Chiny kontra UE
Zdjęcie jest ilustracją do tekstu. Fot. Shutterstock

Miało być ostro, miały być wysokie mury, a tymczasem Bruksela właśnie uchyliła lufcik. Jeśli liczyliście na to, że wojna handlowa na linii UE-Chiny sprawi, że chińskie samochody elektryczne znikną z naszych dróg, to mam dla was niespodziankę. Wygląda na to, że urzędnicy znaleźli sposób, by wilk był syty i owca cała. No, może z tą "całą owcą" to przesada, bo w tle wciąż chodzi o nasze portfele.

REKLAMA

Przez ostatnie miesiące słyszeliśmy o "żelaznej kurtynie" w postaci dodatkowych opłat. Komisja Europejska nałożyła przecież cła na auta elektryczne z Chin, które sięgają nawet 35 proc. To potężny cios, który miał wyrównać szanse i ukrócić nielegalne, zdaniem Unii, dotowanie tamtejszych marek przez rząd w Pekinie. Ale życie, a zwłaszcza handel, nie lubi próżni.

Zamiast płacić gigantyczne podatki na granicy, chińscy producenci dostali nową propozycję, czyli "zobowiązanie cenowe". Brzmi jak nudny termin z podręcznika do ekonomii, ale w praktyce to rewolucja. Chodzi o ustalenie ceny minimalnej, poniżej której chiński elektryk nie może być sprzedawany w Europie. Jeśli Chińczycy się na to zgodzą, wysokie cła importowe mogą odejść w zapomnienie.

Czy to oznacza, że chińskie auta będą tanie?

To jest pytanie za milion euro. Mechanizm ma działać tak, by chińskie marki samochodów nie mogły już agresywnie "dumpingować" cen. Bruksela chce, by cena auta z Chin była porównywalna z modelem produkowanym w Europie. Nie ma więc co liczyć na to, że nagle elektryczny SUV wielkości Tesli będzie kosztował tyle, co miejska Dacia.

Z drugiej strony, dla nas kierowców to i tak lepsza wiadomość niż sztywne cła. Dlaczego? Bo cło to podatek, który idzie do budżetu, a cena minimalna to kwota, którą producent może "odbić" sobie w lepszym wyposażeniu czy serwisie.

Najciekawsze jest jednak to, kto pierwszy wyciągnął rękę po to rozwiązanie. Nie był to wcale BYD ani MG, ale... Grupa Volkswagen. Ich elektryczna Cupra Tavascan powstaje właśnie w Chinach i obecnie jest obciążona cłem przekraczającym 20 proc. Niemcy pierwsi zrozumieli, że w tej grze nie ma sentymentów.

Sprytny ruch producentów: ucieczka w hybrydy

Chińczycy to nie są nowicjusze. Kiedy Europa zaczęła straszyć cłami na "elektryki", oni po prostu zmienili front. Dane są bezlitosne: w ubiegłym roku w Europie sprzedano ponad 812 tys. aut z Państwa Środka, ale warto podkreślić, że to dotyczy WSZYSTKICH producentów z tego kraju. To wzrost o niemal 100 proc. rok do roku. Jak to zrobili, skoro samochody elektryczne miały pod górkę?

Postawili na hybrydy plug-in, których wysokie cła na razie nie dotyczą tak drastycznie, zaczęli szybciej planować fabryki na terenie UE (np. na Węgrzech) oraz skupili się na modelach spalinowych tam, gdzie to jeszcze możliwe. Oczywiście zobaczymy, czy nie przerosną ich koszty produkcji w Europie oraz co powiedzą na nowość dla nich, czyli związki zawodowe, szczególnie te w Niemczech... Ale to czas pokaże.

Czytaj także: