
- Słuchaj, bolid F1 składa się z około 75 tysięcy części. Powiedzmy, że 90 proc. z nich działa doskonale. To dobrze, prawda? Cóż, ale to jednocześnie oznacza, że siedem i pół tysiąca jest do poprawy. Tyle części może być lżejszych, wytrzymalszych, lepszych. Masz odpowiedź, po co tyle komputerów i danych - mówi mi menedżer z Formuły 1, pytany o rolę technologii i komputerów w wyścigach. Zaraz przekonam się, że to tylko wierzchołek góry lodowej.
Zaraz przekonam się, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Rozmawiamy tuż przed tym, jak udaje mi się wejść do supertajnej bazy F1 w Wielkiej Brytanii (budynek Sapphire House przy Churchill Way w Biggin Hill, niecałe 20 mil na południe od centrum Londynu).
Budynek wygląda przeciętnie: ni to mały biurowiec, ni to fabryka. Ale w środku mieści się coś, bez czego prawie miliard ludzi na całym świecie nie widziałoby transmisji. To zorganizowane razem z Lenovo, technologicznym partnerem przedsięwzięcia, Centrum Mediów i Technologii F1. To, co się tam mieści, dosłownie przekracza ludzkie pojęcie. Literalnie ociera się o magię.
Dzięki Lenovo udało nam się zobaczyć, co się tam mieści. To, co mogę pokazać i opowiedzieć jest częścią tego, co widziałem i słyszałem. Niektóre informacje muszę zabrać do grobu, bo podpisałem takie cyrografy, że na kary pracowałoby przynajmniej sześć pokoleń moich potomków.
Co się dzieje w Bigging Hill?
To właśnie tu trafia sygnał telewizyjny z każdego wyścigu na świecie. I stąd ten sygnał, po odpowiedniej obróbce, jest rozsyłany w świat. To dosłownie serce każdej transmisji telewizyjnej, wypakowane po brzegi zaawansowaną technologią i kompletnie zakręconymi ludźmi, którzy to wszystko perfekcyjnie ogarniają.
Na każdym torze F1 podczas każdego wyścigu znajduje się 60-70 kamer. Jest tam też ok. 60 km światłowodów, potężne łącza przesyłają sygnał z każdej kamery właśnie do Bigging Hill. Jak potężne? Mają przepustowość ok. 100 gigabitów na sekundę. To sporo, ale to nie wszystko. Gdyby to łącze padło, do gry automatycznie wchodzą łącza awaryjne. Wszystko to jest ostro testowane przed każdym wyścigiem.
Efekt jest taki, że sygnał z toru wyścigowego (dowolnego!) do Bigging Hill dociera z opóźnieniem rzędu... milisekund. Przedstawiciele Lenovo ostrożnie zapewniają, że nie powinno ono przekroczyć pół sekundy. Rozumiecie? Kiedy kierowcy na torze w Australii pęka opona (oczywiście nikomu tego nie życzę), obraz z tego wydarzenia trafia do miasteczka pod Londynem ułamek sekundy później.
Teraz coś wam jeszcze zdradzę: my na ekranach telewizorów widzimy to o wiele później. Sygnał ze zorganizowanego przez Lenovo centrum medialnego jest opóźniony o ok. 30-40 sekund. Powodów jest kilka. Do Bigging Hill trafia sygnał “surowy”, obraz z kilkudziesięciu kamer. Zespół realizatorów błyskawicznie przerabia go na pełną transmisję wideo, z różnymi kadrami, zbliżeniami, powtórkami. To musi chwilę potrwać.
Druga sprawa to kwestie wypadków. F1 i Lenovo dmuchają na zimne, wytyczne są jasne: pewnych rzeczy pokazywać nie wolno. To dlatego powtórki z wypadków czy groźniejszych kolizji pokazywane są dopiero wtedy, kiedy jest pewność, że kierowca bolidu nie odniósł poważnych obrażeń.
W centrum pracuje potężny sztab ludzi
I w weekend wyścigowy mają piekielnie dużo pracy. Dość powiedzieć, że muszą obsłużyć obraz z 60-70 kamer, bo tyle obserwuje każdy wyścig. Ponad 20 kamer jest przy torze, obiektywy są w boksach, na bolidach, są też kamery pokazujące obraz z powietrza.
Pewnie zastanawia was, dlaczego w F1 jest stosunkowo mało ujęć z dronów? Dowiedziałem się bardzo ciekawej rzeczy. Otóż w różnych krajach jest tyle obostrzeń, zakazów i zgód do zdobycia, że o wiele łatwiej jest wysłać w powietrze helikopter. Ale ludzie z F1 i Lenovo zapewniają, że planują wykorzystywać drony w szerszym zakresie.
Takie urządzenia latają już nad aleją serwisową, czasem próbują gonić bolidy. Nie wolno latać nimi nad kibicami, tam może za to poruszać się śmigłowiec. To się jednak będzie pewnie powoli zmieniać.
Magia komunikatu
Obraz to tylko połowa zabawy. Równie ważne są dźwięki. Tor jest obstawiony mikrofonami, są one też na bolidach. Ale największą i niedocenianą magią każdej transmisji są urywki z radiowej komunikacji kierowców z ich inżynierami wyścigowymi i teamami. Ty w telewizorze słyszysz, jak team wzywa swojego kierowcę na zmianę opon. “Box, box” - ktoś krzyczy. Na ekranie pojawia się okienko z tym napisem. Jak to się dzieje?
To nie automat. Podczas każdego wyścigu w specjalnym studiu ośmiu ludzi dokładnie nasłuchuje całej radiowej komunikacji na torze. Błyskawicznie wyłapują perełki, tną dźwięk, robią napis i wpuszczają do transmisji. To najwyższej klasy profesjonaliści, niesamowicie zakręceni na swoich zadaniach.
Na torze jest 20 kierowców, 20 zestawów rozmów. Na bieżąco podsłuchuje ich 8 ludzi, nad wszystkim czuwa człowiek z 14-letnim doświadczeniem. I to on decyduje, co puścić, a co jest zbyt "prywatne". Chyba robi to dobrze i z wyczuciem, bo jakoś nie słychać skarg na jego team. Ci ludzie są w stanie puścić na antenę ważny komunikat w ciągu nawet poniżej 10 sekund od jego wypowiedzenia.
Rozumiecie? Ktoś to musi wyciąć, puścić, dodać grafikę i przepisać. W “normalnym” trybie robią to w 20-30 sekund. Dowiedziałem się, że pisaniem zajmuje się dwóch facetów, którzy mają na imię Seb. Nie wiem, czy wolno mi to napisać, ale zaryzykuję. To miejsce dla wyjątkowych gości. Oprowadzał nas po nim gość, który ma 22 lata i do obsługi team radio trafił… 5,5 roku temu. Możecie się domyślić, że musiał być piekielnie zdolny, by pozwolono mu to robić w tak młodym wieku.
Wiecie, dlaczego w ogóle powstało taki miejsce?
Wcześniej studio wędrowało na każdy wyścig. Było to piekielnie skomplikowane i drogie, pochłaniało mnóstwo zasobów. Obecne centrum zdalnej transmisji jest po prostu bardziej wydajne. Ba, oferuje o wiele więcej, niż można było zrobić kiedyś na torze.
W jednej z sal pracuje zespół zajmujący się wirtualizacją. Trudne słowo. Ale wyobraź sobie, że na torze jest reklama firmy X. I tę reklamę zobaczą na przykład mieszkańcy USA. Widzowie na przykład z Azji w tym samym czasie zobaczą reklamę firmy Y. Albo odwrotnie. I to wszystko dzieje się w taki sposób, że nikt nie jest w stanie dostrzec żadnej nieścisłości w obrazie, na którym dominuje bolid jadący 300 km/h. Czyli dość szybko.
Dowiedziałem się, że ten zespół jest wspierany przez naukowców, którzy podpowiadają, w jaki sposób można dokonać takich modyfikacji obrazu, jak kalibrować kamery, jak sprawić, by ludzkie oko nie zauważyło żadnej nieścisłości.
Lenovo: to nie tylko sprzęt, to pełna współpraca
Centrum w Bigging Hill powstało w rekordowym czasie. Pierwotnie F1 miało plan pięcioletni na przejście na transmisje zdalne. Wprowadzono do niego pewną korektę: dawny lotniskowy hangar przerobiono na globalne centrum transmisyjne w ciągu… 9 tygodni. Udało się. Sprzęt Lenovo wypełnił hangar, znalazło się tam też miejsce na tajną serwerownię, której z pewnością nie mogę wam pokazać.
Trafia tam ok. 600-700 terabajtów danych z każdego wyścigu. Część to rzeczy ściśle tajne, jak dane telemetryczne, służące do rozwoju bolidów. Lenovo dostarcza niemal każdy rodzaj sprzętu: nie tylko komputery, ale i tablety i telefony Motorola dla F1. I wszystko to: ludzie i sprzęt sprawiają, że każdy z nas może sobie siedząc na kanapie oglądać wydarzenia z drugiego końca globu. Magia technologii.
Materiał powstał we współpracy z marką Lenovo
