Pół roku przed ukończeniem 30-tki, 15-go marca 1982 roku wróciłem do Polski po rocznym pobycie w USA. Przywiozłem rękopis doktoratu, 5 Krugerrandów (czyli 5 uncji złota, ówczesna cena wynosiła ok. $410 za uncję) oraz 4 kilogramy listów.

REKLAMA
Doktoratu nie miałem gdzie bronić, bo Instytut Badań Jądrowych w Świerku został przekształcony w trzy nowe jednostki, z których żadna nie miała jeszcze rady naukowej. Krugerrandy, które były całymi moimi oszczędnościami, przemyciłem w kieszeni, gdyż wszyscy znajomi ostrzegali, że na Okęciu konfiskują dolary. Okazało się to nieprawdą i wpędziło mnie w pewien kłopot. Nie miałem bowiem sejfu, zaś złoto za dwa tysiące dolarów było odpowiednikiem moich ponad dziesięcioletnich poborów asystenta. Wpadłem na pomysł i pięć krążków umieściłem w wybebeszonym korku automatycznym. Waga zgadzała się, a po przykurzeniu złoty korek nie różnił się od innych, leżących obok licznika. Największy problem miałem jednak z listami. Gdy przed podróżą do Polski jechałem z Teksasu do Nowego Jorku, to na każdym postoju u znajomych odbywał się ten sam rytuał. Najpierw pytano mnie, czy zwariowałem, że wracam.
Odpowiadałem, że przecież żona i dzieci w Warszawie. Potem piliśmy dużo wódki. Pani domu popłakiwała się i zaczynała mi zazdrościć, że niedługo zobaczę kraj. Zaś pan domu wyjmował plik listów, które musiały być osobiście dostarczone, gdyż zawierały upoważnienia na sprzedaż mieszkania, zwolnienie z pracy i temu podobne bardzo ważne dokumenty osobiste, które nie powinny były dostać się w ręce cenzury pocztowej. Jakoś udało mi się wszystkie listy dostarczyć. Nikt nigdy mi jednak za tę przysługę pocztową nie podziękował.
Pierwsze dni w Warszawie były ciekawe – domagałem się pokazania czołgów, ale tylko jeden jedyny SKOT stał niedaleko domu generała Jaruzelskiego. Obowiązywała godzina milicyjna, więc znajomi wpadali na kolacje, czyli grzanki ze starego chleba oraz wódkę, zakupioną w Baltonie, co przysługiwało mi jako powracającemu z zagranicy. Po kolacji graliśmy w brydża do rana, aż można było wyjść z domu. Czerwiec 1982 roku był gorący, okna mieliśmy szeroko otwarte. Jednego wieczora usłyszeliśmy głośne stukanie. Wychyliłem się przez parapet i pamiętając niedawną wizytę UB, które u chorego na Parkinsona prof. Sikorskiego (mieszkał na tym samym piętrze) poszukiwało Narożniaka, zagadałem żartobliwie sąsiada z dołu na temat owych poszukiwań.
Sąsiad skwapliwie i donośnie oświadczył, że to nie z jego oddziału, tylko z zupełnie innego na Banacha uciekł poszukiwany działacz S. Godzina milicyjna trwała aż do maja 1983 roku - już nigdy w życiu nie grałem tyle w brydża przez całe noce. Tymczasem okazało się, że nadczynna tarczyca, będąca prawdopodobnie skutkiem naświetlenia się w czasie eksperymentów z akceleratorem protonowym, wymagać będzie usunięcia. Dwa tygodnie przed 30-tymi urodzinami udałem się do szpitala na Płockiej, gdzie ordynator pan docent B. umieścił mnie w sali 6-osobowej i zaaplikował brom na uspokojenie. Przez trzy dni leżałem sobie pod oknem i czytałem prace naukowe. Aż tu odwiedziła mnie ciotka, skądinąd znana lekarz-anestezjolog. Nim dotarła do mnie, kolejno trzech kolegów zapytało ją na korytarzu, co robi w szpitalu.
Tego dnia w naszym pokoju odbył się powtórny obchód, w czasie którego pozostałych 5 pacjentów zbadano przez 10 sekund, zaś mnie poproszono na specjalną audiencję do ordynatora, gdyż moja karta pacjenta była pusta. Operacja usunięcia zrakowaciałej tarczycy udała się, choć koszula oraz stół operacyjny były dla mnie za małe. Koszulę rozcięto, zaś nogi zwisały mi luźno przez całą operację. Rekonwalescencję odbywałem już w domu. Miałem wątpliwą przyjemność oglądania na żywo w telewizji pogrzebu Breżniewa (początek listopada), łącznie z żałobną wdową, która wpijała się w usta nieboszczyka. Czuło się, że idzie nowe. Za kilka lat Krugerrandy sprzedałem w NBP na Placu Napoleona (tak zawsze nazywał go mój Ojciec) za dolary i zamieniając je z 10% premią na bony Pekao, kupiłem w Peweksie Polskiego Fiacika 126 BIS (chłodzonego wodą). Przydał się w czasie wyjazdu do Niemiec na stypendium fundacji Humboldta.
Doktorat udało mi się obronić w 1983 roku dzięki pomocy życzliwych profesorów z Hożej (Wydział Fizyki UW). Myślę, że okres wokół 30-tych urodzin był jednym z najlepszych w moim życiu: przyjaciele, brydż, grzanki, wódka, powrót do zdrowia, doktorat. Czegóż chcieć więcej?!