Firma uszyta na miarę córki. Miuki powoli stają się symbolem polskiego designu

Agnieszka Kwiecińska znalazła w sobie odwagę, by po urodzeniu dziecka wystartować z firmą w branży, która była dla niej zupełną nowością.
Agnieszka Kwiecińska znalazła w sobie odwagę, by po urodzeniu dziecka wystartować z firmą w branży, która była dla niej zupełną nowością. fot. Anna Wittenberg / naTemat
Choć w czasie pierwszej fali kryzysu Agnieszka Kwiecińska musiała zamknąć już jedną firmę, narodziny córki dały jej nową odwagę. Pomimo wiecznych obaw przed Urzędem Skarbowym, o niesolidnych dostawców, o powodzenie finansowe projektu, architektka nie daje za wygraną. I dobrze, bo projektowane przez nią Miuki powoli stają się symbolem polskiego designu.



Porzucić dobrze płatny, prestiżowy zawód dla własnej firmy to odważna decyzja. Co robi architekt w sklepie z pufami?

Takiego pytania jeszcze nikt mi nie zadał (śmiech). Architektura łączy ogromne spektrum działań: kończąc ją potrafimy projektować meble, jesteśmy dobrzy w grafice, robimy ogrody. Ta szkoła pozwala po prostu wiele zobaczyć.

Przez wiele lat projektowałam, pracowałam w biurach. Później założyłam firmę zajmującą się wnętrzami, która niestety padła, bo przyszedł kryzys, a ze strony państwa nie było żadnej pomocy dla takich mikroprzedsiębiorstw, jak moje.

Chwytałam się różnych zajęć do czasu, kiedy na świecie pojawiła się moja córka. To wyklucza kobietę z życia, obojętnie czy jest architektem, czy uprawia jakikolwiek inny zawód.

Na jak długo pani się wyłączyła?

Byłam w domu dosyć długo, bo trzy lata. Mam potrzebę, żeby nie zabierać mojego czasu dziecku, ani nie oddawać go na wychowanie w obce ręce. Ale przyznaję: w tym czasie można zwariować będąc w domu.

To znaczy?

Jak człowiek jest energiczny, a ja jestem, to przez pierwszy rok jest fajnie, bo wszystko jest nowe, ale później chce się wracać do tego, by coś się w życiu, poza dzieckiem, działo.

I co się wydarzyło w pani życiu?

Zmienialiśmy mieszkanie i mieliśmy wielki problem z urządzaniem go. Do tego Miłka nie chciała spać w standardowym łóżeczku ze szczebelkami, więc razem z koleżanką postanowiłyśmy zaprojektować dla niej coś specjalnego. Zrobiłyśmy mnóstwo prób, szukałyśmy materiałów…


…i to był prototyp Miuków?

Nie, łóżeczko nie powstało.

(…)

(Śmiech). Ale otworzyła mi się głowa, wracałam do starych pomysłów. Kiedyś miałam worek sako, który co prawda już dawno się zniszczył, ale wtedy sobie o nim przypomniałam. Zobaczyłam, że na rynku są dostępne tylko worki wykonane z dość nieprzyjemnej w dotyku, sztucznej skóry. Wzięłam więc maszynę swojej ukochanej teściowej, stary, kilkudziesięcioletni Singer, i zaczęłam szyć.


Do tego też przygotowuje architektura?

Nie, nie, zupełnie tego nie potrafię. Nie mam nawet kursu krawieckiego. Więc jak coś szyłam, to wyglądało… no, nie za dobrze (śmiech). Ale przynajmniej można sobie to było wyobrazić.

Od tej pory, córka wisiała mi na plecach, a ja poprawiałam i szyłam kolejne prototypy. Powstało kilkanaście wzorów, mój cały dom zawalony był materiałem i kulkami ze styropianu, samochód także.

Jak przeszła pani od wzorów do firmy uszytej na miarę własnych potrzeb?


Pracowałam kiedyś w fundacji, gdzie poznałam dziewczyny, które zajmują się szkoleniami, pracą projektową. Były dobrze zorientowane w konkursach dla młodych przedsiębiorców. Dzięki nim wystartowałam w konkursie Raiffeisen Bank i "Gazety Wyborczej". Trzeba było napisać biznes plan, ale ja oczywiście nie miałam o tym pojęcia. Ani o finansach, ani zarządzaniu, ani marketingu. Decyzja o udziale w konkursie wymagała odwagi, ale pomogli znajomi. Przez wiele nocy napisaliśmy bardzo dobry plan, ja oprawiłam go graficznie, wstawiłam zdjęcia prototypów...

Wygrała pani.

Tak, ale niestety nie pierwszą nagrodę. Mimo to, 50 tys. które dostałam było dla mnie fortuną. Firmę robię za własne pieniądze, nie mam zaplecza w postaci konta bogatych rodziców (śmiech).

Początki były bardzo trudne, przez pewien czas nie przynosiło to żadnych efektów. Pierwsze pieniądze przeznaczyłam na materiały, produkcję i stronę internetową. Pracownia była w naszym 40-metrowym mieszkaniu. Sami wnosiliśmy materiały na górę, bez windy, cały lokal był założony poduchami. Teraz patrzę na to z uśmiechem, ale jeśli teraz miałabym robić to samo jeszcze raz, od zera, nie zdecydowałabym się.

Jak udało się znaleźć pierwszych klientów?

Zaczęliśmy brać udział w piknikach, większych imprezach. Później kolejni ludzie dowiadywali się o nas od innych. To motywowało, siedzieliśmy po nocach, bo każdy klient był dla nas na wagę złota. Pamiętam radość, kiedy na konto wpływało 300 złotych, bo można je było natychmiast zainwestować dalej.

Na początku nie mieliśmy pieniędzy nawet na magazyn. Zaczęłam wynajmować jakieś pomieszczenia od przedszkola, woziłam po dwie pufy w bagażniku, i tak po dziesięć razy. Były momenty, w których nie wierzyłam, że to się uda, ale trzy lata temu udało się nam przenieść do Soho. Weszliśmy tu chwilę przed tym, kiedy stało się fajnym, modnym miejscem. Podpisałam umowę z miesięcznym okresem wypowiedzenia, więc ryzyko było ogromne.

Był tu rozpadający się magazyn z lejącą się wodą z dachu. W sam lokal włożyliśmy chyba 10 tys. zł, czyli wszystko co miałam wtedy na koncie. Byliśmy na granicy opłacalności. Stopniowo zaczęliśmy jednak nadrabiać.

Jak ważna jest rodzina w firmie?

Pomysł wziął się z Miłki, nazwa także – były Miłki meble, Miłki poduchy. Miuki brzmią trochę po japońsku, ale to Miłka pisana przez "u". "Ł" było po prostu nie do przyjęcia dla wyszukiwarek.

A co na to sama Miłka?

Nie wiem, czy córka nie będzie mi miała kiedyś za złe, że tak pozwalam sobie wykorzystywać jej wizerunek…

Jest wszędzie!

Ja siebie też oddałam, bo taka jest prawda o tych produktach. To są nasze rzeczy, że cały czas tu jesteśmy. Mieliśmy pomysł, żeby na sesję Miuków zapraszać modelki, ale uznałyśmy, że ważna jest właśnie ta naturalność. To jest prawdziwe, spójne.

Sprzedawanie prawdziwego produktu to dla mnie najważniejsza rzecz. Nie mam parcia, żeby zarobić na tym miliony. Mam za to ogromne zobowiązania wobec klientów. Nie lubię ludziom czegoś wpychać, wtykać. Nie stosuję pewnego rodzaju marketingu…

… to znaczy?

Na przykład mailingu. Nie znoszę go, bo ludzie tego nie lubią, to agresywna forma. Gdyby się dało, to chciałabym prowadzić firmę bez marketingu. Dopiero w tym miesiącu wrzucam w internet pierwszą reklamę.

Ale promowaliście Miuki w jakiś sposób.

Najlepszym sposobem są dla mnie Google Ad Words. Jak ktoś wpisze w wyszukiwarkę odpowiednie hasła, to nasza strona wyskakuje mu na górze. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to kliknie, a my płacimy właśnie za skuteczność. Czasem robimy też wymianę barterową z małymi pismami.

I wystawiacie się. Na przykład we Wrocławiu.

Tak, ale to dla nas wielkie koszty. Mamy ten problem, że nasze produkty są ogromne gabarytowo. Żeby pojechać do Wrocławia, musimy na sam transport wydać kilka tysięcy złotych.

Poza stroną internetową Miuki trudno jest kupić.

Jesteśmy jeszcze w dwóch sklepach – w Warszawie i Sopocie. Bezpośrednia sprzedaż interesuje nas bardziej niż rozrzucenie Miuków po setkach sklepów w Polsce. To jest firma założona z sercem. Ja osobiście sprawdzam jakość każdego produktu, czy suwak został dosunięty, czy nie ma błędów w szyciu. Rozmawiam z klientami, dobieram produkty do ich indywidualnych potrzeb i tu na miejscu, i przez telefon. Ja chcę, żeby ten projekt był kochany.

To nie jest tania miłość.

To bardzo uczciwa cena względem jakości, my sami mamy bardzo małą marżę. I to jest zresztą kolejny powód, dla którego nie ma nas w wielu sklepach – mamy wysokie ceny hurtowe, a ludzie handlu przyzwyczaili się, że biorą produkt za pół ceny, chcąc zarobić niewspółmiernie na pośrednictwie. Takie warunki postawił jeden ze sklepów w Krakowie. Niestety nie podjęliśmy współpracy.

Mamy wysokie koszty produkcji, bo nie używamy tanich chińskich tkanin. Sprowadzamy je z Belgii, Holandii. Tkaniny podstawowe są z polskich fabryk. Problem jest taki, że z polskimi firmami się, niestety, bardzo trudno współpracuje.

Dlaczego?

Przykład: na początku kupowaliśmy polskie okucia, które miały być nierdzewne. Teraz, po pewnym czasie, wymieniamy je klientom, bo okazuje się, że zardzewiały, odchodzi z nich emalia, pękają. Kiepskie okucia rozbijały mi całe etapy produkcji. Co przychodziła partia, to były łzy, bo trzeba je było reklamować, a ludzie czekali.

Tak samo jest z tkaninami. Ogólnie są w porządku, ale Polacy pracują bardzo nierówno. Jedna partia przychodzi dobra, a następna na przykład innej grubości. I jest tłumaczenie: a, bo mieliśmy taki surowiec. Ale nie ma wcześniej informacji, ostrzeżenia. Albo przychodzą tkaniny ze skazami, bo nikt tego nie sprawdził.

Polakom nie zależy?

Nie umiem tego określić. Mam wrażenie, że w dużych fabrykach po prostu nie ma ludzi, którzy są za to odpowiedzialni.

(Do rozmowy na chwilę przyłącza się Mikołaj, tata Miłki i mąż Agnieszki. Również architekt, ostatnio coraz bardziej zaangażowany w Miuki).

Genaralnie to, co sprawdza się w naszym przypadku, to praca z ludźmi. Jeśli udaje nam się nawiązać współpracę z konkretnym człowiekiem, który się nami zajmuje, jest ona zwykle udana. Jeżeli ten kontakt się urywa i zaczynamy współpracować z firmą, korporacją, wtedy jest dużo gorzej.

Jakie jeszcze trudności trzeba pokonać prowadząc firmę?

Wszystkie biorą się z braku pieniędzy. Miałam te swoje 50 tys. na początek, ale trudno jest bardziej się rozwinąć. Próbowałam w tym roku pozyskać dotację unijną, jest taki program "Paszport dla eksportu". Chciałam, żeby Miuki pokazały się za granicą, ale program finansuje tylko 75 proc. wydatków. Takie rzeczy, żeby zaistniały, potrzebują 300 - 400 tys. zł. Czyli trzeba mieć te 100 tys. wkładu własnego. Ja tyle nie mam. Wycofałam się z programu w ostatniej chwili, bo coś się w firmie zawahało.

Można wziąć kredyt.

Można, ale po kilku latach działalności przyznano mi kredyt na 20 tys. zł. Owszem, może gdybym zastawiła wszystko co mam, to dostałabym większy. Ale ja nie lubię mieć długów. Mogę ryzykować wysiłkiem, czasem. Ale nie pieniędzmi. Zobowiązania mogę podejmować tylko w takiej wysokości, o jakiej wiem, że je spłacę.

Mówiła pani, że nie zarabiacie dużych pieniędzy. Z czego się utrzymujecie?

Dużych, to nie znaczy żadnych. Firma już utrzymuje naszą rodzinę. Mikołaj prawie całkowicie się tu przeniósł. Nadal maksymalną możliwą kwotę wkładamy w rozwój, pracujemy jeszcze w innych miejscach, żyjemy w miarę skromnie, ale mamy na utrzymanie.

Kiedy pojawiły się pierwsze pieniądze?

Jak w podręcznikach, po dwóch latach. Było o tyle fajnie, że firma od początku pracowała na siebie. Nie trzeba było do niej dokładać. Ja równolegle pracowałam w szkole, Mikołaj utrzymywał dom. Teraz wciąż na wakacje muszę zbierać do skarbonki.

Przez ile lat ich nie było?

W ubiegłym roku były pierwsze. Rezygnowałam, żeby tu pracować.

Ile godzin dziennie pracujecie w firmie? 8? 10? 12?

Po osiem. Wychodzę z założenia, że zarówno ja, jak i ludzie, którzy ze mną pracują, musimy odpoczywać. Cenię sobie czas wolny, czas dla rodzin. W sobotę jesteśmy otwarci przez trzy godziny, dla tych, którzy naprawdę nie mogą przyjechać w tygodniu. Czas otwarcia ustawiliśmy pod Agę, która w te soboty pracuje. Chciałam, żeby ona też mogła mieć wolne w którymś momencie.

Tak indywidualne podejście do pracownika nie zdarza się dziś zbyt często.

Staram się tak robić, żeby nikt nie musiał zostawać. Nie zarzynam ludzi. Nie wymagam więcej niż mogą. Uważam, że świat zmierza w złym kierunku, więc przynajmniej tutaj niech będzie normalnie. Dlatego staram się być szczera, rozmawiam z pracownikami także o porażkach. Wyznaję zasadę, że uczciwy dwa razy zyska. To mój sposób na biznes.

Kiedyś firma od pozycjonowania stron wysłała mi ofertę tańszą niż to, co płaciłam chłopakowi, który się tym zajmował do tej pory. Zadzwoniłam do niego i powiedziałam, w czym rzecz. Doszliśmy do porozumienia. Odmówiłam tej firmie i nie żałuję.

Ile osób pracuje w Miukach?

Ja, Aga na umowę - zlecenie. Mikołaj pomaga. Tu wchodzimy na grunt trudności, z jakimi spotyka się pracodawca.

Jakich?

Pracował z nami jeszcze Tomek, chłopak naprawdę oddany firmie. Zatrudniałam go na umowę o dzieło, ale chciałam zapewnić mu stałą pracę. Kiedy jednak dowiedziałam się, że jeśli chcę mu zapłacić 2,5 tys. zł na rękę, muszę wydać, ok. 4 tys., pomyślałam, że to szaleństwo. Nie stać mnie na to. Zresztą, nawet kiedy będzie mnie już stać, to wolałabym zapłacić pracownikowi te 4 tys. zł, niż inwestować w składki, za które i tak nie wiadomo kiedy dostanę się do lekarza i czy będę miała emeryturę.

Zresztą to chyba moja największa bolączka, że nie mogę Adze zapewnić tego ZUS.Ja sama, gdybym nie pracowała dodatkowo na uczelni, musiałabym wziąć koszty własnej pracy na siebie, a wtedy byłoby mi znacznie trudniej. Jeśli nie obracasz setkami tysięcy złotych, nie stać cię na pracowników.

W ogóle mam poczucie, że kraj w którym prowadzę swoją działalność i przez to staję się elementem jego wizerunku, mało mnie wspiera. Na przykład, żeby zastrzec znak towarowy, muszę ponieść dosyć duże koszty jak na budżet małej firmy.

Konkretnie?

Pierwsza rata to 700 zł, druga, prawie 2 tys. zł. Zastrzegam markę, która powstała na terenie tego kraju, która na niego pracuje. I muszę tyle za to zapłacić. Jeżeli firma stanie się rozpoznawalna w Europie jako polska marka, to przecież nie tylko ja na tym zyskam. A ryzyko nie zastrzeżenia znaku / nazwy może być wysokie. Tylko mało kogo stać na to na początku działalności. My to zrobiliśmy odpowiednio wcześnie, ale gdyby ktoś zarejestrował Miuki przed nami, mielibyśmy ogromny problem.

Mikołaj: Paradoks jest taki, że markę można zastrzec dopiero, kiedy produkt jest rozpoznawalny i na siebie zarobił. Dlaczego tak późno?

Nie myśleliście o przeniesieniu jej za granicę?

Rozmawiałam ostatnio z panem z Londynu, który osiem lat temu wyjechał z Polski. Opowiadał mi, jak się tam prowadzi biznes, jakie ma koszty pracy, jakie jest podejście urzędników. Każda taka historia generuje myśli, że chciałabym się obudzić w innym kraju.

Obawa przed Urzędem Skarbowym, którą podziela na pewno wiele małych firm, nie powinna mieć miejsca. Staram się być rzetelna i uczciwa w tym co robię, ale przecież nikt nie może mieć pewności, że nie popełnił żadnego błędu.

Czytałam jakiś czas temu wywiad z Władysławem Frasyniukiem. Jeżeli dobrze pamiętam powiedział, że kiedy zgubił teczkę ważnych dokumentów i poszedł z tym problemem do urzędu skarbowego w Niemczech, gdzie przeniósł firmę, usłyszał: proszę się nie przejmować, co się da, odtworzymy. Myślenie jest takie: płaci podatki i nie ma powodu, żeby mu rozwalać przedsiębiorstwo. Czy w Polsce Urząd Skarbowy zachowałby się tak samo w takiej sytuacji? Niestety mam wątpliwości, choć chciałabym, żeby tak było.

Pomaganie małym firmom na początku przyniesie przecież zysk wszystkim. Chciałabym, żeby przyszedł urzędnik i powiedział mi: jeśli zatrudni pani dwie osoby, może pani liczyć na jakąś ulgę. Albo: może przez pierwsze dwa lata nie będzie pani płaciła VAT, tylko inwestowała te pieniądze w firmę? Przecież to przyniesie zysk za kilka lat. Nie tylko mnie.

Skąd bierzecie odwagę, by mimo wszystko przeciwstawiać się tym trudnościom?

(Mikołaj przynosi komputer i czyta bardzo miły e-mail, który przed godziną dostał od jednego z klientów).

Takie listy sprawiają, że wierzę w to, że będzie dobrze. Zadzwoniłam do tego człowieka, podziękować mu za ciepłe słowa. Okazało się, że jest fotoreporterem, przez pół godziny rozmowy narzekaliśmy sobie wspólnie na to, o czym przed chwilą rozmawiałyśmy. Powiedział mi, że został w kraju tylko ze względu na kilku klientów, którzy doceniają i są wdzięczni za jego pracę. Tak samo jest ze mną.

Motywują mnie też przykłady tych, którym się udało. Czytałam wywiad z Ireną Eris, w którym opowiadała o tym, jak sama pakowała kremy do pudełek i rozwoziła maluchem po kraju. Ona musiała walczyć z całym systemem, nam jest nieporównywalnie łatwiej.

Jaki jest plan na najbliższą przyszłość?

Dążymy do tego, żeby przynajmniej w Europie, a może także na świecie marka Miuki była czymś wyjątkowym, rozpoznawalnym ze względu na jakość. Chciałabym, żeby Miuki rozrosły się tak, żeby funkcjonowały jak sensowne przedsiębiorstwo z halą produkcyjną 400 m2. Marzę o profesjonalnym showroomie, gdzie leżą Miuki wszystkich wzorów i kolorów.

Marzę też o tym, żeby mieć czas i pieniądze na wprowadzanie nowych rzeczy. Mam dużo pomysłów, nie tylko dotyczących samych puf, ale też mebli. Wiem, że są świetne, będą świetne i Europa się w nich zakocha, W końcu ja to Miły Projekt.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0"Widzę histerię". To on forsuje zakaz edukacji seksualnej, który tak bulwersuje Polaków

DADHERO.PL

0 0Nie masz pojęcia, jak wychować swoją córkę? Tato, oto 10 złotych rad specjalnie dla Ciebie
0 0Dobry zegarek nie musi być "Swiss Made". Fajne czasomierze powstają i w innych krajach Europy
Jaguar 0 0Duży, dostojny i w świetnej cenie. Tego SUV-a kupisz już za 1452 zł netto miesięcznie

NA ŚWIECIE

0 0Podobno w domu jest spokój. Do nowego Sejmu weszli ojciec oraz syn – i są w różnych partiach!
0 0"Jestem skłonny startować w wyborach na szefa PO". Pierwszy polityk rzuca wyzwanie Schetynie
MOTO 0 0Czy McLaren naprawdę jest tak kosmiczny, jak wygląda? W środku od razu zaskakuje jedna rzecz
POPKULTURA 0 0Zepsuliście mi serial, na który czekałam! "Batwoman" miała być hitem, a jest porażką