Karolina Lewicka
Karolina Lewicka Fot. naTemat.pl

– Z byciem potężnym jest jak z byciem damą – powiedziała kiedyś Margaret Thatcher – jeśli musisz mówić ludziom, że nią jesteś, to znaczy, że nie jesteś. Ta myśl to świetne podsumowanie niespełna czterominutowego briefingu Jarosława Kaczyńskiego "na tle".

REKLAMA

Za tło robili politycy PiS, przedstawiciele zwaśnionych frakcji lub też najzwyczajniej sobie niechętni czy wrodzy: Morawieckiego postawiono obok Czarnka, Szydło – w pobliżu Jakiego itd. Stali, bo stać musieli, dobrze, że przynajmniej niedługo, choć nawet na tak krótką chwilę nie udało się im przybrać wyrazów twarzy neutralnych, nie mówiąc już o obliczach rozpogodzonych. Uśmiechał się leciutko jedynie Antoni Macierewicz

Mając to pogrzebowe towarzystwo za plecami, prezes tymczasem klarował, że „chociaż dyskusje (…) będą trwały, to z całą pewnością nie będą to dyskusje, które będą miały cokolwiek wspólnego z jakimiś napięciami, już nie mówiąc o rozłamach w partii. To są marzenia naszych przeciwników i one z pewnością się nie spełnią”. Brakowało tylko, by słowa Kaczyńskiego ogłoszono w formie partyjnego dekretu. 

Rozłam w Polsce 2050

Będę głosował na swoje wcielenie, tylko jeszcze nie wiem, na które – tak (zapewne w swoim mniemaniu dowcipnie) odpowiedział Szymon Hołownia na pytanie, na kogo odda głos w wyborach na szefa Polski 2050. W I turze Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz otrzymała 277 głosów, zaś troje kandydatów z frakcji zwalczającej minister funduszy: 345 głosów.

Te wyniki ładnie obrazują pęknięcie formacji na dwie, niemalże równe, części. A im goręcej Pełczyńska-Nałęcz zapewniała w mediach, że partii, bez względu na wyborcze rozstrzygnięcie, nie grozi rozłam, tym wyraźniej rysował się on na horyzoncie. 

Jeśli wygra (w poniedziałek II tura) Pełczyńska, to w Polsce 2050 nie będą mieli czego szukać Petru, Zalewski, Mucha czy Kobosko, bo zbyt otwarcie i publicznie krytykowali minister, była też toczona wojna podjazdowa, z oskarżeniami o wyborczą korupcję – publikacje na ten temat pojawiły się wprawdzie w mediach (Onet i TVN24), ale dziennikarze mogli wcześniej usłyszeć te rewelacje od konkurentów minister, bo dość otwarcie oskarżano ją w rozmowach kuluarowych o prywatyzację partii i kupowanie ludzi za stołki.

Jeśli wygra zaś Paulina Hennig-Kloska, to mało prawdopodobne, by Pełczyńska pogodziła się z utratą kontroli nad formacją, którą miała jako I wiceprzewodnicząca. Władza w partii stała się w praktyce jednoosobowa – pisał w liście do działaczy europoseł Kobosko i dorzucał, że „partia ma Przewodniczącego i Zarząd Krajowy, ale władza została w pełni skoncentrowana w jednych rękach”.

To też żadna nowość. Dziennikarze opisywali już wielokrotnie wpływ, jaki miała na Hołownię Pełczyńska i jak najpierw krok po kroku budowała swoje księstwo w ramach formacji, a potem zaczęła przejmować kontrolę nad całością. 

U progu Nowego Roku jasne jest, że zgody nie będzie ani w PiS-ie, ani w Polsce 2050. Przyczyną braku jedności w PiS jest słabnące przywództwo, w Polsce 2050 – brak przywódcy. 

Polska 2050 to już polityczne zombie

Polska 2050 ma twarz Szymona Hołowni, który z polityki powoli się wycofuje, a partię to już w ogóle porzucił. Zostawił ją, za sprawą także swoich błędów, w sytuacji dramatycznej, bo bez wyborców, bez struktur i w wizerunkowym kryzysie. Do podniesienia jej z takiego dna potrzeba cudu albo charyzmatu, a wedle mojej opinii żaden i żadna z pretendentów do władzy się nim nie legitymizuje, zaś cuda zdarzają się w naszych czasach rzadko.

Koniec Polski 2050 jest zatem nieunikniony, za to wyglądać może rozmaicie – partia może pójść na konfrontację w ramach koalicji, w celu „odróżnienia się” i „budowania własnej tożsamości”, bywały też wcześniej w tym ugrupowaniu głosy, że pomogłoby wyjście z koalicji (nie pomogłoby, jeśli mogę służyć radą), zaś najbardziej prawdopodobny jest upływ krwi, poszukiwanie sobie miejsca przez posłów Polski 2050, tych, którzy chcą pozostać w polityce, w innych klubach i, w przyszłości, na innych listach wyborczych.

Że takie rozmowy toczyły się już wcześniej, nie trzeba dodawać, teraz tylko mogą zostać sfinalizowane. Może też dojść do wariantu gorącego, gdy nowej szefowej zostanie wydana, przez nieukontentowaną rozwojem sytuacji część partii, wojna medialna i w regionach. 

Tak czy owak, Polską 2050, będącą politycznym zombie, zajmujemy się tylko dlatego, że to 31 szabel, bez których Donald Tusk nie ma większości w Sejmie i jedno pytanie: czy jej nagły upadek lub dalsza powolna agonia zagrożą stabilności koalicji 15 października czy też nie? Na razie wydaje się mało prawdopodobne, by – nawet gdyby każdy z posłów Polski 2050 stał się nagle niezależnym i niezrzeszonym – to raptem zaczęliby głosować ręka w rękę z PiS-em lub kołem Brauna. Ujmując rzecz najkrócej: ratuj się, kto może – taka jest aktualna sytuacja w Polsce 2050 i dlatego każdy myśli o sobie.  

Wojna domowa w PiS jest faktem

Jarosław Kaczyński, w przeciwieństwie do Szymona Hołowni, który swoją partię porzucił, wydaje się do PiS przyspawany, a wielokrotne zapowiedzi rezygnacji z prezesostwa były tylko rozpoznawaniem, kto już marzy o schedzie, kto niecierpliwie przebiera nogami i niczym więcej – bo dla Kaczyńskiego partia to początek i koniec jego świata. Będzie więc trwał na stanowisku, miejsca przy Nowogrodzkiej nikt nie zajmie, ale wojna domowa będzie prowadzona z mniejszą lub większą energią, mniej lub bardziej widoczna dla publiczności. Po prostu buldogi mogą wrócić pod dywan, co nie oznacza, że będą się mniej dotkliwie podgryzać.

Przywództwo Kaczyńskiego bowiem słabnie, tylko przez obiektywny fakt starzenia się go jako człowieka. Nic nie wiemy o stanie zdrowia prezesa, jego kondycji fizycznej oraz intelektualnej, ale w czerwcu skończy 77 lat, młodszy nie będzie i nieuchronnie siły oraz zdolność do kierowania partią będą go opuszczać. W krytycznym momencie każdy z pretendentów do władzy chce być gotowy i na jak najlepszym miejscu do startu w tym wyścigu, stąd obecna „rozgrzewka”.

Prezes może nam opowiadać o jedności partii, apelować o nią, dyscyplinować podwładnych, nic to nie zmieni – wojna domowa w PiS jest faktem. Choć – i tu uwaga dla tych, którzy w tej wojnie domowej pokładają daleko idące nadzieje – ludzie tej formacji potrafią stać się trybikiem w machinie partyjnej na czas kampanii wyborczej i solidarnie pracować na rzecz tej formacji lub jej kandydata, co widzieliśmy w ubiegłym roku.

Wybór Nawrockiego musiał rozczarować innych „branych pod uwagę”, ale czy to Czarnek, czy to Bocheński, to wytężali później siły w kampanii „kandydata obywatelskiego” i nie grymasili. Bo ludzie PiS dobrze rozpoznają interes PiS, a przy okazji swój własny. I tu zgodzić się trzeba z prezesem: rozłamu nie będzie. Ale jedności też nie. Za to w Polsce 2050 jedności na pewno nie będzie, zaś rozłam jest wysoce prawdopodobny. 

Czytaj także: