację z psychopatyczną morderczynią. Luther zawsze działa na własną rękę, jeszcze zanim reszta jego oddziału dotrze na miejsce, umyślnie myli tropy, żeby wyprzedzić kolegów i dotrzeć do zbrodniarza albo kluczowych danych jako pierwszy. Z czasem sam stanie się ściganym, bo indywidualizm i niezależność nie są dobrze widziane w policyjnym łańcuchu dowodzenia. Największa przyjemność z oglądania „Luthera” wynika z obserwowania w akcji osobowości, na którą składają się niezawodny, „psi” nos, waleczność i dość duża dawka niesubordynowania, czy, jak kto woli, wolności. Za to samo kochamy Holmesa w każdym wydaniu.


Najsympatniejszy morderca Ameryki
Trochę bardziej skomplikowany jest casus przystojniaka Dextera. Wychowany przez gliniarza syn ćpunki i świadek morderstwa własnej matki nie miał prawa wyrosnąć na normalnego chłopca. Wytresowany przez przybranego ojca-policjanta na maszynkę do zabijania „tych złych”, Dexter pracuje jako analityk do spraw krwi („blood spatter analyst” – chyba cały świat wie już, jak ten zawód nazywa się po angielsku) w wydziale zabójstw Miami Metropolitan Police. Po godzinach, mając dostęp do nieprzebranych policyjnych danych, tropi urwane ślady, zadawnione historie morderstw lub poszlaki w bieżących sprawach. Stara się skutecznie wyeliminować zagrażających społeczeństwu psychopatów i socjopatów, nie zapominając ani na chwilę, że sam do nich należy. Dexter musi mordować – przynajmniej tak pokierowano jego traumatycznym dziedzictwem. Kodeks, który wymyślił dla niego adopcyjny ojciec, ogranicza jego zapędy tylko do winnych śmierci innych.
Często więc jego własny interes – potrzeba wyładowania morderczych instynktów – koliduje z pracą policyjną. Zatajanie dowodów, mylenie tropów, umyślne wprowadzanie policji w błąd, mieszanie w śledztwie i wpływanie na jego przebieg, a na koniec – likwidowanie głównego poszukiwanego – to zabiegi, w których Dexter przoduje. Widz kibicuje jednak jego „sprawie”, nie odczuwając z tego powodu najmniejszych wyrzutów sumienia. Wyeliminowanie super-zbrodniarza przez najgroźniejszego człowieka Miami – od sześciu sezonów pozostaje nieuchwytny, morduje w niemal każdym odcinku, a wszyscy, którzy znali jego mroczny sekret, sami nie żyją – przyjmowane jest przez publiczność z ulgą. Kochamy oglądać pozostającego po „naszej stronie” moralności krwawego mściciela tak samo, jak uwielbiamy potyczki londyńskiego detektywa o stalowych nerwach z tajemniczym Moriartym.

Na popularność postaci pogromców bandytów naszych czasów składa się kilka elementów. Sherlock Holmes to brawurowa osobowość, mieniąca się feerią barw i niejednoznaczna – odpychająca i fascynująca zarazem. Jest też jednak – podobnie jak Luther czy cierpiący na dysfunkcję bliskich relacji Dexter – typ samotnika, nieobciążony balastem związków i typowych ludzkich potrzeb. Pozostaje niezwiązany z nikim i niczym. John Watson jako przyjaciel i towarzysz Holmesa to tylko zmyłka – jest alter ego widza, potrzebnym do wyjaśnienia zawiłości, które zrozumieć potrafi tylko sam detektyw. W serialu i filmowej trylogii najbardziej podziwiamy jednak umiejętność Sherlocka, by chadzać własnymi ścieżkami, nie oglądać się na „system”, działać i żyć niejako poza nim. W czasach wychwalających skrajny indywidualizm nie możemy nic poradzić na to, że ulegamy urokowi nomadów. Wszyscy jesteśmy jak serialowy Watson (to świetny wątek, odbiegający od literackiego pierwowzoru) – żołnierz-weteran, który po powrocie z Iraku wbrew pozorom nie cierpi na zespół stresu pourazowego. Jak słusznie diagnozuje Mycroft, Watson cierpi na inną chorobę – potrzebę akcji, działania. Widownia tak samo jak dzielny lekarz musi podłączyć się pod źródło adrenaliny, by zrealizować – choćby fantazmatyczną – potrzebę wolności.